Z przygodą na ty Strona Główna



Z przygodą na ty

Forum Miłośników Przygody im. Pana Samochodzika

• FAQ • Dane_osobowe • Szukaj • Użytkownicy • Grupy
• Rejestracja • Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Czesio1
2019-03-20, 19:40
13 - Relacja z XIII Forowego Zlotu Zagadkowego Frombork 2017
Autor Wiadomość
Hanka
Przygodomaniak
Hanka


Wiek: 48
Dołączył: 05 Maj 2014
Posty: 1169
Skąd: Brześć Kujawski
Wysłany: 2019-03-19, 21:33   

30. Hanka


Scenki książkowe ciąg dalszy


W poniedziałkowe popołudnie, gdy nasze brzuchy stały się puste, zasiedliśmy w Restauracji „Akcent” by zjeść zamówiony wcześniej obiad. Po obiedzie, wykorzystując lokal gastronomiczny, przyszedł czas na nagranie kilku scenek do zlotowego filmu. W rolach głównych odcinka restauracyjnego udział wzięli:
Kierownik Sali – Mysikrólik
Cagliostro – Czesio
Pan Samochodzik – Ater
Reżyser – Yvonne
Operator kamery – Vasco
Nagranie nie trwało długo. A szkoda, bo śmiechu przy tym było co niemiara. Nasi aktorzy grają coraz bardziej profesjonalnie. Niesamowite efekty dają podczas nagrania wykorzystywane eksponaty, zrobiona charakteryzacja i jak najwierniejsze umiejscowienie scen tworzące odpowiedni nastrój.



PiTT tworzy białe myszki
fot. Konfiturek


Oto biała myszka!
fot. Konfiturek


Reżyser Yvonne i operator kamery Vasco
fot. Konfiturek


Aktorzy gotowi do akcji
fot. Konfiturek

"Menażeria została zamknięta w wehikule, a my udaliśmy się do restauracji. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie pewien głupi incydent, który zdarzył się nam pod koniec obiadu. Otóż, gdy chciałem płacić kelnerce i sięgnąłem po pieniądze, wyciągnąłem z kieszeni białą mysz.
Kelnerka narobiła pisku na całą restaurację. Zbiegło się sporo gości, przydreptał nawet kierownik lokalu i zrobił mi awanturę.
— Czy pan nie czytał napisu: „Wprowadzanie psów wzbronione”? — krzyczał groźnie.
— To przecież nie pies — tłumaczyłem.
— Ja widzę, że to mysz! — woła kierownik. — Ale przez napis „Wprowadzanie psów wzbronione” rozumieć należy, że i innych zwierząt też wprowadzać nie wolno. Czy pan wie, że gdyby tu, na tej sali, był inspektor z sanepidu, miałbym dochodzenie administracyjne? W jaki sposób mógłbym udowodnić, że u nas nie zalęgły się myszy, tylko pan mysz wprowadził do restauracji?
Cagliostro uspokajającym gestem położył rękę na ramieniu kierownika. Potem przyjaźnie poklepał go po plecach i pogładził klapy jego białego kitla.
— Skąd pan wie, że to mysz tego pana? — wskazał mnie. — Może to wasza, restauracyjna mysz, która w trakcie obiadu wlazła temu panu do kieszeni?
— To biała mysz! — zawołał kierownik lokalu.
— Może u was zagnieździły się białe myszy? — zauważył głośno Cagliostro.
I biorąc wszystkich gości na świadków, powiedział:
— Niech no pan sam, kierowniku, sprawdzi kieszenie swego fartucha.
Kierownik włożył ręce do obydwu kieszeni białego kitla. A kieszenie miał wielkie, odstające.
— Nic nie mam. Są puste! — zawołał triumfująco.
— Czyżby? — zdumiał się Cagliostro. — Pan pozwoli, że ja sam sprawdzę.
I Cagliostro wsadził rękę w odstającą kieszeń kierownikowego kitla. Po sekundzie, na oczach wszystkich, wyciągnął z niej za ogon — białą mysz.
— O Jezu! — wykrzyknął kierownik.
— No, widzi pan — z ubolewaniem pokiwał głową Cagliostro.
— Gdzie jest ta mysz? Dawajcie tu kota! — krzyczał kierownik.
Ale mysz gdzieś zniknęła.
Cagliostro znowu uspokajającym gestem położył dłoń na ramieniu kierownika.
— Niech się pan nie unosi. W zakładach gastronomicznych różne rzeczy się zdarzają. Pewnego razu zamiast kotleta schabowego podano mi upieczonego szczura.
— Co? Co pan mówi! — wrzeszczał kierownik. — Pan moim klientom obrzydza posiłki. To jest karalne, proszę pana!
— A zamiast węgorza podano mi wędzonego węża — zakończył Cagliostro.
I na oczach wszystkich gości z przepastnej kieszeni kierownika wyciągnął żywego zaskrońca Piotrusia.
Kierownik zdrętwiał. Spojrzałem na twarze gości. Miny mieli ponure i patrzyli na kierownika jak na zbrodniarza, którego powinno się aresztować i skazać na długoterminowe ciężkie roboty."



Przydreptał nawet kierownik lokalu...
fot. Konfiturek


...i zrobił nam awanturę
fot. Konfiturek


Czy pan nie czytał napisu: „Wprowadzanie
psów wzbronione”?

fot. Konfiturek


Cagliostro uspokajającym gestem położył rękę
na ramieniu kierownika

fot. Konfiturek


Może to wasza, restauracyjna mysz, która w trakcie
obiadu wlazła temu panu do kieszeni

fot. Konfiturek


To biała mysz!
fot. Konfiturek


Pewnego razu zamiast węgorza podano
mi wędzonego węża

fot. Konfiturek


Cagliostro wsadził kierownikowego kitla
fot. Konfiturek


I na oczach wszystkich gości z przepastnej kieszeni
kierownika wyciągnął żywego zaskrońca Piotrusia

fot. Konfiturek


Kierownik zdrętwiał
fot. Konfiturek
_________________
 
 
Hanka
Przygodomaniak
Hanka


Wiek: 48
Dołączył: 05 Maj 2014
Posty: 1169
Skąd: Brześć Kujawski
Wysłany: 2019-03-19, 21:35   

31. Hanka


Spacer po Fromborku


Pogoda piękna, obiad zjedzony, nigdzie nam się nie spieszy. Wyruszyliśmy więc na spacer po Fromborku. Minęliśmy budzącą spore zainteresowanie Fromborską Tablicę miejsc Samochodzikowych…


Tablica miejsc samo chodzikowych nieustannie
wzbudza zainteresowanie

fot. Czesio1

…i ruszyliśmy w kierunku zachodnim kierując swe kroki na dawny dworzec kolejowy. Czasy świetności ma z pewnością już dawno za sobą. Nie ma pociągów, nie ma podróżnych i nie ma pomysłu na wykorzystanie budynku w innym celu.


Dawny dworzec kolejowy we Fromborku
fot. Czesio1

Po zarośniętych torach ruszyliśmy w kierunku przystani.


Nieużywane tory kolejowe zarastają trawą i chwastami
fot. Konfiturek

Przy brzegu zacumowanych jest szereg motorówek, rybackich kutrów i sporo innych jednostek pływających.


Anna na tle łódek w porcie we Fromborku
fot. Czesio1

Spacerowym krokiem doszliśmy do końca betonowego pomostu by nasycić oczy pięknym widokiem na Zalew Wiślany.


Zalew Wiślany
fot. Konfiturek


Port we Fromborku
fot. Konfiturek


W oddali przed drzewami są pozostałości dawnej
plaży miejskiej

fot. Konfiturek

Porobiliśmy sobie pamiątkowe fotki na tle tego bezmiaru wody.


Zlotowicze w porcie
fot. Konfiturek


Port
fot. Konfiturek


Jednostki pływające przycumowane w porcie
fot. Konfiturek


W oddali Katedra
fot. Konfiturek


Śluza portowa
fot. Konfiturek


Widok na Katedrę i posąg Kopernika
fot. Konfiturek

W drodze do samochodu zjedliśmy jeszcze pyszne lody, kto chciał wypił kawę i postanowiliśmy resztę popołudnia spędzić na kempingu.


Anna nie odmówiła sobie przyjemności
spróbowania fromborskich lodów

fot. Konfiturek


Zlotowicze przed Kopernikiem
fot. Czesio1


Zlotowicze przed Kopernikiem
fot. Czesio1
_________________
 
 
Hanka
Przygodomaniak
Hanka


Wiek: 48
Dołączył: 05 Maj 2014
Posty: 1169
Skąd: Brześć Kujawski
Wysłany: 2019-03-19, 21:36   

32. Hanka


Popołudniowy odpoczynek na kempingu


Takich chwil podczas zlotów jest niewiele. Zazwyczaj mamy bardzo napięty plan, chcemy jak najwięcej zobaczyć, zwiedzić. W to popołudnie już nie musieliśmy nigdzie iść, z nikim nie byliśmy umówieni, już niczego nie zwiedzaliśmy. Ostatnie popołudnie spędzaliśmy leniuchując na kempingu ciesząc się swoim towarzystwem i rozkoszując piękną pogodą.


Popołudniowe wylegiwanie się na kempingu
fot. kadr z filmu zlotowego


Sielanka na kempingu
fot. kadr z filmu zlotowego


Takiego czasu wolnego dawno już na zlocie nie było
fot. kadr z filmu zlotowego


Czterech dżentelmenów...
fot. kadr z filmu zlotowego


...opiekuje się jedną dziewczynką
fot. kadr z filmu zlotowego


Mała Matylda jest bardzo zadowolona
ze swoich opiekunów

fot. kadr z filmu zlotowego


TomaszK i Konfiturek regenerują siły
po kolejnym zlotowym dniu

fot. kadr z filmu zlotowego

To bardzo miłe chwile, które wspominamy z radością. Najzabawniej było, gdy część zlotowiczów bawiła się grając w planszówki. Prowadzone tam dysputy przeszły do historii a brzuchy od śmiechu bolały chyba wszystkich zebranych przy stole.
_________________
 
 
Hanka
Przygodomaniak
Hanka


Wiek: 48
Dołączył: 05 Maj 2014
Posty: 1169
Skąd: Brześć Kujawski
Wysłany: 2019-03-19, 21:38   

33. Hanka


Scenki książkowe na katedralnym dziedzińcu


Ostatnie sceny do filmu zostały nagrane na katedralnym dziedzińcu. W filmowe role wcielili się:
1. Dyrektor Marczak – TomaszK
2. Pan Samochodzik – Ater
3. Panna Ala – Hanka.
Nagranie i montaż fenomenalnie wykonał Czesio


„Usiadłem na ławeczce pod dębem, naprzeciw Kopernikowej wieży, i zacząłem pisać w notesie plan swoich przyszłych zajęć. Napisałem:
1. Porozumieć się z astronomami i wydusić od nich odpowiedź, gdzie w końcu mieściło się obserwatorium Kopernika.
2. Porozumieć się z historykami i ustalić stan poszukiwań grobu Kopernika.
3. Porozumieć się z archeologami. W przewodniku warto wspomnieć o stanie badań archeologicznych.
4. Wyjaśnić sprawę monet.
A gdy napisałem ostatni punkt, aż roześmiałem się. Jak łatwo było napisać: „Wyjaśnić sprawę monet”. Papier jest cierpliwy.
Mój śmiech nad kartką papieru przywabił panienkę w spodniach i okularach, z aparatem fotograficznym przerzuconym niedbale przez ramię. W ręku trzymała turystyczną torbę. Była młoda, może miała ze dwadzieścia trzy lata. Okulary w ciemnej oprawie doskonale harmonizowały z jej jasną cerą i ciemnymi kędziorami bujnych włosów.
Wyglądała na turystkę, a wiele ich zawsze na dziedzińcu fromborskiej katedry.
— Czy pan rysuje dowcipy? — zapytała mnie. — I czy to odpowiednie miejsce, aby rysować i śmiać się z własnych dowcipów?
Zamknąłem notes i schowałem go do kieszeni.
— Tak jest. Napisałem dowcip — powiedziałem. — A pani przyszła w to świątobliwe miejsce, aby podrywać?
— Nie, proszę pana — roześmiała się swobodnie. — Chciałam pana prosić, żeby mnie pan cyknął z mojego aparatu. Na tle wieży Kopernika. Jestem tu sama, a chciałabym mieć zdjęcie.
Nosiła czerwony golf, a ja lubię czerwony kolor. I w ogóle była bardzo ładna, miała śmiejącą się buzię, a ja przepadam za takimi panienkami.
Ochoczo więc zerwałem się z ławki i wziąłem z jej rąk aparat fotograficzny. Nastawiła go na odpowiednie światło i na właściwy czas naświetlania. Stanęła pod wieżą kopernikowską, a ja dokonałem „cyknięcia”.
— Dziękuję panu uprzejmie — skinęła mi głową odbierając aparat. — A więc jestem uwidoczniona na tle wieży, gdzie mieszkał i pracował Mikołaj Kopernik.
— Nie wiadomo — stwierdziłem.
— Nie wiadomo? — zdziwiła się. — Sądzi pan, że zdjęcie się nie udało?
— Ach, nie. Powiedziałem, że nie wiadomo, czy w tej wieży mieszkał i tworzył Mikołaj Kopernik.
— Co pan opowiada? Oglądałam obraz Jana Matejki, na którym widać właśnie Mikołaja Kopernika siedzącego na wieży i patrzącego w gwiazdy.
— Jan Matejko oparł anegdotę swego obrazu na tradycji ustnej. A jakże inaczej lud mógł sobie wyobrazić astronoma, jak nie siedzącego na wieży i spoglądającego w gwiazdy? Niestety lud nie wie, że astronomowi do jego badań potrzebne są instrumenty. Czy pani sobie potrafi wyobrazić, jak wyglądał taki „kwadrant słoneczny”, instrument skonstruowany przez Kopernika? Był bardzo duży, proszę pani. I gdzie on z tym kwadrantem mógłby się pomieścić na swej wieży?
— Może był tu jakiś taras?
— Nie ma po nim żadnych śladów. Taras musiałby wspierać się na czymś, a śladów takiego wspornika nie odkryto. Zresztą czytałem niedawno pracę pewnego historyka z Instytutu Mazurskiego, który udowadnia niezbicie, że przypuszczenie, jakoby wieżę we Fromborku przydzielano kanonikom na mieszkania, należy stanowczo odrzucić. Przydzielano im wieże w zupełnie innym celu. Kapituła kierowała się raczej troską o to, aby poprzez osobistą odpowiedzialność kanonika za „jego” wieżę, siłą rzeczy podnieść jej obronność. Możliwość, aby wieże mogły łączyć w sobie funkcje obronne i mieszkalne, bez uszczerbku dla tych pierwszych, wydaje się wątpliwa. A zresztą, gdy w latach tysiąc pięćset dwadzieścia — dwadzieścia jeden najazd krzyżacki zniszczył kurie, leżące na zewnątrz warowni, kanonicy szukali sobie pomieszczeń zastępczych w poklasztornych zabudowaniach Antonitów w miasteczku, a nie przerabiali wież na mieszkania. Ale trzeba powiedzieć, że ta wieża rzeczywiście należała do Kopernika. Zapłacił za nią trzydzieści grzywien.
Panienka trochę posmutniała, słuchając moich wywodów.
— Szkoda — westchnęła — bo to takie romantyczne: patrzeć na tę wieżę i wyobrażać sobie, że tu właśnie mieszkał Kopernik. A skąd pan ma aż tyle wiadomości o tej sprawie?
— Jestem z Departamentu Muzeów i Ochrony Zabytków z Warszawy — wyjaśniłem. — Przyjechałem tu, aby opracować przewodnik po Fromborku.
Tak rozmawiając odeszliśmy od Kopernikowej wieży i przez główną bramę wydostaliśmy się na zewnątrz warowni.
— Jestem bardzo zobowiązana za te wyjaśnienia — powiedziała. — I zapraszam pana na kawę. Tylko gdzie tu jest kawiarnia?
Panienka była bardzo ładna. I coś mnie w niej uderzało. Coś bardzo znajomego.
— Przyjmuję zaproszenie — skłoniłem się. — Ale czy ja pani już gdzieś nie widziałem?
Zatrzymała się, zmierzyła mnie od stóp do głowy.
— Pan jest taki sam? — zdziwiła się.
— Jaki?
— Ilekroć jakiś mężczyzna chce ze mną zawrzeć znajomość, powiada: „Przepraszam, ja panią skądś znam”.
— Kiedy naprawdę pani wydaje mi się znajoma.
— Wydaje się panu — stwierdziła. — A teraz niech pan powie, gdzie tu jest kawiarnia?
Znałem we Fromborku tylko jedną kawiarnię. Koło portu. Poszliśmy więc wolno ulicami miasteczka.”



Usiadłem na ławeczce pod dębem, naprzeciw
Kopernikowej wieży

fot. kadr z filmu zlotowego


Mój śmiech nad kartką papieru przywabił
panienkę w spodniach i okularach,
z aparatem fotograficznym przerzuconym
niedbale przez ramię.

fot. kadr z filmu zlotowego


Czy pan rysuje dowcipy?
fot. kadr z filmu zlotowego


Tak jest. Napisałem dowcip
fot. kadr z filmu zlotowego


Chciałam pana prosić, żeby mnie pan cyknął
z mojego aparatu

fot. kadr z filmu zlotowego


Nastawiła go na odpowiednie światło
i na właściwy czas naświetlania

fot. kadr z filmu zlotowego


Stanęła pod wieżą kopernikowską, a ja dokonałem „cyknięcia”
fot. kadr z filmu zlotowego


Tak rozmawiając odeszliśmy od Kopernikowej
wieży i przez główną bramę wydostaliśmy się
na zewnątrz warowni

fot. kadr z filmu zlotowego

„Skoczyłem do swego pokoju po brulion z notatkami, a potem poszliśmy na wzgórze katedralne. Siedząc pod rozłożystym dębem wygłosiłem dyrektorowi Marczakowi swoją ideę nowego przewodnika.
— Zebrałem informacje co do dalekiej i bliskiej przeszłości Fromborka i całej Warmii. Uważam jednak, że najpoważniejsza część przewodnika poświęcona powinna być Kopernikowi. Wydaje mi się, że nie zmniejszając w niczym kultu, w jakim turyści i społeczeństwo polskie odnosi się do kopernikowskiej wieży, należy jednak w przewodniku przedstawić stan nowoczesnych badań w tym względzie. Tradycja ustna głosi, że Kopernik ze swej wieży śledził ruchy gwiazd i księżyca. Współczesne badania naukowe przekonują, że Kopernik musiał mieć jednak inne obserwatorium.
— Proszę mówić dalej. To jest bardzo ciekawe — rzekł dyrektor.
— Zacznijmy od faktów, które stwierdzili współcześni uczeni — powiedziałem, nieświadomy, że oto za chwilę i ja sam dokonam niezwykłego odkrycia.
Tymczasem jednak mówiłem ze swadą, wyłuszczałem wiadomości uzyskane od astronomów i historyków.
— Idąc śladem ustnej tradycji polscy astronomowie próbowali z kopernikowskiej wieży przeprowadzić obserwacje nieba. Zbudowano nawet specjalny ganek, aby móc ich dokonać. I co się okazało? Astronom P. stwierdza niezbicie, że — zajrzałem do notatek — obserwacja z takiego balkonu jest z astronomicznego punktu widzenia zupełnym absurdem. Każdy krok obserwującego lub pomocnika musiałby wpłynąć na zmiany nachylenia przyrządu, którego utrzymanie w pionie jest jednym z kardynalnych warunków udania się obserwacji.
— Skąd więc w takim razie obserwował niebo Kopernik?
— Ten sam astronom sugeruje, że do obserwacji nadawała się druga wieża w tej części murów, a więc ten ogromny oktogon, na którym ustawiano działa. Tu właśnie, na oktogonie, wokół pierwotnej dzwonnicy było dość miejsca, aby ustawić instrumenty astronomiczne. Między ścianą wieży a murem zewnętrznym rozciągało się sześć metrów płaskiego i nadzwyczaj solidnie zbudowanego tarasu. Zresztą, z wieży kopernikowskiej było znakomite przejście murami do oktogonu i Kopernik mógł bez trudu odbywać spacer dla obserwacji.
Z ławki, gdzie siedzieliśmy, widzieliśmy wyraźnie zwalistą sylwetkę ośmiobocznej wieżycy. I wtedy to doznałem olśnienia. Aż mrówki przeszły mi po grzbiecie. Czułem, że jestem na tropie rozwiązania niezwykłej zagadki. Jeszcze chwila — i będę wiedział to, co przez tak długi czas nie dawało mi spokoju.
Ale dyrektor Marczak przerwał tok mojego myślenia:
— Proszę mówić dalej. To bardzo ciekawe.
Skupiłem się więc i mówiłem, zaglądając co chwila do swego notesu:
— W odnalezieniu prawdziwego obserwatorium Kopernika pomocne są świadectwa ludzi mu niemal współczesnych. Dzieło Kopernika „O obrotach ciał niebieskich” zbulwersowało umysły wielu ówczesnych uczonych. W tysiąc pięćset osiemdziesiątym czwartym roku, a więc stosunkowo niedługim czasie po śmierci Kopernika, słynny astronom duński Tychon de Brache wysłał do Fromborka swego współpracownika, niejakiego Eliasza Cimbera, aby ten, przy pomocy już nieco doskonalszych niż kopernikowskie instrumentów, dokonał tych samych obserwacji i stwierdził, czy rzeczywiście Kopernik miał rację. Ów Eliasz Cimber pozostawił po sobie szczegółowy dziennik swoich czynności we Fromborku. Jest rzeczą naturalną, że ktoś, kto chce sprawdzić cudze obserwacje, dokonuje ich chyba w tym samym miejscu, szczególnie jeśli ma ku temu warunki. Ale ów Cimber, panie dyrektorze, wcale nie wlazł na wieżę Kopernika, a swe badania astronomiczne przeprowadził w ogrodzie kanonika Ekharda z Kępna, jak pisze: „położonego najbliżej od zachodu tej wieżyczki, z której rzekomo Kopernik dokonał swych obserwacji”.
— Ciekawe — mruknął dyrektor.
— A tak, panie dyrektorze. Dlaczego Eliasz Cimber nie wlazł ze swymi instrumentami na wieżę, tylko obserwował z ogrodu kurii kanonika Ekharda z Kępna? Ano dlatego, że z wieży nie można było dokonać obserwacji. Bo chyba i sam Kopernik tego nie czynił. A jeśli do tego dodamy wyjaśnienie, że kuria pana Ekharda należała dawniej do Kopernika, to niemal pewnikiem się staje, że Cimber swe obserwacje wykonał z tego samego miejsca, co i Kopernik, a więc z jego ogrodu. Mało tego. Sam Kopernik w swym dziele „De revolutionibus” nie każe nikomu włazić na wieżę, ale doradza, aby zbudowano dla obserwacji „pavimentum”. A cóż jest owo kopernikowskie „pavimentum”? To nic innego, tylko posadzka albo płyta ubita z wapna, kamieni i piasku, oparta na fundamencie z cegły i zaprawy wapiennej. Jak obliczyli nasi uczeni, takie kopernikowskie „pavimentum” musiało mieć około dwudziestu metrów kwadratowych. Trudno przypuszczać, aby Kopernik radził astronomom zrobić coś, z czego sam nie korzystał. Należy sądzić, że Kopernik w swym ogrodzie, w kurii zewnętrznej, zbudował sobie „pavimentum” i być może ów Eliasz Cimber, który w ogrodzie kurii Ekharda z Kępna wykonał swe obserwacje, korzystał również z płyty kopernikowskiej. Jest także sprawą charakterystyczną, że podczas najazdu wojsk krzyżackich, gdy to Kopernik bronił się w zaniku olsztyńskim, wojska krzyżackie, które przybyły również pod Frombork, zniszczyły kopernikowski instrument. Wiemy, że wówczas Krzyżacy nie zdołali zdobyć warowni fromborskiej, zniszczyli tylko zewnętrzne kurie. A więc instrument Kopernika znajdował się nie w warowni, nie na wieży, ale w kurii zewnętrznej. Bo też i tam dokonywał Kopernik swoich badań.
— A gdzie się znajduje ta kuria?
— W tym sęk, panie dyrektorze. W grę wchodzą trzy kurie: świętego Stanisława, świętego Michała i świętego Piotra. Jeśli założyć, że Kopernik badał niebo z oktogonu, to najbliżej na zachód byłaby położona kuria świętego Piotra. Tam przeprowadzono badania, lecz śladów owego „pavimentum” nie znaleziono. Ale jeśli założyć, że chodziło o kurię położoną najbliżej na zachód od wieży kopernikowskiej, to w grę wchodzi kuria świętego Stanisława. Badania historyków potwierdziły tę ostatnią hipotezą. Wedle odnalezionych ostatnio dokumentów kanonią zewnętrzną należącą do Kopernika była kuria świętego Stanisława. Obecnie jest tu schronisko PTTK, gdzie mieszkam wraz z Cagliostro, jego zaskrońcem, dwiema myszkami i królikiem.
— Nie widziałem tego królika — pokręcił głową dyrektor. A potem dodał z powagą: — I o tych wszystkich sprawach chce pan napisać w przewodniku? Czy to nie znudzi turystów?
— Nie sądzę — odrzekłem. — Wydaje mi się, że warto zwrócić uwagę, przede wszystkim młodzieży, jak interesującą i pasjonującą rzeczą są badania naukowe, na przykład historyczne. Wydaje się przecież, że nie ma nic bardziej nudnego, jak grzebanie w starych szpargałach. A tu okazuje się, że co krok to zagadka. Gdyby pan wiedział, jak bardzo praca historyka przypomina pracę detektywa. W jaki sposób zestawia on poszczególne fakty i dokumenty o najróżniejszej treści, aby wreszcie ujawnić i udowodnić prawdę: kanonia kopernikowska to kuria świętego Stanisława. A teraz, panie dyrektorze, opowiem panu o stanie badań dotyczących poszukiwań grobu Kopernika — nabrałem tchu w piersi.
Ale dyrektor mi przerwał:
— Może tę sprawę odłożymy na później. Od pewnego czasu wokół nas na podwórcu kręci się jakaś młoda panienka, która nas wciąż fotografuje i daje panu jakieś tajemnicze znaki. Pan ich nie dostrzega, bo nos ma pan w swoim notatniku. Ale ja mam oczy szeroko otwarte i dlatego ja jestem pana zwierzchnikiem, a nie na odwrót.
Rozejrzałem się po podwórcu i w sąsiedztwie kaplicy Szembeka dostrzegłem pannę Alę.
„Zdrajczyni” — pomyślałem i ze złości aż zgrzytnąłem zębami.
Dyrektor Marczak z wielką godnością podniósł się z ławki.
— Jak z tego wynika, nie marnował pan tutaj czasu — stwierdził dwuznacznie. — Czuję się strudzony. Przez całą noc jechałem pociągiem, a o świcie poszedłem odkrywać drugi schowek Koeniga. Położę się więc trochę w kurii świętego Stanisława, gdzie pokój wynajął dla mnie magister Pietruszka. O grobie Kopernika opowie mi pan nieco później.
To mówiąc dyrektor skłonił się i z godnością odszedł w kierunku bramy głównej.”



Skoczyłem do swego pokoju po brulion z notatkami,
a potem poszliśmy na wzgórze katedralne

fot. kadr z filmu zlotowego


Pod rozłożystym dębem wygłosiłem dyrektorowi
Marczakowi swoją ideę nowego przewodnika.

fot. kadr z filmu zlotowego


Zebrałem informacje co do dalekiej i bliskiej
przeszłości Fromborka i całej Warmii

fot. kadr z filmu zlotowego


Uważam jednak, że najpoważniejsza część
przewodnika poświęcona powinna być Kopernikowi

fot. kadr z filmu zlotowego


Idąc śladem ustnej tradycji polscy astronomowie
próbowali z kopernikowskiej wieży przeprowadzić
obserwacje nieba

fot. kadr z filmu zlotowego


Z wieży kopernikowskiej było znakomite przejście
murami do oktogonu i Kopernik mógł bez trudu
odbywać spacer dla obserwacji

fot. kadr z filmu zlotowego


Proszę mówić dalej. To bardzo ciekawe
fot. kadr z filmu zlotowego


A teraz, panie dyrektorze, opowiem panu o stanie
badań dotyczących poszukiwań grobu Kopernika

fot. kadr z filmu zlotowego


Od pewnego czasu wokół nas na podwórcu kręci się
jakaś młoda panienka, która nas wciąż fotografuje ...

fot. kadr z filmu zlotowego


...i daje panu jakieś tajemnicze znaki
fot. kadr z filmu zlotowego


Rozejrzałem się po podwórcu i w sąsiedztwie kaplicy
Szembeka dostrzegłem pannę Alę.

fot. kadr z filmu zlotowego


Jak z tego wynika, nie marnował pan tutaj czasu
fot. kadr z filmu zlotowego


Czuję się strudzony. Położę się więc trochę
w kurii świętego Stanisława,

fot. kadr z filmu zlotowego


O grobie Kopernika opowie mi pan nieco później
fot. kadr z filmu zlotowego


To mówiąc dyrektor skłonił się i z godnością odszedł
w kierunku bramy głównej

fot. kadr z filmu zlotowego

„— Zdrajczyni! — powiedziałem pogardliwie do panny Ali, która po odejściu Marczaka zbliżyła się i usiadła obok mnie na ławce pod dębem.
Zrobiła obrażoną minę i zaczęła grzebać w swojej torbie. Wreszcie wyjęła czarne pudełko, podobne do maleńkiego nadajnika radiowego.
— Zdrajczyni! — rzuciłem powtórnie. — Nawet nie ma pani nic na swoją obronę.
Wzruszyła ramionami.
— Zastanawiam się, czy nie przywołać tutaj Asa, aby się z panem rozprawił.
— Asa? — pogładziłem się po ramieniu, przypominając sobie uścisk stalowych rąk.
— Jeśli tego nie uczynię, to tylko dlatego, że nie chcę wywoływać niepotrzebnej sensacji we Fromborku — stwierdziła. — Ale i tak nie pozwolę się obrażać.
— Pani współpracuje z Baturą. Widziano panią w czerwonym mustangu w towarzystwie tego łajdaka.
— Ach, o to panu chodzi? — roześmiała się. — Czy pan naprawdę sądzi, że gdybym była współpracowniczką Batury, pokazywałabym się w jego samochodzie? Wczoraj rano szłam do Fromborka po zakupy. Akurat tamtędy przejeżdżał Batura i zaproponował, że mnie podwiezie. Czy miałam z tego nie skorzystać? To samo powtórzyło się i po południu. Odwiózł mnie swoim mustangiem.
— Dżentelmen — rzuciłem pogardliwie.
— Owszem, to bardzo dobrze wychowany człowiek — potwierdziła. — Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jego zainteresowanie moją osobą wynika z faktu, że widział nas razem, gdy ścigaliśmy jego mustanga. Podwiózł mnie, aby przy okazji wybadać, co ja tutaj robię.
— Pani szła piechotą do Fromborka? Czyżby magistrowi inżynierowi Zegadle zepsuł się jego błękitny opel? — zapytałem z drwiną w głosie.
— Nie, po prostu magister inżynier Zegadło został na zawsze skreślony z listy moich adoratorów. Jest to osobnik, który w życiu kieruje się tylko pozorami. To, co ładnie wygląda, to mu imponuje. A ja, proszę pana, lubię ludzi, którzy nie tyle zwracają uwagę na czyjeś cechy zewnętrzne, co na charakter. Ważna jest dla mnie nie błyszcząca karoseria samochodu, ale to, co samochód kryje pod maską. Nie interesuje mnie mężczyzna tylko dlatego, że jest ładny, ma piękne włosy, smukłą figurę i dobrze tańczy, ale ważne jest dla mnie, co on ma pod kopułą swojej czaszki. Koniec, kropka. Nie pojadę więcej błękitnym oplem.
Melancholijnie pokiwałem głową.
— Ja również okazałem się człowiekiem, który kieruje się pozorami. I dlatego po raz trzeci przegrałem w walce z Waldemarem Batura.
Opowiedziałem Ali o wczorajszej przygodzie w podziemiach katedry.
— Zgubiło mnie moje zarozumialstwo — wyjaśniłem. — Wydawało mi się, że jestem niezwykle sprytny. Zaledwie przyjechałem do Fromborka, natychmiast wpadłem na trop Diabelskiej Góry, a potem Diabelskiego Drzewa. Gdybym sądził o sobie z mniejszą zarozumiałością, zapewne odkryłbym wkrótce przebiegły plan Batury, polegający na tym, że podsuwał mi on tropy, które miały mnie zaprowadzić w ślepy zaułek. Jak mogłem nie zdawać sobie sprawy, że jeśli Batura tak nieudolnie porywa staruszka, to kryje się w tym pułapka? Jak mogłem dać się wprowadzić w kryptę podziemną?
Panna Ala zastanawiała się nad czymś głęboko. W zamyśleniu skubała palcami kosmyk swoich włosów.
— Powiada pan, że w skrytce prawdopodobnie było pięć złotych, wysadzanych drogimi kamieniami kielichów mszalnych, a odnaleziono kielichy srebrne? — upewniła się.
— Tak. Przecież Batura nie przyjechał tu po to, aby rozkoszować się pięknem Fromborka.
Na twarzy panny Ali pojawił się nagle wyraz zdecydowania.
— Postaram się panu pomóc — rzekła. — Proszę mi jednak dać te pięć srebrnych kielichów.
— Po co?
— Niech pan za dużo nie pyta. Ja również mam swoje tajemnice.
— A skąd ja wezmę pięć srebrnych kielichów? Czy pani sądzi, że dyrektor Marczak podaruje mi je?
— Niech pan je od niego wypożyczy. Za rewersem. Przecież sam pan mówił, że one nie przedstawiają większej wartości.
— Zgoda. Tylko czym uzasadnię prośbę o wypożyczenie kielichów?
— To już pańska sprawa. Ale dając mi te kielichy, otwiera pan przed sobą możliwość dostarczenia panu dyrektorowi Marczakowi żądanego dowodu.
— Pani chce mi dostarczyć dowód winy Batury? W jaki sposób?
— Proszę nie pytać! — aż tupnęła nogą. — Niech pan dostarczy mi pięć srebrnych kielichów.
Wstałem z ławki.
— Muszę w takim razie porozumieć się z dyrektorem Marczakiem.”



Zdrajczyni!
fot. kadr z filmu zlotowego


Pani współpracuje z Baturą. Widziano panią w czerwonym
mustangu w towarzystwie tego łajdaka

fot. kadr z filmu zlotowego


Pani szła piechotą do Fromborka? Czyżby magistrowi
inżynierowi Zegadle zepsuł się jego błękitny opel?

fot. kadr z filmu zlotowego


Ach, o to panu chodzi? Wczoraj rano szłam
do Fromborka po zakupy. Akurat tamtędy
przejeżdżał Batura i zaproponował,
że mnie podwiezie.

fot. kadr z filmu zlotowego


Nie, po prostu magister inżynier Zegadło został
na zawsze skreślony z listy moich adoratorów

fot. kadr z filmu zlotowego


Powiada pan, że w skrytce prawdopodobnie było pięć
złotych, wysadzanych drogimi kamieniami kielichów
mszalnych, a odnaleziono kielichy srebrne?

fot. kadr z filmu zlotowego


Postaram się panu pomóc. Proszę mi jednak
dać te pięć srebrnych kielichów.

fot. kadr z filmu zlotowego


Muszę w takim razie porozumieć się z dyrektorem Marczakiem
fot. kadr z filmu zlotowego

„Na ławce pod rozłożystym dębem czekała już panna Ala. Miała ze sobą torbę dość dużych rozmiarów.
— I co? I co? — dopytywałem się z niecierpliwością.
— Wszystko załatwiłam pomyślnie. Tu jest aparatura, o którą mnie pan prosił — podsunęła mi ciężką torbę.”



Pod rozłożystym dębem czekała już panna Ala
fot. kadr z filmu zlotowego


I co? I co?
fot. kadr z filmu zlotowego


Wszystko załatwiłam pomyślnie
fot. kadr z filmu zlotowego


Tu jest aparatura, o którą mnie pan prosił
fot. kadr z filmu zlotowego
_________________
Ostatnio zmieniony przez Czesio1 2019-03-20, 11:38, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Mysikrólik
Zlotowicz
harcerz



Wiek: 43
Dołączył: 16 Lip 2013
Posty: 3202
Wysłany: 2019-03-20, 10:00   

34. Mysikrólik


Gry planszowe na kempingu


Nie tylko samochodzikowe sprawy zajmowały nas podczas zlotu we Fromborku. Sporym powodzeniem w wolnych chwilach cieszyły się też gry towarzyskie.
Młodzież młodsza chętnie rozgrywała partie Ticket to ride – Europa, zwanej po polsku „Wsiąść do pociągu”. Gra polega na kolekcjonowaniu specjalnych kart za pomocą których można budować odcinki pomiędzy poszczególnymi miastami, łącząc trasę wcześniej wylosowanych biletów. Mapa przedstawia Europę z 1912 roku, więc gra ma też charakter edukacyjny.
W zależności od oświetlenia, gra odbywała się na świeżym powietrzu, w domkach czy nawet w recepcji naszego ośrodka.



Ticket to ride czyli Wsiąść do pociągu
fot. internet

Druga gra, którą udało nam się zagrać to karcianka 6.bierze, czyli „byczki”. Proste zasady powodują, że jest ona bardzo grywalna, a poza tym może w nią grać jednocześnie nawet 10 osób. Polega na dokładaniu wcześniej przygotowanej karty ze swojej puli do jednego z czterech rzędów, przy czym, jak sama nazwa wskazuje, osoba dokładająca szóstą kartę, musi zgarnąć cały rząd. Na kartach z kolei znajdują się „byczki”, które zapisują się na minus graczowi. Gra kończy się gdy ktoś uzbiera 66 „byczków”.


6.bierze
fot. internet

Prawdziwą furorę zrobiła natomiast gra „Tajniacy”. Zasady gry również są bardzo proste, ale schody zaczynają się gdy spotyka się grupa osób, która nie spotyka się na co dzień.


Tajniacy
fot. internet

Szef Wywiadu podaje swojej drużynie słowo z liczbą, a reszta drużyny z wyłożonych na stole kart musi ustalić z jakimi innymi słowami mu się ono kojarzy.


Vasco w akcji
fot. kadr z filmu zlotowego


Barabasz w kontrataku
fot. kadr z filmu zlotowego


Dzieci i dorośli świetnie bawią się przy grze Tajniacy
fot. kadr z filmu zlotowego


Mysikrólik
fot. kadr z filmu zlotowego


Wilhelm Tell
fot. kadr z filmu zlotowego


Zmaganiom przyglądają się Agnieszka PiTTowa i TomaszL
fot. kadr z filmu zlotowego


Sokole Oko również porwany grą przywiezioną
przez Yvonne

fot. kadr z filmu zlotowego

Drużyna może głośno się naradzać które karty wybrać, ale Szef musi zachowywać kamienną twarz. Nie wolno mu zdradzić co miał na myśli, a jest to trudne, gdy słyszy w którą stronę dryfują pomysły.


Barabasz zachowuje kamienną twarz
fot. kadr z filmu zlotowego


Agnieszka PiTTowa chyba rozmyśla co by tu
podpowiedzieć grającym

fot. kadr z filmu zlotowego

Do tego drużyna przeciwna, która czeka na swój ruch, przeszkadza, wprowadzając jeszcze większy zamęt. Jest więc kupa śmiechu i przedziwnych wyjaśnień, dlaczego wybrano akurat takie, a nie inne skojarzenia.


Kupa śmiechu towarzyszy i grającym i kibicującym przy
planszowym stole

fot. kadr z filmu zlotowego


Wilhelm Tell pęka ze śmiechu
fot. kadr z filmu zlotowego


Vasco tłumaczy swój ruch
fot. kadr z filmu zlotowego

A ja się pytam, jak można nie wiedzieć jakie skojarzenie może być do słowa FLEGMA 1, gdy na stole jest Anglik?


Jak można nie wiedzieć skojarzenia do słowa "flegma"??
fot. kadr z filmu zlotowego


Śmiech to zdrowie
fot. kadr z filmu zlotowego


To wszystko przez Mysikrólika!! - Vasco wie czyja to wina,
że wszyscy tak świetnie się bawią przy grze

fot. kadr z filmu zlotowego


Zabawa była wspaniała
fot. kadr z filmu zlotowego


Mysikrólik wciąż nie może pojąć jak można nie odgadnąć
skojarzenia do słowa "flegma"

fot. kadr z filmu zlotowego


Ufff, ależ to były emocje
fot. kadr z filmu zlotowego

Dodam jeszcze jeden bardzo ważny element naszej rozgrywki tajniackiej, a mianowicie dwukilogramowe opakowanie słomek ptysiowych, przywiezionych przez Hankę z Brześcia Kujawskiego. Sam zjadłem chyba z pół kilograma.
Miałem ze sobą jeszcze kilka innych gier, m.in. 7 cudów świata, ale nie starczyło już na nie czasu. Myślę, że gry na stałe wejdą do programu naszych zlotów, bo jeszcze bardziej integrują towarzystwo. Do Francji zrobimy listę gier do zabrania.
_________________
 
 
Czesio1
Administrator
Ojciec Prowadzący



Wiek: 43
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 12555
Wysłany: 2019-03-20, 19:37   

35. Czesio1


Scenki książkowe, ciąg dalszy


Dobiega powoli końca nasz Zagadkowy Zlot. Przed nami ostatnia noc na fromborskiej ziemi. Część osób przygotowuje już materiał na wieczorne ognisko a „ekipa filmowa” postanowiła nagrać jeszcze kilka scenek książkowych. Planem filmowym stał się stolik przed głównym budynkiem kempingowym. W role aktorów wcielili się: Ater (jako Tomasz), TomaszK (dyrektor Marczak), Hanka (panna Ala), Czesio1 (Cagliostro), zbychowiec (magister Pietruszka), Agnieszka PiTTowa (sekretarka Zosia) a reżyserem była Yvonne.

„— Oczekiwałem pana z niecierpliwością — powiedział mój zwierzchnik, dyrektor Marczak. — Mam bowiem dla pana nowe, bardzo ważne zadanie.
— Domyślam się, o co chodzi — odrzekłem. — O zagadki Fromborka?...
— A skąd pan o nich wie? Przecież dopiero wczoraj przyjechał pan z Francji.
— Pisała o nich francuska prasa. Wszystko, co jest związane z miastem, gdzie Kopernik dokonał swoich wielkich odkryć, interesuje cały świat. Z prawdziwą satysfakcją wezmę się do zagadek Fromborka.
Dyrektor Marczak przecząco pokręcił głową.
— Niestety, muszę pana rozczarować. Zagadkami Fromborka już od trzech tygodni zajmuje się pański kolega, magister Pietruszka. Udało mu się odnaleźć jedną z trzech kryjówek, w których pułkownik Koenig schował zrabowane w Polsce zabytki. Odzyskaliśmy bezcenne dzieła sztuki, panie Tomaszu, i nie widzę powodu, dla którego miałbym sprawę zagadek Fromborka odbierać koledze Pietruszce i przekazywać ją panu.
— Nic nie słyszałem o odkryciu schowka Koeniga...
— Nie nadawaliśmy tej sprawie rozgłosu. I tak za dużo było szumu w związku z odnalezieniem zwłok pułkownika Koeniga i planu jego trzech kryjówek. Nie chcemy we Fromborku wścibskich dziennikarzy ani też poszukiwaczy skarbów. Dopiero po odnalezieniu wszystkich kryjówek i wydobyciu z nich skarbów, zorganizujemy konferencję prasową. A do pańskiej wiadomości podaję: jeden ze schowków został przez Pietruszkę już odkryty, skarby są w piwnicach Muzeum Narodowego. Jeśli pan chce je obejrzeć, proszę skontaktować się z dyrektorem muzeum, zapewne zgodzi się je panu pokazać.
— Hm... — chrząknąłem ze smutkiem.
— Niech pan nie „hmyka” — powiedział dyrektor Marczak. — Bardzo tego nie lubię. Wiem, że między panem i magistrem Pietruszką istnieje duży antagonizm. Kolega Pietruszka niejednokrotnie żalił się, że dajemy panu do rozwiązania najciekawsze zagadki, a jego pozostawia się w cieniu, przez co nie ma on możliwości wykazania swoich talentów detektywistycznych. Wyznaję, że nawet ucieszyłem się, gdy ujawniła się sprawa zagadek Fromborka, a pan był za granicą. Bo z czystym sumieniem mogłem tę sprawę przekazać koledze Pietruszce. I jestem z niego bardzo zadowolony. Odnalazł już pierwszą kryjówkę.
Przyłożyłem dłoń do piersi i rzekłem uroczyście:
— Oświadczam panu, dyrektorze, że w ogóle nie będę się interesował zagadkami Fromborka. Kolega Pietruszka może spokojnie poświęcić się swojej pracy, bez obawy, że mu wejdę w paradę. A teraz czekam na swoje zadanie.
— A tak. Przystąpmy do dzieła — zgodził się dyrektor Marczak, otwierając swój notatnik. — Jak pan wie, panie Tomaszu — mówił — uważnie śledzimy politykę zakupów, prowadzoną przez poszczególne polskie muzea, i o tych zakupach staramy się mieć pełną informację, szczególnie jeśli dotyczą przedmiotów o dużej wartości. Otóż na przestrzeni minionego tygodnia aż z trzech muzeów w różnych miastach Polski otrzymałem następujące wiadomości: muzeum K. nabyło od prywatnego posiadacza srebrny denar „Gnezdun civitas”. Muzeum w L. nabyło denar Mieszka I...
— Co? — aż zerwałem się z fotela.
— A tak, tak, proszę pana. Denar Mieszka I. I niech pan siada, panie Tomaszu — powiedział dyrektor Marczak. — Niech pan siada i mocno trzyma się fotela, bo to jeszcze nie koniec rewelacji. Muzeum w Łodzi nieznany nam kolekcjoner zaproponował... słynny „brakteat Jaksy”.
— Co?! — wykrzyknąłem, nie wierząc własnym uszom. Nie zerwałem się już jednak z fotela, mocno trzymając się poręczy.
— Tak, panie Tomaszu — ciągnął dalej dyrektor Marczak — podzielam pańskie zdumienie. W ciągu jednego tygodnia na rynek numizmatyczny wpłynęły nagle jedne z najciekawszych i najstarszych polskich monet. Stwierdzić też muszę, że chociaż niektóre z wymienionych tu okazów ze względu na swoją rzadkość są po prostu bezcenne, sprzedający proponowali ceny nie wygórowane, ale sięgające kilkudziesięciu tysięcy złotych za okaz.
— Niesłychane!... — nie mogłem wciąż opanować zdumienia.
— Dlatego każde z wymienionych muzeów traktowało tę sprawę jako jedyną w swoim rodzaju okazję i szybko, bez specjalnych formalności, dokonywało zakupu Dopiero tutaj, w departamencie, zbierając informacje o tych zakupach, poczuliśmy niepokój.
— Czy w każdym przypadku sprzedawcą była jedna i ta sama osoba?
— Nie. Muzeum w K. kupiło denar „Gnezdun civitas” od jakiegoś mężczyzny, muzeum w L. kupiło denar Mieszka I od jakiejś kobiety.
— Przy tego rodzaju transakcjach sporządza się rachunek, notuje dane personalne sprzedającego...
— Otóż to, panie Tomaszu. Zbadaliśmy dość dokładnie tę sprawę. Okazało się, że sprzedający zostali podstawieni.
— Jak to pan rozumie?
— Transakcje odbywały się w sposób następujący: najpierw był telefon do muzeum. Anonimowy człowiek proponował sprzedaż bezcennej monety i wyznaczał spotkanie w kawiarni dla obejrzenia monety. Na pytanie, skąd ma tę monetę, odpowiadał: „Informacji udzielać nie będę. Chcecie kupić czy nie? Jeśli nie, to żegnam”. Ponieważ były to wyjątkowe okazy i oferowano je stosunkowo tanio, chciało je mieć każde muzeum, zresztą sprzedający nie musi zdradzać swych tajemnic. Może odpowiedzieć: „Znalazłem monetę na strychu w starym kufrze”, i kto mu udowodni, że tak nie było? Dokonywano więc formalnych transakcji, sprzedający odbierał pieniądze, a następnie szedł na miejsce umówione z tym, kto mu powierzył monetę. Oddawał pieniądze i otrzymywał prowizję w wysokości tysiąca złotych. Za każdym razem, jak wynika z opisów, które nam dali fikcyjni sprzedawcy, faktycznym sprzedawcą był ktoś inny: jakaś elegancka dama, jakiś elegancki pan.
— Co nie oznacza, że to nie była spółka czy szajka złożona z paru osób — powiedziałem.
— Oczywiście. A nawet na pewno jest to jakaś kilkuosobowa szajka. Przecież to nie może być przypadek, że w jednym tygodniu oferowano do sprzedaży aż trzy wyjątkowe okazy monet.
— Czy zawiadomiliście milicję?
— Tak. To przecież dzięki milicyjnemu śledztwu wiemy, że sprzedający monety zostali podstawieni i za ich plecami krył się ktoś inny. Ale cała ta sprawa, choć podejrzana, nie daje przecież podstaw do wszczęcia formalnego śledztwa i angażowania organów ścigania. Nie nosi ona bowiem cech przestępstwa. Każdy człowiek w Polsce ma prawo sprzedawać w muzeum czy w sklepie Desy jakieś stare zabytkowe monety, będące w jego posiadaniu. Oczywiście, nie jest w porządku, że ktoś, zamiast samemu pójść do Desy lub do muzeum, wysyła tam kogoś innego i daje mu za to prowizję. Ale zawsze się może z tego wytłumaczyć, powiedzieć, że ma jeszcze wiele innych monet, a nie chciał być nagabywany przez numizmatyków. Wie pan, jak to jest ze zbieraczami. Jak się dowiedzą, że ktoś ma bogate zbiory, zaczną go nachodzić, proponować obejrzenie, wymianę, sprzedaż, kupno i tak dalej. Ten ktoś ma prawo pozostać anonimowym. I choć zachowuje się podejrzanie, przecież nie musi być przestępcą. Tym bardziej, proszę pana, że nie zgłaszano milicji, aby komukolwiek w Polsce zginęła, została skradziona lub zrabowana kolekcja starych monet. A więc okazy sprzedawane do muzeów nie pochodzą z kradzieży i dlatego nie ma podstaw do wszczęcia formalnego śledztwa. Mogły one zostać przypadkiem gdzieś znalezione. W czasie minionej wojny zginęło przecież sporo różnego rodzaju kolekcji. I należy się tylko cieszyć, że anonimowy znalazca, zamiast kryć je w jakimś schowku, oferował tak cenne okazy muzeum za niewygórowaną cenę.
— Może nie miał pojęcia o wartości towaru, który oferował?
— Nie, proszę pana. W telefonicznych rozmowach z kustoszami muzeów określał monety bardzo fachowo, mówił, że są bezcenne, ale że orientuje się w skromnych środkach finansowych, jakimi dysponują muzea, i dlatego proponuje takie niskie ceny. Chciałby bowiem, aby te monety znalazły się w muzeach, a nie u prywatnych kolekcjonerów.
— W pewnym sensie to nawet bardzo uczciwe postawienie sprawy.
— A tak. I to głównie zdecydowało, że nie widzimy potrzeby angażowania milicji, ale właśnie panu dajemy zadanie zbadania tej historii.
Zastanowiłem się chwilę.
— Jak mam trafić na ślad tajemniczego „ktosia”? — zapytałem.
— Wspomniałem panu, że muzeum w Łodzi otrzymało propozycję kupna „brakteatu Jaksy”, księcia na Kopanicy. Ofertę złożyła jakaś kobieta. Zaproponowała dokonanie transakcji w kawiarni „Honoratka”, jutro o godzinie dwudziestej. Kustosz muzeum ma przyjść i na spotkanie i przynieść pieniądze. Tajemnicza kobieta oświadczyła, że zna kustosza z wyglądu, sama podejdzie do jego stolika i z nim się rozmówi. Wręczy mu monetę i odbierze pieniądze. Proponuję, żeby pan pojechał jutro do Łodzi i o wyznaczonej godzinie zjawił się w kawiarni, niezależnie od kustosza. Obejrzy pan sobie tę panią, no a reszta już należy do pana.
— Transakcja ma być dokonana?
— O, tak. Przecież to bezcenna moneta, a chce za nią tylko trzydzieści tysięcy złotych. Tej sprawie nadaję kryptonim...
W tym momencie na biurku dyrektora Marczaka odezwał się telefon.
— Tak, słucham, tu Marczak — powiedział w słuchawkę.
Po dłuższej chwili na jego twarzy odmalował się wyraz bezbrzeżnego zdumienia. Potem dyrektor Marczak krzyknął do telefonu:
— Co takiego?! Chce mi pani sprzedać złoty dukat Łokietka? Ależ to chyba żart... Nie istnieje drugi egzemplarz tego dukata. Co takiego? Pani twierdzi, że pani ma drugi egzemplarz?
Na czoło dyrektora Marczaka wystąpiły drobne kropelki potu.
A palce tak miał mocno zaciśnięte na słuchawce, że aż zbielały.
— Proszę pani. Przystaję na każde warunki! — zawołał do telefonu. — Proszę powiedzieć, gdzie i kiedy możemy się spotkać. Tak, przyniosę pieniądze, ale pani musi najpierw pokazać mi tę monetę. Ja pani nie wierzę. Nie istnieje drugi egzemplarz dukata Władysława Łokietka... Co? Pani jeszcze do mnie zadzwoni?... Halo, halo!... — wołał do telefonu dyrektor Marczak.
Ale wołał na próżno. Kobieta, która dzwoniła, odłożyła słuchawkę.
Dyrektor Marczak długą chwilę siedział w fotelu za swoim biurkiem. A potem powiedział do mnie cicho, jakby mu sił brakowało:
— Tej sprawie nadaję kryptonim „Dukat Łokietka”.
I dodał błagalnie:
— Panie Tomaszu. W panu moja cała nadzieja...”



Oczekiwałem pana z niecierpliwością
fot. kadr z filmu zlotowego


Domyślam się, o co chodzi. O zagadki Fromborka?
fot. kadr z filmu zlotowego


Niestety, muszę pana rozczarować. Zagadkami Fromborka
już od trzech tygodni zajmuje się pański kolega,
magister Pietruszka

fot. kadr z filmu zlotowego


Niech pan nie „hmyka”. Bardzo tego nie lubię
fot. kadr z filmu zlotowego


— Co? — aż zerwałem się z fotela
fot. kadr z filmu zlotowego


Niech pan siada i mocno trzyma się fotela, bo to
jeszcze nie koniec rewelacji

fot. kadr z filmu zlotowego


Co takiego?! Chce mi pani sprzedać złoty dukat Łokietka?
fot. kadr z filmu zlotowego


Panie Tomaszu. W panu moja cała nadzieja...
fot. kadr z filmu zlotowego


„Czwartego sierpnia rano zajechałem swoim wehikułem przed Ministerstwo Kultury i Sztuki, aby wziąć delegację służbową. W wehikule miałem już neseser z moimi osobistymi rzeczami oraz sprzęt campingowy. Byłem zdecydowany wyruszyć w drogę natychmiast po załatwieniu formalności w ministerstwie.
W sekretariacie dyrektora Marczaka zastałem jak zwykle promiennie uśmiechniętą panią Zosię, sekretarkę. Była to osoba niemłoda i bardzo otyła, uwielbiająca słodycze. Gdy wszedłem do pokoju, ostrożnie, dwoma paluszkami, jak entomolog przepięknego motyla ze swej kolekcji, wyjmowała czekoladkę z leżącej przed nią na biurku ogromnej bombonierki.
— Delegacja jest gotowa — lewą ręką podała mi papiery, w prawej bowiem trzymała czekoladkę.
— Dziękuję pani uprzejmie — skłoniłem się nisko. Albowiem dobrze jest żyć w zgodzie ze swoim dyrektorem. Ale zupełnie źle jest popaść w konflikt z jego sekretarką.
— Mam do pana prośbę, panie Tomaszu — pani Zosia obdarowała mnie promiennym uśmiechem i w moim kierunku podsunęła otwartą bombonierkę. — Dzwonili do mnie z departamentu widowisk. Otóż jest prośba, aby pan wziął ze sobą do Fromborka pewnego sympatycznego artystę. Chodzi o to, że ten artysta będzie miał występy dla młodzieży harcerskiej, a nie może jechać pociągiem.
— Czyżby brakowało mu na bilet? — zapytałem.
— Ach, nie, panie Tomaszu — pani Zosia spojrzała na mnie z dezaprobatą. — Przeszkody natury, że się tak wyrażę, technicznej nie pozwalają mu jechać pociągiem.
— A cóż to za artysta, że pociągi mu nie służą?
— Dzwonili z departamentu widowisk, więc to artysta cyrkowy — niepewnie odrzekła pani Zosia.
— A co mu wzbrania jechać pociągiem? — indagowałem.
Zerknęła bezradnie na otwartą bombonierkę i podsunęła mi ją jeszcze bliżej. Zrozumiałem, że otrzymała ją w prezencie od owego artysty, który zapewne, aby zaoszczędzić sobie koszty biletu, wolał jechać cudzym samochodem.
— On wiezie jakieś zwierzęta — szepnęła i ugryzła czekoladkę.
— Słonie? Żyrafy? Tygrysy? — przeraziłem się. — To może pogromca dzikich zwierząt?
— Co też pan mówi, panie Tomaszu — roześmiała się. — On jest chyba iluzjonistą. Ma białego króliczka. Pan rozumie, takiego, którego wyciąga się z cylindra.
— Króliki, o ile mi wiadomo, wolno przewozić w pociągu.
— Tak. Tylko że on ma jeszcze... białe myszki.
— Myszki?
— Tak. I... padalca, to jest zaskrońca — powiedziała pani Zosia i aż wzdrygnęła się ze wstrętu.
— I ja mam wieźć do Fromborka całą tę jego menażerię?
— A cóż to panu szkodzi? Nie ma pan miejsca w swoim samochodzie? — zapytała, spoglądając na otwartą bombonierką.
A ja wiedziałem, że nie wywinę się od iluzjonisty, skoro ona od niego dostała bombonierkę ze smacznymi czekoladkami.
Zrezygnowany machnąłem ręką.
— To niech pani daje tego cyrkowca. Tylko zaraz, bo ja już wyjeżdżam z Warszawy.
Przełknęła pośpiesznie czekoladkę.
— On czeka na korytarzu. Łatwo pan go pozna, bo ma czarną bródkę...
Schowałem do kieszeni papiery, ucałowałem pachnącą czekoladkami dłoń pani Zosi i wyszedłem na korytarz.”



Ostrożnie, dwoma paluszkami, jak entomolog przepięknego
motyla ze swej kolekcji, wyjmowała czekoladkę z leżącej
przed nią na biurku ogromnej bombonierki

fot. kadr z filmu zlotowego


Delegacja jest gotowa
fot. kadr z filmu zlotowego


Otóż jest prośba, aby pan wziął ze sobą do Fromborka
pewnego sympatycznego artystę

fot. kadr z filmu zlotowego


Czyżby brakowało mu na bilet?
fot. kadr z filmu zlotowego


Ach, nie, panie Tomaszu. Przeszkody natury,
że się tak wyrażę, technicznej nie pozwalają
mu jechać pociągiem.

fot. kadr z filmu zlotowego


On wiezie jakieś zwierzęta
fot. kadr z filmu zlotowego


Słonie? Żyrafy? Tygrysy?
fot. kadr z filmu zlotowego


Ma białego króliczka, białe myszki. I... padalca,
to jest zaskrońca

fot. kadr z filmu zlotowego


To niech pani daje tego cyrkowca. Tylko zaraz,
bo ja już wyjeżdżam z Warszawy.

fot. kadr z filmu zlotowego


On czeka na korytarzu. Łatwo pan go pozna,
bo ma czarną bródkę...

fot. kadr z filmu zlotowego


Ucałowałem pachnącą czekoladkami dłoń pani Zosi
i wyszedłem na korytarz.

fot. kadr z filmu zlotowego


„W moim pokoju paliło się światło. Przy stole siedział Cagliostro i z niewinną miną rozkładał pasjansa. Zaskroniec zwinięty w krąg spał na poduszce na moim łóżku, a na łóżku Cagliostra baraszkowały białe myszy. Króliczek w klatce głośno chrupał marchewkę.
Niewinna mina Cagliostra, którego uważałem za zdrajcę i Judasza, obudziła we mnie straszliwą złość. Pomyślałem, że on robi mi bezkarnie różnego rodzaju psikusy, a ponieważ ja udaję, że o nich nie wiem, chyba uważa mnie za bałwana.
Postanowiłem zamącić nieco ten wizerunek mojej osoby.
— Mistrzu — rzekłem rozglądając się — czy nie odniósł pan wrażenia, że pod naszą nieobecność ktoś zakradł się do pokoju?
— Nie mam takiego wrażenia.
— O ile pamiętam, miał pan dziesięć pudełek. A teraz widzę tylko dziewięć. Co się stało z jednym pańskim pudełkiem?
To stwierdzenie na moment zaskoczyło mistrza. Miałem przecież na myśli pudełko, które nocą na przystani wręczył Waldemarowi Baturze.
— Świat jest iluzją — ziewnął, udając, że lekceważy sobie moje słowa. — Czy jest pan pewien, że umie pan liczyć do dziesięciu?
— Ukończyłem wyższe studia — odparłem. — Wprawdzie nie była to Sorbona ani Oxford, lecz jednak wydaje mi się, że nabyłem umiejętność liczenia do dziesięciu.
— Ach — westchnął — o ile się nie mylę, posiadł pan wiedzę humanistyczną. Matematyka nie jest zapewne pana najmocniejszą stroną.
— Wydaje mi się, że umiem liczyć do dziesięciu.
— A do dwudziestu?
— Wydaje mi się, że potrafię liczyć także i do dwudziestu.
— Do dwudziestu? — udał zdumienie. — Nigdy pana o to nie posądzałem. Liczenie do dwudziestu jest niezwykle trudną sztuką i nawet ja, który przecież ukończyłem Sorbonę, a także odbyłem studia u tybetańskich mnichów, niekiedy mylę się, gdy wypada mi liczyć aż do dwudziestu.
— Chce mnie pan poddać egzaminowi? — zapytałem, czując, że z wściekłości włos mi się jeży na głowie.
— Chętnie sprawdzę pana umiejętności — stwierdził. Wstał od stołu, sięgnął do jednej ze swych dziewięciu paczek i wyjął z niej mały woreczek oraz niewielką tacę.
Najpierw wręczył mi woreczek i poprosił, abym go rozwiązał z rzemyczków i zajrzał do środka.
— W woreczku są monety — powiedziałem. — Dwudziestogroszówki.
— Umie pan liczyć, prawda? — upewniał się Cagliostro. — Proszę więc przeliczyć monety, wyjmując je z woreczka. Proszę najpierw wyjąć pięć monet.
Sięgnąłem do woreczka i wyjąłem pięć monet, kładąc je na tacy.
— Proszę teraz wyjąć jeszcze pięć monet.
Znowu pięć monet położyłem na tacy. Woreczek był już pusty.
— Ile monet było w woreczku? Hę? — zagadnął Cagliostro.
— Najpierw wyjąłem pięć monet, a potem również pięć, czyli w woreczku było dziesięć monet.
— Proszę sprawdzić dokładnie woreczek. Może pozostawił pan tam jednak jakąś monetę? — nakazał mistrz.
Zajrzałem do woreczka, potrząsnąłem nim, obmacałem go. Nie ulegało wątpliwości, że woreczek jest próżny.
— A więc twierdzi pan, że w woreczku było dziesięć monet? — rzekł Cagliostro, odbierając mi woreczek.
— No tak. Pięć plus pięć to jest dziesięć.
— I tego uczyli pana na wyższych studiach? — zachichotał Cagliostro.
Jednym szybkim ruchem wsypał monety z tacy do woreczka. A po sekundzie, z tego samego woreczka wysypał znowu monety na tacę. Tylko że tym razem na oko widziało się, że monet jest znacznie więcej.
— Proszę przeliczyć — zaproponował mistrz.
Liczyłem. Na tacy leżało osiemnaście monet.
— A więc pięć plus pięć wcale nie jest dziesięć, lecz osiemnaście — rzekł Cagliostro.
Wsypał monety do woreczka, woreczek zawiązał na rzemyki, po czym schował wszystko na powrót do jednej ze swych paczek.
— Czy jest pan w dalszym ciągu pewien, że ja miałem dziesięć pudełek? — zapytał kpiąco.
Kiwnąłem głową.
— Wiem, mistrzu, świat jest iluzją, prawda?
A po chwili patrząc mu zimno w oczy powiedziałem:
— Pewnego dnia zrobię panu taki hokuspokus, że jeszcze raz pójdzie pan na naukę do tybetańskich mnichów. A teraz, mistrzu, proponuję położyć się do snu.”



Przy stole siedział Cagliostro i z niewinną miną
rozkładał pasjansa.

fot. kadr z filmu zlotowego


Mistrzu czy nie odniósł pan wrażenia, że pod naszą
nieobecność ktoś zakradł się do pokoju?

fot. kadr z filmu zlotowego


Nie mam takiego wrażenia.
fot. kadr z filmu zlotowego


O ile pamiętam, miał pan dziesięć pudełek.
A teraz widzę tylko dziewięć. Co się stało
z jednym pańskim pudełkiem?

fot. kadr z filmu zlotowego


Świat jest iluzją
fot. kadr z filmu zlotowego


Czy jest pan pewien, że umie pan liczyć do dziesięciu?
fot. kadr z filmu zlotowego


Najpierw wręczył mi woreczek i poprosił, abym go rozwiązał
z rzemyczków i zajrzał do środka

fot. kadr z filmu zlotowego


W woreczku są monety. Dwudziestogroszówki
fot. kadr z filmu zlotowego


Proszę więc przeliczyć monety, wyjmując je z woreczka.
fot. kadr z filmu zlotowego


Najpierw wyjąłem pięć monet, a potem również pięć,
czyli w woreczku było dziesięć monet.

fot. kadr z filmu zlotowego


I tego uczyli pana na wyższych studiach?
fot. kadr z filmu zlotowego


Wiem, mistrzu, świat jest iluzją, prawda?
fot. kadr z filmu zlotowego


Pewnego dnia zrobię panu taki hokuspokus, że jeszcze
raz pójdzie pan na naukę do tybetańskich mnichów

fot. kadr z filmu zlotowego


„Weszliśmy do mego pokoju. Usadowiłem wszystkich na krzesłach przy stole. Spod łóżka wyjąłem miniaturowy czarny aparat nadawczoodbiorczy. Panna Ala natychmiast zaczęła kręcić jego gałkami, ale w głośniku dał się słyszeć tylko lekki szum oznaczający ciszę w eterze.
— Aktorzy jeszcze nie weszli do studia — oświadczyła Ala.
— A więc to będzie tylko przedstawienie — stwierdził nieco rozczarowany dyrektor Marczak.
— Raczej reportaż. Mam nadzieję, że uda mi się na żywo uchwycić scenę obrabowania trzeciego schowka — pocieszałem dyrektora.
— Nic z tego nie rozumiem! — zawołała Zosia Walczyk. — Ale jestem pewna, że będzie to najfajniejsza audycja, jaką dotąd słyszałam.
— A może to jakaś magiczna sztuczka? — zastanawiał się Baśka.
Słowa te obudziły niepokój dyrektora.
— Czy to wspólne mieszkanie z Cagliostrem tak na pana wpłynęło, Tomaszu? Odkąd jestem we Fromborku, wciąż oglądam jakieś hokuspokus. Ostrzegam, że jeśli te nowe zwyczaje iluzjonistyczne zechce pan wprowadzić do naszego departamentu, nie spotka się to z moim uznaniem.
I zacny dyrektor podejrzliwie rozejrzał się po pokoju, spodziewając się ujrzeć wypełzającego spod łóżka zaskrońca lub harcujące myszy.
Lecz sympatyczne zwierzaki, które zdążyłem trochę polubić, były chyba w towarzystwie Cagliostra. Mistrz czarnej i białej magii jeszcze nie powrócił do pokoju po swych występach na ognisku.
— Uwaga! — syknęła Ala. — Coś się zaczyna dziać...
W głośniku miniaturowego pudełka radiowego usłyszeliśmy głośny zgrzyt, jakby ktoś otwierał zardzewiałe drzwi żelazne. Potem męski głos, który bez trudu można było rozpoznać jako głos Batury, oświadczył:
— Zamknij drzwi na klucz i zapal latarkę elektryczną, Cagliostro. Trzeci schowek chyba jest w piwnicach.
Aparat nadawczy umieszczony był w podziemiu, dokąd skierowali się złoczyńcy. Ich kroki zbliżały się do aparatu i przez to stawały się coraz głośniejsze.
— Oświetlaj ściany — rozkazał Batura Cagliostrowi. Nastała długa chwila ciszy, zapewne światło latarki elektrycznej omiatało ścianę podziemia. Po jakimś czasie usłyszeliśmy głos Cagliostra:
— Nic tu nie widać ciekawego. Ściany są gładkie, z cegieł i kamienia.
— A te żelazne drzwiczki od dymnika? — zapytał Batura. — Nie wygląda na to, żeby to pomieszczenie miało przewód kominowy. A jednak tuż przy ziemi są drzwiczki do wyjmowania sadzy. Trzeba je otworzyć.
— Nie mamy klucza sztorcowego...
— Spróbuj kombinerkami uchwycić trzpień zamka. Usłyszeliśmy cichy zgrzyt żelaza o żelazo. Potem coś skrzypnęło.
— Już otwarte — stwierdził z ulgą Cagliostro. — Ale dymnik zawalają cegły.
— Wyjmij cegły — znowu rozkazał Batura.
Do naszych uszu dobiegły odgłosy czyjegoś sapania, potem kilkakrotnie coś stuknęło. Ktoś rzucał cegły na kamienną posadzkę. A po chwili usłyszeliśmy pełen radości głos Cagliostra:
— Są! Waldek, tu są skarby! Leżą za cegłami w dymniku.
Batura, również rozgorączkowanym głosem, zaczął rozkazywać:
— Odsuń się, Cagliostro. Teraz ja wezmę się do roboty. Muszę znaleźć pudełko albo woreczek z rubinami. Inne rzeczy pozostawimy, one nas nic nie obchodzą.
Znowu chwila ciszy i głos Batury:
— Znalazłem blaszane pudełko po tytoniu. Są w nim kamienie.
— Pokaż je. Daj je tutaj.
Znowu chwila ciszy i głos Batury:
— Tak, to są rubiny.
— Pokaż je — prosił Cagliostro.
— Teraz nie ma czasu na oglądanie. Wkrótce wróci kościelny i zaraz tutaj zjawi się Pietruszka. Weź ode mnie pudełko. Wyjmij z naszego woreczka fałszywe rubiny. Przesyp je do pudełka, a te z pudełka włóż do woreczka. A ja zajrzę do dymnika.
Dyrektor Marczak uderzył pięścią w stół.
— A to łajdaki! — wrzasnął. — Zamieniają kamienie!
Teraz doszedł naszych uszu szmer cegieł wsuwanych do dymnika, później zgrzyt żelaza o żelazo, to zapewne Cagliostro zamykał dymnik. Jeszcze później usłyszeliśmy oddalające się kroki i głośny hałas otwieranych drzwi.
Batura i Cagliostro ujrzeli chyba coś lub kogoś w otwartych drzwiach, bo usłyszeliśmy głośne:
— O, rrrrany...
I nastała cisza. Audycja była przerwana.
W naszym pokoju też trwało milczenie. Oto byliśmy świadkami faktu odnalezienia i obrabowania trzeciego schowka Koeniga. Było oczywiste dla wszystkich, że w taki sam sposób obrabowano pierwszy i drugi schowek. Dyrektorowi Marczakowi dostarczyłem dowodu, którego tak usilnie domagał się ode mnie.
Ale, o dziwo, Marczak wcale nie był tym zachwycony. Groźna zmarszczka pobruździła mu czoło.
— Pan wiedział, Tomaszu, gdzie jest trzeci schowek, czy tak? — zapytał mnie złowróżbnym tonem.
— Zrobiłem w tej sprawie notatkę i dałem ją panu na przechowanie — powiedziałem bez cienia strachu.
— Pan wiedział, gdzie jest schowek — powtórzył Marczak. — Postawił pan tam jakiś aparat nadawczy. Wiedział pan również, że złoczyńcy tam przyjdą i dokonają rabunku. Innymi słowy, wiedząc, że oni obrabują schowek, nie tylko pan tego nie uniemożliwił, ale zrobił pan z tego szopkę, audycję radiową, narażając skarb państwa na ogromne straty.
— Odbierzemy im te rubiny — odrzekłem beztrosko. — Ale przecież to właśnie pan umożliwił złoczyńcom odkrycie trzeciego schowka.
— Ja? — oburzył się dyrektor.
— Mówię poważnie, panie dyrektorze. W poczuciu pełnego zaufania powierzyłem panu kopertę, kryjącą rozwiązanie zagadki trzeciego schowka...
Nie dokończyłem. W tym momencie otworzyły się drzwi pokoju i jak bomba, która za chwilę ma wybuchnąć, wpadł do nas magister Pietruszka. Włos miał rozwiany, wzrok błędny.
— Wiem! wiem! wiem! — krzyczał histerycznie. — Mam rozwiązanie zagadki trzeciego schowka. Osiem kątów na planie Koeniga to przecież oktogon. Ośmioboczna wieża warowni fromborskiej. Tam kryje się teraz trzeci schowek!
— Czyżby? — ponuro zapytał dyrektor Marczak.
— Tak, panie dyrektorze. To było genialnie proste. Lecz właśnie takie rozwiązanie najtrudniej przychodzi człowiekowi do głowy. Panna Anielka, widząc moją rozpacz, zapytała mnie o szyfr do trzeciego schowka. Powiedziałem jej o ośmiu kątach na planie Koeniga. „Osiem kątów — powtórzyła. — Osiem kątów”. I wtedy przypomniałem sobie o oktogonie.
Magister Pietruszka urwał swą wypowiedź, aby złapać oddech, a potem palec wskazujący jego ręki skierował się w moim kierunku:
— A teraz, panie dyrektorze, proszą otworzyć kopertę, którą dał panu Tomasz. Przekonamy się, czy on też wpadł na to samo rozwiązanie zagadki.
Dyrektor Marczak w milczeniu sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej niebieską kopertę. Rozerwał ją i wyjął kartkę papieru.
Była to zupełnie czysta, biała kartka.
— A więc to tak? — stwierdził z pogardą Pietruszka. — Tomasz nas nabrał, panie dyrektorze.
Ale dyrektor Marczak nie odezwał się. Przypomniał sobie zapewne o moich słowach, że to on wskazał złoczyńcom trzeci schowek Koeniga. Pamiętał również o sztuczce z kopertami, w której wziął udział na harcerskim ognisku. Ze złością zmiął kartkę i kulkę papieru rzucił do kosza.
— Czy audycja radiowa może być dowodem dla sądu? — zagadnął mnie.
— Nie, panie dyrektorze. To był dowód dla pana. Nawet gdybyśmy nagrali audycję na taśmą magnetofonową, nie moglibyśmy jej przedstawić w sądzie, gdzie taśma magnetofonowa nie może być dowodem w sprawie. Przestępcy będą zawsze mogli stwierdzić, że chcieli mi zrobić przyjemność i na moją prośbę po prostu „odegrali” swoje rólki.
Pietruszka nie rozumiał naszej rozmowy.
— O czym wy mówicie? — zapytał.
Dyrektor oskarżycielskim gestem wskazał mały radioodbiornik leżący na stole:
— To małe radio nadało przed chwilą audycję o dwóch złoczyńcach, którzy zakradli się do podziemi i z dymnika wyjęli blaszane pudełko z rubinami. Na ich miejsce włożyli fałszywe rubiny.
— Czy to ma jakiś związek z oktogonem? — wyjąkał Pietruszka.
Dyrektor Marczak ciężko podniósł się z krzesła.
— Obawiam się, że tak. Obawiam się również, że nie doceniliśmy wielorakich talentów Tomasza. Okazuje się, że prócz żyłki detektywistycznej, posiada on talent reżyserski.
— I oszukuje — dodał Pietruszka, wspominając czystą kartkę papieru w niebieskiej kopercie.
Dyrektor Marczak machnął ręką.
— Chodźmy do schowka Koeniga. A panu — rzucił mi groźnie — pozostawiam sprawę odzyskania prawdziwych rubinów.”




Panna Ala natychmiast zaczęła kręcić jego gałkami
fot. kadr z filmu zlotowego


A więc to będzie tylko przedstawienie
fot. kadr z filmu zlotowego


Raczej reportaż. Mam nadzieję, że uda mi się na żywo
uchwycić scenę obrabowania trzeciego schowka

fot. kadr z filmu zlotowego


Uwaga! Coś się zaczyna dziać...
fot. kadr z filmu zlotowego


W głośniku miniaturowego pudełka radiowego usłyszeliśmy
głośny zgrzyt, jakby ktoś otwierał zardzewiałe drzwi żelazne

fot. kadr z filmu zlotowego


A to łajdaki! Zamieniają kamienie!
fot. kadr z filmu zlotowego


Pan wiedział, gdzie jest schowek. Postawił pan
tam jakiś aparat nadawczy.

fot. kadr z filmu zlotowego


Odbierzemy im te rubiny. Ale przecież to właśnie
pan umożliwił złoczyńcom odkrycie trzeciego schowka.

fot. kadr z filmu zlotowego


Jak bomba, która za chwilę ma wybuchnąć,
wpadł do nas magister Pietruszka

fot. kadr z filmu zlotowego


Wiem! wiem! wiem! Mam rozwiązanie zagadki trzeciego schowka
fot. kadr z filmu zlotowego


Osiem kątów na planie Koeniga to przecież oktogon.
Ośmioboczna wieża warowni fromborskiej. Tam kryje się
teraz trzeci schowek!

fot. kadr z filmu zlotowego


Czyżby?
fot. kadr z filmu zlotowego


Tak, panie dyrektorze. Panna Anielka,
widząc moją rozpacz, zapytała mnie o szyfr
do trzeciego schowka.

fot. kadr z filmu zlotowego


A teraz, panie dyrektorze, proszą otworzyć kopertę,
którą dał panu Tomasz.

fot. kadr z filmu zlotowego


Była to zupełnie czysta, biała kartka.
fot. kadr z filmu zlotowego


A więc to tak?. Tomasz nas nabrał, panie dyrektorze.
fot. kadr z filmu zlotowego


Czy audycja radiowa może być dowodem dla sądu?
fot. kadr z filmu zlotowego


Nie, panie dyrektorze. To był dowód dla pana.
fot. kadr z filmu zlotowego


To małe radio nadało przed chwilą audycję o dwóch
złoczyńcach, którzy zakradli się do podziemi i z dymnika
wyjęli blaszane pudełko z rubinami. Na ich miejsce włożyli
fałszywe rubiny.

fot. kadr z filmu zlotowego


Chodźmy do schowka Koeniga.
fot. kadr z filmu zlotowego


A panu pozostawiam sprawę odzyskania prawdziwych rubinów
fot. kadr z filmu zlotowego

Kiedy przyszło mi zmontować już po zlocie te wszystkie nasze filmowe ujęcia to pomyślałem, że naprawdę wielka szkoda, że nikt nie podjął się do nakręcenia prawdziwego filmu na motywach książki „PS i zagadki Fromborka”. Ta książka świetnie nadaje się do filmu, nie trzeba jeździć po Polsce w poszukiwaniu plenerów do ujęć, bowiem wszystko możemy znaleźć tu, w tym jednym miejscu, „w maleńkim Fromborku, o którym mówiono, że leży na „końcu świata”.”
_________________

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało :-)
 
 
Ater
Głodny przygód


Dołączył: 05 Sie 2017
Posty: 206
Wysłany: 2019-03-20, 19:38   

36. Ater


Obserwatorium nocą


W sobotę wraz TomaszemL, Konfiturkiem i zbychowcem udaliśmy się do Obserwatorium w Roninie. Pogada tym razem dopisała i Urania odsłoniła przed nami swoje wdzięki. Po krótkiej prezentacji głównych gwiazdozbiorów nieba letniego Wolarza, Łabędzia, Perseusza. Równie ciekawą atrakcją był widok majestatycznie górującego trójkąta letniego czyli trzech najjaśniejszych gwiazd widocznych latem (Altair, Deneb, Wega).
Po chwili odłączyłem się od współuczestników i zacząłem dyskusję z miejscowymi obserwatorami na tematy bardziej techniczne. A następnie dołączyła reszta grupy i przez teleleskop zobaczyliśmy M31 (Galaktykę Andromedy) i M13 (gromadę kulistą w Herkulesie).



Fragment Drogi Mlecznej z meteorem z roju Perseidów
fot. Konfiturek


Fragment Drogi Mlecznej z meteorem z roju Perseidów
fot. Konfiturek


Fragment Drogi Mlecznej z meteorem z roju Perseidów
fot. Konfiturek


Fragment Drogi Mlecznej z meteorem z roju Perseidów
fot. Konfiturek

Podczas naszego zlotu, przypadkiem, było maksimum roju Perseidów, więc mogliśmy zobaczyć również meteory.


Meteory nad Fromborkiem
fot. Konfiturek


Meteory nad Fromborkiem
fot. Konfiturek


Meteory nad Fromborkiem
fot. Konfiturek


Fragment Drogi Mlecznej z meteorem z roju Perseidów
fot. Konfiturek


Fragment Drogi Mlecznej z meteorem z roju Perseidów
fot. Konfiturek


Fragment Drogi Mlecznej z meteorem z roju Perseidów
fot. Konfiturek


Meteory nad Fromborkiem
fot. Konfiturek

Po tak niesamowitych wrażeniach ruszyliśmy z powrotem na camping.
_________________
 
 
johny
Moderator



Wiek: 46
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 9707
Skąd: Łódź
Wysłany: 2019-03-20, 19:39   

37. johny


AS


Nadeszła w końcu ta chwila aby pomysł zmaterializowania AS-a doszedł do skutku. Jako, że jestem asem jakich mało nie było wątpliwości komu powierzyć rolę odtwarzanie tej szatańskiej maszyny. Nie zapomnę jak pani w Biedronce lekko była skonsternowana gdy zapytałem czy mają gdzieś karton. Zapytała – jaki? Odparłem taki żebym się w niego zmieścił!
Aż tak dużego kartonu co prawda nie było ale jakowyś się znalazł. A jak wiemy inwencja i pomysłowość naszych Forowiczów nie mają granic! Kartonik w swe ręce wziął zatem PiTT i niczym Adam Słodowy zmieniać zaczął zwykły karton po pomidorach w maszynę jako żywo przypominającą opis zawarty na kartach Zagadek Fromborka.



PiTT tworzy ASa
fot. Czesio1


PiTT tworzy ASa
fot. Czesio1


PiTT tworzy ASa
fot. Czesio1


PiTT tworzy ASa
fot. Czesio1


PiTT tworzy ASa
fot. Czesio1

AS gotowy
fot. Czesio1

Jeszcze tylko ostatnie poprawki i mogłem się poczuć się jak aktor grający C3PO w Star Wars. Kostium leżał perfektnie a my z twarzami roześmianymi od ucha do ucha zaczęliśmy przygotowywać się do nagrania scenek do naszego forowego filmu.

„Była dopiero czwarta po południu, ale w głębokim wąwozie jechaliśmy jak w mrocznym korytarzu. Korony drzew splatały się nad naszymi głowami, z obydwu stron pięły się stromo w górę wysokie ściany.”


„Jechaliśmy mrocznym korytarzem”
fot. kadr z filmu zlotowego

„— Ciekawym, jak oni wyglądają? — powiedział mistrz.
— Kto?
— Marsjanie — odparł, jakby rzeczywiście nie miał innych zmartwień.
I właśnie w tym momencie, jakby w odpowiedzi na pytanie mistrza, w mrocznym tunelu wąwozu oślepiło nas jakieś ostre światło. Na krótką chwilą, aż zaniewidziałem i automatycznie nacisnąłem hamulec. Blask był ostry, niemal bolesny.
(...)
O kilka metrów przed wehikułem zagradzał nam drogę jakiś dziwaczny stwór. Z początku odniosłem wrażenie, że mam przed sobą nieziemską istotę, która patrzy na mnie pięciorgiem wielkich okrągłych oczu. Tylko jedno z nich rozbłyskiwało niebieskawym światłem, pozostałe zaś jak gdyby korzystając z jego blasku przyglądały się nam z największą uwagą.”



„Zagradzał nam drogę jakiś dziwaczny stwór”
fot. kadr z filmu zlotowego


„Zagradzał nam drogę jakiś dziwaczny stwór”
fot. kadr z filmu zlotowego

„Spostrzegłem, że z pancerza pojazdu wysunęły się cztery długie czułki, a może anteny. Potem zabłysło drugie oko. Jęzor żółtego światła jak gdyby obmacał dokładnie mój wehikuł i zajrzał nawet do wnętrza, oświetlając nasze twarze.
— Marsjanie... — wyszeptał Cagliostro i wcisnął się mocniej w oparcie fotela.”



„Z pancerza pojazdu wysunęły się cztery długie czułki”
fot. kadr z filmu zlotowego

„Żółtawy jezior światła drugiego oka wciąż lizał moją twarz. Poirytowało mnie to trochę, bo musiałem zmrużyć oczy. Zapaliłem długie światło ”


„Zapaliłem długie światło”
fot. kadr z filmu zlotowego

„Wtedy Marsjanin, którego chyba oślepiły moje lampy, błysnął trzecim okiem. Znowu uderzyło mnie bardzo ostre, białe światło, ale jego siłę osłabiały po części zapalone lampy diodowe. Obydwa nasze pojazdy stały teraz w potoku świateł. Na dnie wąwozu można by znaleźć nawet igłę. Było tak jasno, jak na biurku, gdy pali się na nim nocna lampa.
Marsjanin pierwszy okazał znużenie tą walką reflektorów. Przygasił swoje latarnie, pozostawiając tylko na kopule słabe, niebieskawe, ostrzegawcze światło.
(...)
Raptem w tajemniczym pojeździe coś zachrypiało, zakaszlało, zakrztusiło się jak w megafonie dworcowym. Wydawało mi się, że ktoś ukryty w tym dziwnym pojeździe chce coś do nas powiedzieć, ale nie bardzo wie, w jakim języku. Może zresztą te kaszlnięcia i chrypnięcia to był język Marsjan?
— Niech pan także spróbuje się z nimi dogadać — zaproponowałem Cagliostrowi.
— A w jaki sposób?
— Przecież pan studiował na Sorbonie. Przy pomocy telepatii albo hipnozy — powiedziałem.
— Coś pan? Tego mnie nie uczyli — wyznał mistrz. Niemal ogłuszył nas potężny głos. Niby ogromny gigantofon ryknął z całej mocy:
— Wycofacie się czy nie?!
— O Jezu! Po polsku. On mówi po polsku — jęknął radośnie iluzjonista.
Głos znowu zakrzyknął potężnie:
— No jazda! Wycofać się. Z drogi!
Chciał zdaje się jeszcze coś powiedzieć, ale rozkasłał się, zachrypiał, zakrztusił. Zapewne jego aparatura do gadania nie nazbyt dobrze działała.
I może dlatego zaraz poczułem się jakoś pewniej. Wstąpiła we mnie odwaga, zagrała krew husarzy i szwoleżerów.
Wylazłem z wehikułu i ujmując się pod boki, w szerokim rozkroku stanąłem przed maską samochodu.
— A z jakiej to racji, szanowny panie, ja mam się wycofać? Byłem pierwszy w wąwozie. Niech pan się cofnie — oświadczyłem gromko.”



„A z jakiej to racji, szanowny panie, ja mam się wycofać?”
fot. kadr z filmu zlotowego

„W dziwnym pojeździe znowu coś zabulgotało, zakasłało. I tajemnicze COŚ powiedziało nieco spokojniejszym tonem:
— Jazda z drogi, bo was rozjadę.”



„Jazda z drogi, bo was rozjadę”
fot. kadr z filmu zlotowego

„— Co takiego? Obywatel nam grozi? — zapytałem. — Niech obywatel sam się wycofa.
Mój Boże, jakże swojsko to brzmiało. Jakbym znajdował się na stacji benzynowej i słyszał codzienną rozmowę między dżentelmenami, którzy podjeżdżali samochodami, żeby zatankować paliwo. Marsjanie? Jacy to Marsjanie?”



„Co takiego? Obywatel nam grozi?”
fot. kadr z filmu zlotowego

„W tajemniczym pojeździe coś zachichotało. A potem głos zabrzmiał słodko, kokieteryjnie:
— Myślałam, że panowie są dżentelmenami i ustępują z drogi kobiecie.
Cagliostro natychmiast wyskoczył z wehikułu.
— To jakaś pani! — zawołał radośnie. — Ciekawym, czy ładna.
Podbiegł do tajemniczego pojazdu. Obleciał go dokoła, ale nigdzie nie znalazł drzwiczek ani okienka, przez które można by zajrzeć do wnętrza.
— O rany — zdumiał się. — Jak pani tam weszła?
Rzeczywiście, ja także zauważyłem, że tajemniczy pojazd nie miał ani drzwi, ani okien. Pani, która w nim siedziała, chyba patrzyła na nas przez któreś oko w ruchomej kopułce. Ale jak się tam dostała?”



„O rany. Jak pani tam weszła?”
fot. kadr z filmu zlotowego

„— Proszę pani. Halo, proszę pani — Cagliostro zapukał palcem w żelazny pancerz pojazdu.
A wtedy stała się rzecz straszna. Odskoczyły malutkie drzwiczki w boku pojazdu, wysunęła się z nich żelazna ręka. Stalowe palce chwyciły Cagliostra za kark i odciągnęły go na kilka kroków od pojazdu.
— Jezus Maria, mordują! — wrzeszczał Cagliostro trzymany w uścisku stalowych palców.”



„Jezus Maria, mordują!”
fot. kadr z filmu zlotowego

„Ale żelazna ręka puściła go i wycofała się do wnętrza pojazdu. Malutkie drzwiczki zatrzasnęły się bezszelestnie.
— Co za brutalna kobieta — mruknął Cagliostro, macając swój kark.”



„Co za brutalna kobieta”
fot. kadr z filmu zlotowego

„Jakiś męski głos zapytał:
— Co się tam dzieje?
— Jakichś dwóch osobników zatarasowało drogę Asowi — odpowiedziała kobieta.
A więc ten pojazd nazywał się „As”. No tak, dopiero teraz zauważyłem nikły napis na jego boku. Dwie litery: „A” i „S”.”



„AS”
fot. kadr z filmu zlotowego

„— Przecież tam jest znak drogowy: „zakaz wjazdu” — zauważył męski glos.
— No to niech się pan przyjrzy tym dwóm, którzy nie przestrzegają przepisów, panie profesorze — odrzekł kobiecy głos.”



„Niech się pan przyjrzy tym dwóm, którzy nie
przestrzegają przepisów”

fot. kadr z filmu zlotowego

„— Wydaje mi się, profesorze, że to dwóch nieszkodliwych wariatów. Puścimy ich, ale uprzednio niech złożą przysięgę milczenia.
— Przysięgamy milczenie! — ryknęliśmy chórem.
— No, a teraz jazda stąd — groźnie oświadczyła kobieta.”



„No, a teraz jazda stąd”
fot. kadr z filmu zlotowego

„Żelazne ręce zwolniły swój mocny uścisk. Przygasły światła reflektorów na kopułce tajemniczego pojazdu. A potem niemal bezszelestnie dokonał zwrotu. Na naszych oczach wspiął się po stromej ścianie wąwozu. Gąsienicami i potężnym tułowiem łamał krzewy i cienkie drzewa.
Wspinał się szybko, po chwili już był wysoko i zniknął w lesie porastającym wzgórze.”



„Niemal bezszelestnie dokonał zwrotu”
fot. kadr z filmu zlotowego

„A my trochę oszołomieni tym, co przeżyliśmy, staliśmy jak ogłupiali w mrocznym wąwozie. Upłynęła jeszcze chwila i to, co nas spotkało, zdało się tylko snem. Ale nie. To nie był sen. Na ścianie wąwozu wyraźnie rysował się ślad gąsienic i widniały połamane krzewy.
— Jedziemy do Fromborka — szepnąłem. Cagliostrowi dwa razy nie trzeba było powtarzać tej propozycji. Może lękał się, że tajemniczy pojazd tu powróci, a groźna niewiasta rozmyśli się i każe go zamknąć? Błyskawicznie znalazł się w wehikule. Ja postąpiłem tak samo. Prędziutko wycofałem się tyłem z wąwozu. W szalonym tempie, jakby uciekając przed straszliwym niebezpieczeństwem, mknęliśmy do Fromborka.”.”



„Prędziutko wycofałem się tyłem z wąwozu”
fot. kadr z filmu zlotowego

Nie powiem starałem się jak mogłem. Ponoć postronni obserwatorzy stwierdzili, że wypadłem całkiem przyzwoicie!
Chyba rzeczywiście musiało być nieźle bo proces rejestracji sceny obserwowali prawie wszyscy zlotowicze, nawet ci którzy powoli szykowali się do snu.
Kurcze znów na chwilę stałem się kimś innym kimś o kim mogłem tylko przeczytać na kartach książek Zbigniewa Nienackiego.
Mam nadzieję na kolejne role tym razem we Francji. Oj, tam będzie „background” do dobrego filmu!
Na koniec chciałbym serdecznie podziękować PiTTowi za to co zrobił z kawałka pudełka. Bezapelacyjnie mógłby pretendować do Oskarów w kategorii efekty specjalne czy coś takiego!
"


Zlotowicze z "AS-em"
fot. Konfiturek


Zlotowicze z "AS-em"
fot. Konfiturek
_________________
... To live is to die... - Cliff Burton
volenti non fit iniuria!
When you walk through a storm, Hold your head up high, And don`t be afraid of the dark. At the end of a storm, There`s a golden sky...
XIII VII III I V XX XIV 1

 
 
Czesio1
Administrator
Ojciec Prowadzący



Wiek: 43
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 12555
Wysłany: 2019-03-23, 20:22   

38. Czesio1


Zakończenie zlotu


15 sierpnia 2017 roku to niestety ostatni już dzień naszego zlotu. Ponieważ wielu z nas czekała długa podróż do domów na ten dzień nie było już zaplanowanych żadnych atrakcji. Ci którzy mieli bliżej do domów mogli obie pozwolić na późniejszy wyjazd wykorzystując świąteczny dzień chociażby na udział w uroczystościach w Katedrze Fromborskiej. 15 sierpnia to dzień dorocznego odpustu we Fromborku. A dodatkowo w tym roku w tym właśnie dniu w uroczystej mszy wziął udział Nuncjusz Apostolski w Polsce Salvatore Pennacchio, który nałożył Arcybiskupowi Metropolicie Warmińskiemu Józefowi Górzyńskiemu paliusz.
Niestety część z nas musiała wyjechać z Fromborka już wczesnym świtem. Jako pierwszy opuścił Frombork TomaszK z którym do Krakowa pojechała również Anna. Kilka minut po nich wyjechałem i ja.
Smutne to chwile gdy się rozstajemy i każdy odjeżdża w innym kierunku. Ale przecież nie ostatni to nasz zlot. Nadejdzie dzień kiedy znowu spotkamy się na szlaku przygody…



Forowy baner gotowy do demontażu
fot. Czesio1


Pożegnalna grupówka na tle forowego banera
fot. Czesio1


Do zobaczenia...
fot. Czesio1
_________________

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało :-)
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group. Template GreyBlue v 0.2 created by Nasedo.
Strona wygenerowana w 1.14 sekundy. Zapytań do SQL: 15