GLISNO 2025
22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16814
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 617 razy
- Otrzymał podziękowań: 314 razy
22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
XXII FOROWY ZLOT SZACHOWNICOWY
GLISNO 2025
GLISNO 2025
18 - 22 czerwca 2025 roku
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9327
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 82 razy
- Otrzymał podziękowań: 631 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
1. TomaszK
Dlaczego Jasień to Lubniewice
Nienacki ukrył przed czytelnikami jaka miejscowość była pierwowzorem książkowego Jasienia. I zrobił to celowo, pisząc już na pierwszej stronie książki „(…) wielbiciele pięknego krajobrazu zapewne zdołają odnaleźć jezioro Jasień (nawet jeśli okaże się, że w rzeczywistości nazywa się ono inaczej)”. Czy istnieje zatem pierwowzór książkowego „Jasienia”?
Najpierw kryteria jakie miałaby spełniać ta miejscowość:
1) popularna miejscowość letniskowa położona nad jeziorem. To, że popularna wynikało z pierwszych zdań książki, zacytowanych powyżej
2) ośrodek wczasowy dla obcokrajowców mieszczący się w dawnym, poniemieckim pałacu
3) pałac przypominający sopocki Grand Hotel
4) ruiny obserwatorium,
5) młyn „Topielec”
6) bliskość miejsc, których nazw Nienacki nie ukrył.
Od razu zrezygnowałem z kryteriów geograficznych, np. rzekomo szczegółowo opisana droga Tomasza z Warszawy do Jasienia, która nijak nie chce się ułożyć w logiczny ciąg. Zrezygnowałem też z poszukiwania „jeziora w kształcie rozciągniętej litery S”, bo jest ich mnóstwo, oraz jeziora „o nazwie takiej jak miejscowość”, bo też jest ich mnóstwo. Od początku nie wierzyłem w istnienie pojedynczej miejscowości spełniającej cechy książkowego Jasienia, bo wszyscy wiemy, że zazwyczaj składał miejsce akcji, z kilku realnych miejsc, nawet położonych daleko od siebie. Sam zresztą napisał to na zakończenie „Uroczyska”.
Najwcześniej odnalazł się młyn „Topielec”, który jak się okazało był zlokalizowany w Brześciu Kujawskim.

Młyn Topielec w Brześciu Kujawskim
fot. internet
Młyn już obecnie nie istnieje, ale funkcjonował przez dwieście lat na rzeczce Zgłowiączce. Znalezienie było proste – po wrzuceniu w wyszukiwarce internetowej słów „młyn” i „topielec”, jest to jedyny młyn w Polsce, który funkcjonował pod taką nazwą własną, a nie jako miejsce z legendą o utonięciu młynarza. Wiemy, że Nienacki był w Brześciu Kujawskim pisząc „Wyspę Złoczyńców”, musiał wtedy zetknąć się z tą nazwą, może nawet oglądał ruiny?
Kolejnym punktem poszukiwań, było znalezienie popularnej w latach 60–tych miejscowości letniskowej położonej gdzieś na ziemiach zachodnich. W tym celu pomogła kupiona na Allegro mapa campingów z tamtego okresu. Kiedyś miałem w domu własną, ale rozleciała się ze starości. Ze spisu na odwrocie mapy, wypisałem teraz wszystkie miejscowości z kempingami położonymi nad jeziorem, zlokalizowane na ziemiach zachodnich, czyli tam, gdzie były szanse na poniemiecki pałac. Następnie korzystając z Internetu, miejscowości te zostały sprawdzone, pod kątem istnienia ośrodka wczasowego w dawnym pałacu. Jedyny był w Lubniewicach, z tym, że nie był to pałac, ale zamek (właściwie pałac, ale wystylizowany na zamek), niestety nie przypominający sopockiego Grandu, ale za to goszczący głównie obcokrajowców.

Zamek nad jeziorem
fot. TomaszK
Z kolei jedyny, poza tym poniemiecki zamek/pałac położony na ziemiach zachodnich, a przerobiony na hotel, był jeszcze w Rynie na Mazurach, ale nigdzie w pobliżu akcji książki. Pozostają zatem Lubniewice.
W dalszej identyfikacji pomogły już własne wspomnienia i film nakręcony kamerą 8mm w czasie wakacji w Lubniewicach w 1974 roku, na którym widać pałac przypominający sopocki Grand i sztuczne ruiny obserwatorium.

Pałac przypominający Grand Hotel
fot. TomaszK
O pałacu (poniemieckim) stojącym w miejscowości Glisno, położonej 6 km od Lubniewic, rzeczywiście przypominającym sopocki Grand Hotel w miniaturze oraz o sztucznych ruinach w parku pałacowym, można było przeczytać w „Przewodniku po Polsce”, pojawiającym się w książce Nienackiego. W tym samym parku jest też mauzoleum dawnych właścicieli, z pseudogotyckimi granitowymi wieżyczkami (obecnie leżącymi na ziemi), a więc kolejny szczegół znany z „Księgi strachów”. Żaden z tych obiektów sam w sobie nie jest dokładnie taki jak w książce, ale tak duże nagromadzenie tylu szczegółów w jednym miejscu, nie może być przypadkowe. Zresztą co do wyglądu pałacu Haubitzów, Nienacki chyba nie był zdecydowany, skoro raz ma przypominać sopocki Grand, a w innym miejscu książki ma mieć dwie strzeliste wieże.
Skoro już wiemy, że młyn Topielec został wzięty z innego miejsca, to mamy blisko siebie prawie wszystkie składowe Jasienia:
1. Poniemiecki zamek – pałac przerobiony na ośrodek wczasowy, położony nad jeziorem niedaleko kempingu. To obecny pałac Lubomirskich w Lubniewicach, dawny ośrodek FWP dla dewizowych turystów. Z tamtych czasów, w pałacu pozostał tylko luksusowy bar w jednej z komnat, w pozostałych przywrócono przedwojenny wygląd.

Lada baru ośrodka FWP (po prawej), w obecnej jadalni pałacu
fot. kadr z filmu zlotowego
2. W odległości 6 km pałac w Gliśnie, przypominający sopocki Grand Hotel,
3. W tym samym miejscu mauzoleum i ruiny „obserwatorium”

Mauzoleum
fot. Czesio1

Ruiny obserwatorium
fot. Czesio1
4.TomaszL odnalazł w Lubniewicach „Diabelski kamień”, głaz narzutowy pojawiający się na początku książki jako miejsce sprawdzane przez harcerzy. Głazów o takiej nazwie jest w Polsce kilka, no ale ten rzeczywiście jest w Lubniewicach!

Diabelski amień
fot. TomaszL
5. Wszystko w odległości 60km od Morynia
6. Ponadto seth_22 zauważył, że w maszynopisie pierwszej wersji książki znajdującym się w muzeum w Olsztynie, jest skreślony później fragment, że Jasień leży w województwie zielonogórskim, podczas gdy pozostałe miejsca akcji znajdowały się w szczecińskim. A tak było do roku 1975.
Nie ma pojedynczej miejscowości spełniającej wszystkie kryteria książkowego Jasienia, ale skoro wiemy już, że Nienacki składał miejsce akcji swoich książek z wielu miejsc, to ich największe nagromadzenie jest w Lubniewicach i ich okolicach. Można sobie wyobrazić, że Nienacki przyjechał na wczasy do Lubniewic i mieszkał w zamku FWP. Na pewno było to możliwe nie tylko dla dewizowców, ale także dla rodzimych celebrytów, skoro wiemy, że mieszkała tam Michalina Wisłocka. Możemy sobie wyobrazić, że nasz autor zwiedzał okolice zaproponowane przez „Przewodnik po Polsce” i odkrył pozostałe miejsca, umieszczone później w książce.
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16814
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 617 razy
- Otrzymał podziękowań: 314 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
2. Czesio1
Początek zlotu
Rankiem, 18 czerwca o godzinie 6:45, ekipa lubelska w osobach Kiki i Czesia, ruszyła w drogę na kolejną forową wyprawę. Tym razem czekała nas wyprawa na zachodni kraniec Polski — do miejscowości Glisno w województwie lubuskim, gdzie czekała nas nowa przygoda.
Droga wiodła szybkimi trasami – najpierw S17 do Warszawy, a następnie autostradą A2 przez Stryków w stronę Poznania. W czasie jazdy utrzymywaliśmy kontakt z pozostałymi uczestnikami zlotu, chcąc dowiedzieć się, czy są już w drodze i o której planują dotrzeć do celu. Okazało się, że najprawdopodobniej to my będziemy pierwsi na miejscu. Nie śpiesząc się więc, zatrzymaliśmy się po drodze na obfite śniadanie w przydrożnym barze. Najedzeni i w doskonałych humorach zjechaliśmy z autostrady, by dalszą część trasy pokonać szosą przez Pniewy. Dzięki temu mogliśmy poczuć się trochę jak Pan Tomasz z "Księgi strachów", który tak właśnie opisywał swoją drogę:
"Wkrótce mój dziwaczny wehikuł pędził już szosą w kierunku Poznania. Wyjechałem o czwartej po południu, wieczorem minąłem Poznań. Przenocowałem w lasach między Pniewami a Skwierzyną na rozkładanych siedzeniach swego samochodu. O świcie ruszyłem na Gorzów Wielkopolski. O dziewiątej rano znalazłem się obok przydrożnej stacji benzynowej oddalonej o piętnaście kilometrów od Jasienia.".
Jak się okazało, nasze przeczucia były słuszne – do Glisna przybyliśmy pierwsi. Znak przy drodze wskazał nam kierunek ku wąskiej starej bramie, prowadzącej do niewielkiego parku. W głębi, pośród drzew, dostrzegliśmy barokowy pałac z końca XVIII wieku – zgrabny, pełen uroku, jakby zatrzymany w czasie. To właśnie on miał stać się naszą bazą noclegową podczas tegorocznego szachownicowego zlotu.

Pałac w Gliśnie
fot. TomaszK

Pałac w Gliśnie
fot. Czesio1
Zatrzymaliśmy samochód u podnóża pałacowych schodów. Wysiedliśmy i ruszyliśmy w górę po szerokich, kamiennych stopniach, które prowadziły nas wprost do wnętrza rezydencji. Już po przekroczeniu progu pierwszej sali ogarnęło nas wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie. Przed nami rozciągała się wielka, okrągła sala balowa, która zdawała się witać nas jak gości przybyłych na ucztę sprzed wieków. Długi rząd stołów i ustawione wzdłuż nich krzesła pobudzały wyobraźnię i dodawały miejscu niezwykłego uroku.

Sala balowa pałacu
fot. TomaszK
Zaczęliśmy ostrożnie rozglądać się za osobą, z którą mieliśmy się spotkać, by odebrać klucze. Korytarz w lewo – ślepy zaułek ze schodami. Korytarz w prawo – sekretariat! Tam czekała na nas pani, która po szybkim meldunku wręczyła nam klucze i zaprosiła do obejrzenia pokoi.
W trakcie rozmowy usłyszeliśmy wiadomość, która sprawiła, że dzień od razu stał się jeszcze lepszy: przez cały weekend będziemy jedynymi gośćmi! Cały pałac tylko dla nas! Nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że właśnie zostaliśmy nowymi właścicielami tego miejsca.
Nie zdążyliśmy nawet rozpakować walizek, gdy pod pałac podjechała Hanka swoim nowym, błyszczącym wehikułem. Niedługo potem pojawiła się panna Monika z wesołą ekipą – Zaliczką, Olą, Sonią, oraz TomaszK. Zmęczony podróżą Tomaszek postanowił uciąć sobie krótką drzemkę, a my, czekając na pozostałych uczestników zlotu, pojechaliśmy na mały rekonesans do Lubniewic.
Wybraliśmy się na spacer wzdłuż jeziora Lubiąż — od tafli wody unosił się przyjemny chłód, po drugiej stronie połyskiwała w słońcu wieża Zamku Książąt Lubomirskich, górując nad drzewami jak z bajkowej pocztówki. Zwiedzanie zamku mieliśmy zaplanowane na sobotę, więc tym razem poprzestaliśmy na podziwianiu jego wieży z drugiego brzegu jeziora.

Wieża zamku w Lubniewicach
fot. Czesio1

Jezioro Lubiąż
fot. Czesio1
Po powrocie do Glisna postanowiliśmy odwiedzić pobliskie mauzoleum, miejsce niezwykle istotne z punktu widzenia fabuły książki. To właśnie tutaj stary Johan von Haubitz ukrył „rzecz najcenniejszą” – pamiętnik swojego syna, Konrada.

Hanka panna Monika na tle mauzoleum
fot. Czesio1
„Las przerzedził się raptownie i zobaczyliśmy na polanie prostokątną sylwetkę mauzoleum Hermanna von Haubitz.
Zbudowano grobowiec z materiału, jakiego wszędzie tu było pełno, a więc z granitu. Tylko narożniki i obramowania malutkich okien wymurowano z czerwonej cegły. Mauzoleum miało kształt kwadratowego pudła i strzelisty dach z szarej dachówki, upstrzony kilkoma pseudogotyckimi wieżyczkami. Na żelaznych drzwiach wisiała ogromna kłódka.”
W powieści bohaterowie zdobyli klucz do mauzoleum od przewodniczącego gromadzkiej rady narodowej w pobliskiej wsi. Nam jednak nie udało się go zdobyć, więc podczas naszej pierwszej wizyty mogliśmy jedynie zajrzeć do środka przez żelazne kraty, próbując oczami wyobraźni dostrzec miejsce po niegdyś wiszącej tablicy nagrobnej z herbem Haubitzów, szachownicą, która wciąż zdawała się unosić w powietrzu niczym cień przeszłości.

Wnętrze mauzoleum
fot. Czesio1
„– Spójrzcie na tę ścianę – wyjaśniłem powód swego wzburzenia. – Są tam cztery dziury po śrubach, które w tym miejscu kiedyś przytrzymywały jakąś tablicę. Właśnie tu zapewne wisiała płyta nagrobkowa z imieniem i nazwiskiem, datą urodzenia i zgonu oraz... No, z czym jeszcze? – zapytałem.
– Z herbem — odpowiedział Tell.
– Tak, z herbem Haubitzów, a więc z szachownicą. A teraz spójrzcie poniżej, na posadzkę. W tym miejscu brakuje czterech kafelków. Zamiast nich widać ślady gipsu. Przyjrzyjcie się. Niedawno ktoś wydłubał ten gips scyzorykiem. Czy widzicie odciśnięty w dolnej warstwie gipsu ślad? Tu był pamiętnik, moi kochani, w metalowej kasecie. Tu leżał pamiętnik Konrada von Haubitz, który zabrał nasz prezes, Kuryłło.”
Z mauzoleum skierowaliśmy kroki ku ruinom obserwatorium – kolejnemu miejscu, które odegrało ważną rolę w książce. Z perspektywy pałacu ich mury rysowały się malowniczo na tle nieba.
„W parku pałacowym, w najodleglejszym jego zakątku, na szczycie dużego wzgórza, znajdują się ruiny dziwacznej budowli zarośnięte krzakami i młodymi drzewami. Są to pozostałości prywatnego obserwatorium astronomicznego zbudowanego przed siedemdziesięciu laty przez ówczesnego dziedzica tej ziemi, grafa Volkmara von Haubitz, który pasjonował się astronomią i podobno miał w tej dziedzinie nawet duże sukcesy, stał się odkrywcą jakiejś gwiazdy czy też planety.”

Ruiny obserwatorium
fot. Czesio1

Ruiny obserwatorium
fot. Czesio1
Znaczenie tego miejsca nie jest przypadkowe – to tu Johann von Haubitz ukrył swoje najcenniejsze skarby, po które później chciwie sięgnął Platzek.
Było to na początku 1945 roku, kiedy to nad Odrę zbliżała się Armia Czerwona i I Armia Wojska Polskiego. Wówczas to stary Johann von Haubitz, który był zwolennikiem Hitlera i w armii hitlerowskiej miał swego jedynego syna, Konrada, postanowił ukryć w tajnym schowku najcenniejsze swoje rzeczy. Wsiadł w samochód i objechał dobra Haubitzów, zabierając z kilku swych dworów i pałacyków wspaniałą kolekcję obrazów, srebrne zastawy stołowe, świeczniki i tym podobne przedmioty. Wszystkie te rzeczy przywiózł następnie do pałacu w Jasieniu i ukrył w schowku w ruinach obserwatorium astronomicznego.
Po ukryciu najcenniejszych rzeczy postanowił, uzbroiwszy służbę, bronić się w swym pałacu. Lecz służba rozpierzchła się, gdy tylko usłyszano warkot nadjeżdżających czołgów rosyjskich. Stary Haubitz tak przejął się zdradą służby, że dostał ataku serca i wkrótce zmarł. Ale przed śmiercią zdążył wyjawić zaufanemu lokajowi, nazwiskiem Platzek, miejsce ukrycia swoich skarbów, rozkazując mu, aby tę informację przekazał w przyszłości młodemu Konradowi von Haubitz. Graf kazał również przekazać synowi wiadomość, że „najcenniejszej rzeczy strzeże ich rodowy znak szachownicy”.
Po śmierci starego grafa i wkroczeniu Armii Czerwonej ów Platzek postanowił skorzystać z udzielonej mu informacji i przywłaszczyć sobie skarby Haubitzów. Odnalazł schowek w ruinach obserwatorium i zaczął wydobywać z niego cenne przedmioty. Na tej czynności nakryli go żołnierze, Platzek powędrował do więzienia, a skarby Haubitzów trafiły do polskich muzeów.”
Nasyceni wrażeniami z odwiedzonych książkowych miejsc powróciliśmy do naszego pałacu, niosąc w pamięci obrazy miejsc znanych z książki. Nad schodami rozwiesiliśmy forowy baner, a potem, czekając na przyjazd kolejnych uczestników zlotu – raczyliśmy się zacnymi trunkami i wesoło gwarzyliśmy na pałacowym tarasie. Zlot dopiero nabierał rozpędu, a przed nami rysowała się zapowiedź wspaniałej przygody.

Forowy baner na tle pałacu w Gliśnie
fot. Czesio1
Kiedy w Gliśnie zebrała się już niemal cała ekipa zlotowa (brakowało jedynie PiTTów, którzy tradycyjnie mieli dotrzeć o świcie) i mrok ogarnął wszystko dookoła, wyruszyliśmy razem na zwiedzanie mauzoleum oraz ruin obserwatorium. Nocne odkrywanie takich miejsc ma w sobie coś magicznego. Latarki pląsały po murach jak świetliki, a każdy trzask gałązki potrafił przyspieszyć tętno. Śmiech i żarty mieszały się z lekkim dreszczykiem emocji, w końcu nocne ruiny mają w sobie coś z przygody i odrobiny grozy.

Ruiny obserwatorium nocą
fot. TomaszL

Ruiny obserwatorium nocą
fot. Czesio1
Glisno powoli zasypiało, otulone miękkim mrokiem nocy, lecz my jeszcze długo nie potrafiliśmy rozstać się z rozmową i śmiechem. Chcieliśmy nacieszyć się sobą, chwilą, atmosferą zlotu. W końcu jednak i nas zmorzyło zmęczenie – czas było udać się na spoczynek. Przed nami przecież kolejny dzień i nowe przygody.
- irycki
- Zlotowicz

- Posty: 2907
- Rejestracja: 22 cze 2016, 12:05
- Tytuł: Pan Motocyklik
- Miejscowość: Legionowo
- Podziękował;: 181 razy
- Otrzymał podziękowań: 202 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
3. irycki
Międzyrzecki Rejon Umocniony
Zdążyliśmy wypić kawę, kiedy na parking koło muzeum MRU zaczęły wjeżdżać samochody. Taka liczba wehikułów na raz niezbicie wskazywała, że oto nadciągnęła zlotowa ekipa. Nastąpiły przywitania dawno niewidzianych przyjaciół i obowiązkowe „zbiorówki”.

Część uczestników zlotu przy wejściu do MRU
fot. TomaszK

Radziecki czołg T-34
fot. Czesio1
Potem ruszyliśmy do kasy, by zakupić bilety i w towarzystwie naszego Pana Przewodnika wyruszyliśmy w stronę bunkra Panzerwerk 717, gdzie rozpoczyna się podziemna trasa turystyczna.
MRU. Międzyrzecki Rejon Umocniony. Przez niektórych kojarzony jest z obroną III Rzeszy przed nacierającą armią radziecką. Jest to jednak zasadniczo skojarzenie niesłuszne. Bunkry rozpoczęto budować w 1934 roku, a przygotowania do tego przedsięwzięcia rozpoczęły się jeszcze w roku 1927. Przed czym lub kim miał zatem chronić Niemcy ten system umocnień? Jakkolwiek w świetle znajomości późniejszej historii wydawać się to może nieprawdopodobnym – miał on chronić przed atakiem ze strony Polski!
W przypadku ewentualnej wojny z Polską, zajęcie przez nią obszaru między Wartą i Odrą odsłoniłoby bezpośredni kierunek uderzenia na Berlin, a także na Pomorze i Śląsk. Linię obronną należało w takiej sytuacji utrzymać jak najbliżej polskiej granicy. A ona przed wojną znajdowała się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów na wschód. Dlatego powstała koncepcja zwana czasem frontem ufortyfikowanym - jedna z niemieckich nazw MRU to Festungsfront im Oder-Warthe Bogen (Front Ufortyfikowany Łuku Odry-Warty).
Plany, wielokrotnie modyfikowane, były imponujące. Całość założenia liczyć miała ponad 80 kilometrów. Podzielona została na trzy odcinki: północny, centralny i południowy. Na każdym z tych odcinków planowano budowę około 100 obiektów bojowych. Ale MRU to nie tylko bunkry. To także sieć głębokich tuneli, które łączyły poszczególne umocnienia. Według planów miało być ich ponad 35 kilometrów i w znacznej części te zamierzenia zostały zrealizowane. To tylko nieco mniej niż sumaryczna długość tuneli warszawskiego metra! Tunele drążone były metodą górniczą od 20 do 50 metrów pod ziemią. Z bunkrami łączyły je pionowe szyby, wyposażone w schody, w planach były także windy towarowe. Wszystkie bunkry łączył główny tunel, tak zwana Główna Droga Ruchu. Wybudowano także kilkanaście podziemnych dworców kolejowych, ponieważ tunelami jeździły pociągi.
Jest to absolutnie imponujące, zwłaszcza jeśli pomyślimy, że całość wybudowano w zaledwie kilka lat! Imponująca jest także ilość betonu i stali (w tym stali pancernej najlepszych gatunków) zużyta na to przedsięwzięcie. Rodzi się pytanie, o ile więcej czołgów i innej broni pancernej wyprodukowałaby III Rzesza, gdyby nie „utopiła” tych surowców w budowie fortyfikacji, które… okazały się całkowicie niepotrzebne wobec zmiany niemieckiej polityki i planów wojskowych. W 1938 roku na rozkaz Hitlera budowę wstrzymano. Może dobrze, że i tutaj odezwała się typowa dla III Rzeszy megalomania.
Od 1943 roku w podziemiach MRU działała fabryka wojskowa, w której montowano silniki lotnicze. Dopiero w 1944 roku, wobec postępów Armii Czerwonej, rozpoczęto pośpieszne przygotowania do obrony. Jednak to, co było nowoczesne w początku lat `30, pod koniec wojny było już mocno przestarzałe. Nie starczyło czasu na modernizację umocnień. Brakowało m.in. broni przeciwpancernej. To, plus ogólny chaos w niemieckim wojsku spowodowało, że MRU nie odegrał znaczącej roli w powstrzymaniu radzieckiej ofensywy, a walki trwały zaledwie kilka dni.

Panzerwerk 717
fot. Barabasz

Zlotowicze przed bunkrem Panzerwerk 717
fot. TomaszK

Zlotowicze wsłuchani w głos przewodnika
fot. panna Monika

Zlotowicze przed bunkrem Panzerwerk 717
fot. Barabasz

Zlotowicze przed bunkrem Panzerwerk 717
fot. Barabasz
Zwiedzanie zaczęliśmy od bunkra Panzerwerk 717. Jest to jeden z bunkrów posiadających wejście z powierzchni (niektóre dostępne były tylko poprzez podziemne korytarze). Obejrzeliśmy jego wyposażenie bojowe oraz pomieszczenia, w których przebywała załoga – sale mieszkalne, zawierające po kilka piętrowo umieszczonych prycz, łazienki, magazyny amunicyjne i pomieszczenia techniczne.

Pomieszczenia w bunkrze Panzerwerk 717
fot. Czesio1

Pomieszczenia w bunkrze Panzerwerk 717
fot. Barabasz

Pomieszczenia w bunkrze Panzerwerk 717
fot. Czesio1

TomaszK przy stole chirurgicznym
fot. TomaszK

Pomieszczenia w bunkrze Panzerwerk 717
fot. Czesio1

Pomieszczenia w bunkrze Panzerwerk 717
fot. Barabasz

Pomieszczenia w bunkrze Panzerwerk 717
fot. TomaszK
Następnie klatką schodową, umieszczoną w olbrzymim szybie o kolistym przekroju, zeszliśmy kilkadziesiąt metrów w dół, na poziom korytarzy komunikacyjnych. W jednym z nich młodzież dopadła działającej drezyny.

Ręczna drezyna podziemna
fot. TomaszK
Kolejną atrakcją był przejazd poziemnym pociągiem, złożonym z małych wagoników. Huk podczas przejazdu był po prostu ogłuszający.

Podziemny tunel
fot. TomaszK

Podziemny tunel
fot. Czesio1

Rezerwat przyrody Nietoperek
fot. Barabasz

Zlotowicze gotowi na przejażdżkę podziemną kolejką
fot. TomaszK
Potem po prostu naprawdę długo szliśmy głównym korytarzem komunikacyjnym, aż dotarliśmy pod kolejny bunkier. Tutaj nasza trasa kończyła się. Teraz trzeba było się wspiąć te same kilkadziesiąt metrów do góry.

Szyb schodowy
fot. TomaszK
Bunkier, do którego dotarliśmy, pierwotnie nie miał możliwości wyjścia na powierzchnie. Powstało ono dlatego, że kopuła bunkra została rozbita. Wychodziło się po metalowych schodkach prowadzących ponad betonowym rumowiskiem.
Tutaj zakończyliśmy zwiedzanie. Było to oczywiście okazją do wykonania kolejnych „zbiorówek”.

Zbiorówka na zakończenie zwiedzania
fot. panna Monika

Zbiorówka na zakończenie zwiedzania MRU
fot. panna Monika

TomaszK po zakończeniu zwiedzania MRU
fot. TomaszK

Młodzież po zakończeniu zwiedzania MRU
fot. Mysikrólik
Okazało się, że znajdujemy się dobre kilkaset metrów od miejsca, w którym zeszliśmy pod ziemię. Droga powrotna prowadziła poprzez umocnienia przeciwczołgowe zwane „zębami smoka” - są to wkopane w ziemię betonowe graniastosłupy, niezwykle trudne do sforsowania dla czołgów. Można też było wrócić na parking pojazdem terenowym.

Droga powrotna obok "zębów smoka"
fot. Mysikrólik
Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
Moje fotoszopki (aktualiz. 20.06.2024)
.
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16814
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 617 razy
- Otrzymał podziękowań: 314 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
4. Czesio1
Łagów
Po wizycie w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym, miejscu, w którym historia dosłownie kryje się pod ziemią, ruszyliśmy w stronę Łagowa. Wciąż pod wrażeniem ogromu podziemnych korytarzy i opowieści o żołnierzach, którzy niegdyś tu stacjonowali, liczyliśmy na chwilę odpoczynku przy wspólnym posiłku.
Zegar nieubłaganie odmierzał kolejne minuty do umówionego obiadu, a przed nami wciąż pozostawało wyzwanie – znalezienie miejsca parkingowego dla naszej całej kawalkady samochodów. Łagów, urzekający o każdej porze roku, tym razem w długi weekend przyciągnął tłumy spragnionych odpoczynku turystów. Parking miejski pękał w szwach, o wolnym miejscu można było tylko pomarzyć.
Po krótszym lub dłuższym krążeniu po Łagowie w poszukiwaniu miejsca parkingowego, w końcu wszyscy szczęśliwie zaparkowali swoje pojazdy i ruszyli do Karczmy Podzamcze. Tam czekał na nas zasłużony, dwudaniowy obiad – aromatyczny rosół z domowym makaronem, a potem do wyboru: klasyk, czyli schabowy z frytkami, chrupiący kurczak, delikatne naleśniki z twarogiem albo pierogi ruskie.

Danie obiadowe w Karczmie Podzamcze
fot. Czesio1
Po obiedzie nadszedł czas na chwilę oddechu – każdy z uczestników zlotu dostał trochę wolnego, by na własną rękę odkryć uroki Łagowa. Nasza grupa, w której i ja miałem przyjemność maszerować, zgodnie stwierdziła, że najwyższy czas na kawę i coś słodkiego.
Ruszyliśmy więc ulicą Kościuszki w dół, w stronę Bramy Marchijskiej. Tuż za nią, po prawej stronie, nieco schowana w zieleni, czekała na nas kawiarnia o intrygującej nazwie „Cafe Warsztat”. Już sam klimat miejsca nas urzekł – stary stolarski warsztat przerobiony na przytulną kawiarnię, gdzie zapach świeżo mielonej kawy mieszał się z aromatem ciast.
Jak mówią właściciele, stawiają na naturalne, lokalne produkty, a kawa pochodzi z rzemieślniczej palarni w Zielonej Górze. I faktycznie – smak potwierdził każde słowo. Doskonała kawa, świetne desery i spokojna atmosfera sprawiły, że to czerwcowe popołudnie minęło nam wyjątkowo przyjemnie. Idealny przystanek w środku przygody.

Deser w "Cafe Warsztat"
fot. Czesio1
Po krótkim odpoczynku przy kawie i deserach ruszyliśmy Bramą Marchijską w stronę zamku. Ta średniowieczna warownia Joannitów w Łagowie to prawdziwa perełka ukryta między dwoma jeziorami. Historia zamku sięga 1350 roku, kiedy to Zakon Joannitów rozpoczął jego budowę. Najpierw powstał potężny, czworoboczny budynek o wysokości 12 metrów, później dodano mury obronne ze strzelnicami. W XVI wieku komandor Liborius von Schapelow kazał wznieść 24-metrową wieżę, z której dziś można podziwiać panoramę całej okolicy. Co ciekawe, mimo licznych wojen i najazdu Szwedów, zamek przetrwał bez większych zniszczeń – prawdziwy twardziel wśród warowni!
W XIX wieku przeszedł w ręce Prus, a później stał się własnością prywatną. Dziś w jego murach działa hotel i restauracja, ale nie stracił swojego historycznego ducha. W środku można zobaczyć komnatę komtura, katownię i salę rycerską, a centralny dziedziniec, otoczony czterema skrzydłami i porośnięty winobluszczem, robi niesamowite wrażenie – szczególnie o zmierzchu.

Zamek Joannitów w Łagowie
fot. Czesio1

Dziedziniec zamku w Łagowie
fot. Czesio1
Oczywiście nie mogliśmy przepuścić okazji, by wejść na wieżę – potężną strażnicę widoczną z wielu kilometrów. Po uiszczeniu 10-złotowego haraczu zaczęliśmy wspinaczkę po krętych schodach.
Widok z wieży zapiera dech – lasy, jeziora i dachy Łagowa wyglądają stamtąd jak z pocztówki. To był moment, kiedy naprawdę czuło się ducha przygody i historii jednocześnie.

Łagów
fot. Czesio1

Łagów
fot. Czesio1

Łagów
fot. Czesio1

Łagów
fot. Czesio1

Łagów
fot. Czesio1

Łagów
fot. Czesio1

Motocykliści też zjechali w weekend do Łagowa
fot. Czesio1
Po zejściu z wieży odnaleźliśmy TomaszKa, który po obiedzie drzemał sobie na zielonej trawce w łagowskim parku. Wsiadamy do gościnnego wehikułu TomaszaL i ruszamy w drogę powrotną do Glisna. Ale to nie koniec atrakcji na dziś. O kolejnej opowie już w następnej części relacji sam TomaszL, który niedawno natrafił na kilka naprawdę ciekawych miejsc.
- TomaszL
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 2208
- Rejestracja: 14 lip 2016, 10:19
- Miejscowość: wielkopolskie
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 797 razy
- Otrzymał podziękowań: 262 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
5. TomaszL
Obiekt umer 3003
W czasach PRL na przełomie lat 60/70-tych, powstały 3 obiekty specjalne (3001, 3002, 3003): schrony radzieckiej broni jądrowej. Obiekt 3001 powstał w Podborsku koło Białogardu, obiekt 3002 koło Jastrowia a obiekt 3003 w Templewie koło Lubniewic. W każdym obiekcie, wg. dostępnych informacji, były 2 schrony typu Mamut pozwalające przechować po 80 głowic. Schrony były wybudowane prostopadle do siebie i miały wejścia z dwóch stron, co stanowiło dodatkowe zabezpieczenie przed atakiem. Głowice atomowe przechowywane w schronach należały do Sowietów, ale w przypadku konieczności użycia miały być przekazane Ludowemu Wojsku Polskiemu. Na przełomie lat 70/80-tych powstał dodatkowy schron typu Granit dla kołowej wyrzutni rakietowej. Obiekty zmieniły wtedy charakter z magazynowego na magazynowo-bojowy.
Obiekt 3003 był użytkowany przez jednostki Armii Radzieckiej i ochraniany przez jednostki Specnazu. Obiekt ten po wycofaniu się jednostek Armii Radzieckiej był przez pewien czas nadzorowany przez wojsko a potem przekazany leśnictwu. W 2011 rozebrano największy schron Granit, wcześniej wyburzono część koszarową. Obecnie na terenie obiektu 3003 zostały dwa schrony Monolit.
Dojazd do obiektu 3003 to utwardzona droga prowadząca przez las. Poszukiwanie obiektów latem było utrudnione ze względu na drzewa – udało się nam przejechać dosłownie koło obiektów i ich nie zauważyć, dopiero drugie podejście zakończyło się sukcesem. Wejścia do magazynów były zablokowane płytami i ziemią, ale ciekawość ludzka nie zna granic i natrafiliśmy na potencjalne drogi dostania się do środka.

Obiekt numer 3003
fot. TomaszK

Obiekt numer 3003
fot. Czesio1

Obiekt numer 3003
fot. Czesio1

TomaszK przed obiektem numer 3003
fot. Czesio1

Czesio próbuje zajrzeć do wnętrza obiektu
fot. TomaszK

Wejście do obiektu
fot. TomaszK

Wnętrze obiektu 3003
fot. TomaszK

Wnętrze obiektu 3003
fot. Czesio1

Dwaj Tomasze dyskutują o obiekcie 3003
fot. Czesio1

Obiekt numer 3003 z drugiej strony
fot. Czesio1

Obiekt numer 3003 z drugiej strony
fot. TomaszK

Obiekt numer 3003 z drugiej strony
fot. TomaszK
Schron Granit, „długa betonowa rura” został rozebrany i pozostał tylko ziemny wąwóz otaczający ten były obiekt. W terenie można również znaleźć pozostałości okopów.

Ziemny wąwóz pozostałością po Schronie Granit
fot. Czesio1

Ziemny wąwóz pozostałością po Schronie Granit
fot. Czesio1

Ziemny wąwóz pozostałością po Schronie Granit
fot. Czesio1

Ziemny wąwóz pozostałością po Schronie Granit
fot. Czesio1
Przeżycia były niesamowite. Być na terenie obiektu, który pozostawał ściśle tajny przez około 30 lat i gdzie przechowywano głowice broni jądrowej, do potencjalnego użycia w przypadku kolejnej wojny na terenie Europy... mogłoby wtedy nie być tej relacji.

Betonowa droga przez las prowadząca do obiektów numer 3003
fot. TomaszK
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16814
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 617 razy
- Otrzymał podziękowań: 314 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
6. Czesio1
Gdy dzień był sceną, a wieczór opowieścią
Już od kilkunastu lat, wzorem poprzednich zlotów, sól naszych spotkań stanowią nie tylko konkursy i wieczorne rozmowy przy ognisku, ale także scenki książkowe – odgrywane w terenie fragmenty powieści, które na czas zlotu ożywają dzięki wyobraźni i zaangażowaniu uczestników. To one sprawiają, że książka przestaje być tylko lekturą, a staje się przygodą przeżywaną wspólnie, krok po kroku, scena po scenie. W tym roku szczególną rolę odegrali w nich najmłodsi — to dzieci stały się prawdziwymi bohaterami dziennej części zlotu.
Z entuzjazmem i odwagą w role książkowych postaci wcieliły się dzieci, które z naturalną swobodą przejęły scenę. Zaliczka została Zenobią, Kika – Hildą, Sonia – Kasią, Matylda – Wilhelmem Tellem, Antek – Tomaszem, Celina – Sokolim Okiem, Zdenek Blaha – Wiewiórką, a każda kolejna rola szybko nabierała życia, temperamentu i własnej interpretacji. Dziecięcym aktorom towarzyszyli także dorośli, którzy z przyjemnością weszli w swoje role, wspierając młodszych na scenie – Barabasz jako ojciec Tella oraz Adam w roli Fryderyka.

Za chwilę scena ożyje — młodzież i dzieci w rolach książkowych bohaterów
fot. TomaszK

Ostatnie instrukcje, chwile napięcia i dużo uśmiechu przed scenką
fot. TomaszK
Scenki rozgrywane były na trasie niczym kolejne rozdziały powieści. Było zdobywanie góry Czcibora, podczas którego Tomasz chwytem judo powalił Zenobię na ziemię, ku ogromnej radości obserwujących wszystko harcerzy.
„Zenobia westchnęła:
— Och, gdyby tu był Fryderyk...
— Pani sądzi, że on zaniósłby tam panią na rękach? — zakpiła Hilda.
A mnie nagle ułożył się w głowie żartobliwy wierszyk. Coś mnie podkusiło, żeby go wyrecytować:
Zachciało się raz Zenobii
Rzucić swoje stare hobby.
Bo to chyba pachnie nudą
Ciągle się zajmować dżudo.
Na tym kończy się limeryk
Jej hobby stał się Fryderyk.
(…)
— Pan naprawdę myśli, że ja przestałam się zajmować dżudo? — powiedziała, zachodząc mnie od tyłu.
(…)
Zenobia nosiła spodnie. Lewą ręką chwyciłem ją za nogawki na wysokości kolana i zrobiłem obrót w lewo, jednocześnie postawiłem lewą nogę za jej lewą nogą.
Potem już tylko wystarczyło nacisnąć kolanem na jej nogę i ramieniem na ramię...
Nie spodziewała się kontrataku. Do tej pory tak łatwo przychodziło jej przewracać mnie na ziemię. A teraz tylko chwila i... jak długa leżała na miękkiej łączce.”

"To tam! Z tej góry brat Mieszka, Czcibor, uderzył na wojska Hodona"
fot. kadr z filmu zlotowego

"Pan naprawdę myśli, że ja przestałam się zajmować dżudo?"
fot. kadr z filmu zlotowego

"Do tej pory tak łatwo przychodziło jej przewracać mnie na ziemię. A teraz tylko chwila i... jak długa leżała na miękkiej łączce"
fot. kadr z filmu zlotowego
Była kradzież pamiętnika przez Fryderyka w czasie zejścia bohaterów spod mauzoleum Haubitza.
„Hilda ucięła dyskusję:
— Ja wezmę puszkę z pamiętnikiem, a pan doktor i pan Tomasz będą moją asystą i konwojem. Wy także — uśmiechnęła się do chłopców, na co oni z powagą kiwnęli głowami. — Przyjechałam do Polski po pamiętnik, a skoro znalazł się on już w moich rękach, nie mogę go nikomu oddawać. Uważam, że jeśli ktoś się powinien narażać w tej sprawie, to właśnie ja. Tym bardziej że mam z Haubitzem i prywatne porachunki.
(…)
Urwałem. Pośliznąłem się na błotnistej i stromej ścieżce. Fiknąłem kozła i zjechałem kilka metrów w dół. Zjeżdżając podciąłem nogi Sokolego Oka, który również fiknął kozła i począł się zsuwać w dół. On podciął z kolei nogi schodzącej niżej Hildzie. Niemka krzyknęła i przewracając się wypuściła z ręki pudełko z pamiętnikiem, które zaczęło zjeżdżać po mokrej od mgły ścieżce.
(…)
Usiłowałem podnieść się z mokrej trawy, gdy jakaś potężna siła zwaliła mnie z nóg. Ktoś przewrócił mnie i zbiegł w dół.
„Fryderyk!” — przemknęło mi przez mózg okropne podejrzenie.
Zerwałem się z ziemi i znowu ktoś przewrócił mnie, z ogromnym rozpędem spadając na mnie z góry. Przebiegł ślizgając się na trawie i błotnistej ścieżce.
Trzy wystrzały z pistoletu jak ostre uderzenie bicza przeszyły mgłę.”

"Och, Boże, pozostawiłam pamiętnik!"
fot. kadr z filmu zlotowego

"Jesteście wstrętni! Wstrętne chłopaki! Moja ciocia nigdy nie była podejrzana! Nigdy, nigdy, nigdy!"
fot. kadr z filmu zlotowego

"Usiłowałem podnieść się z mokrej trawy, gdy jakaś potężna siła zwaliła mnie z nóg. Ktoś przewrócił mnie i zbiegł w dół."
fot. kadr z filmu zlotowego
Nie zabrakło też scenki pierwszego spotkania Zenobii i Tomasza — zakończonej, zgodnie z książkowym pierwowzorem, dwukrotnym użyciem chwytów judo — oraz pełnej humoru lekcji judo, podczas której Tomasz poznawał kolejne tajniki tej sztuki walki.
„— Cześć! — zawołała do Kasi. — Nie wiesz, czy obiad już gotów? Strasznie jestem głodna.
— Właśnie przed chwilą dzwonili na obiad. Czekamy tu na ciocię.
— Po co? Tyle razy ci mówiłam, żebyś sobie mną głowy nie zawracała. Ja sama trafię do stołówki.
— A to jest nasz nowy sąsiad. Pan Tomasz — przedstawiła mnie Kasia.
— Halo! — zakrzyknęła radośnie ciotka i podeszła do mnie z wyciągniętą ręką. — Bardzo mi miło pana poznać.
— Mnie również — odrzekłem.
Ledwie tylko moja dłoń znalazła się w jej ręce, nagle poczułem, że dzieje się ze mną coś niezwykłego. Wystarczył jej jeden ruch, a już leciałem na ziemię. Tuż nad samą ziemią przytrzymała mnie jednak i silnym chwytem postawiła z powrotem na nogi.
— Mięczak z pana — orzekła. — A już miałam nadzieję, że jakiś prawdziwy mężczyzna przyjechał.
— Bo pani mnie zaskoczyła — tłumaczyłem się zarumieniony ze wstydu.
— Prawdziwy mężczyzna nie daje się nigdy zaskoczyć. A zresztą możemy spróbować jeszcze raz.
To mówiąc znowu wyciągnęła do mnie rękę. Podałem jej swoją, tym razem jednak silniej wparłem się nogami w ziemię i tułów trochę pochyliłem do przodu. I znowu nie wiem, jak to się stało, ale nie wypuszczając mojej dłoni, ciotka Zenobia nagle znalazła się za moimi plecami. Wykręcona do tyłu ręka zaczęła piekielnie boleć i aby uniknąć bólu, grzecznie dałem się położyć na trawie.
— Powinien pan się uczyć dżudo — powiedziała Zenobia, podnosząc mnie z trawy.”

"Pan nie zna ciotki Zenobii. To nie jest zwykła ciotka"
fot. kadr z filmu zlotowego

"A to jest nasz nowy sąsiad. Pan Tomasz."
fot. kadr z filmu zlotowego

"Ledwie tylko moja dłoń znalazła się w jej ręce, nagle poczułem, że dzieje się ze mną coś niezwykłego. Wystarczył jej jeden ruch, a już leciałem na ziemię."
fot. kadr z filmu zlotowego

"Jednym ruchem ciotka Zenobia zdjęła z twarzy okulary, ściągnęła z głowy kask motocyklowy. Zobaczyłem przed sobą śliczną dwudziestoparoletnią dziewczynę o delikatnych rysach twarzy i pięknych kasztanowych włosach."
fot. kadr z filmu zlotowego
„W pewnej chwili, uwolniwszy się od zdradliwego „krawata”, tak osłabłem, że upadłem na trawę i przez jakiś czas nie miałem sił podnieść się na nogi.
I właśnie wtedy z krzaków wikliny rozległ się głośny chichot. A potem ujrzałem ogromny nochal Sokolego Oka i chłopak wyszedł z ukrycia.
— No, panie Tomaszu — powiedział, nie przestając się śmiać — zdaje mi się, że tym razem pan jednak został pokonany. Rozłożył pana na obie łopatki.
— Kto? — burknąłem.
— Jak to: kto? — udał zdumienie Sokole Oko. — No ten, co pana przewrócił.
— Przecież widzisz, że tu nie ma nikogo.
— Nie ma? — znowu zdumiał się chłopak. — Chce mi pan wmówić, że walczył pan z panem Nikt? I tak się pan zziajał?
— Od dawna siedzisz w tych krzakach?
— Najpierw usłyszałem okropne sapanie i przybiegłem z pomocą. Wkrótce jednak zorientowałem się, że pan sobie sam poradzi ze swoimi wrogami, i pozostałem w krzakach. Pięknie pan walczył. Szkoda tylko, że na sam koniec dał się pan pokonać.
Postękując, z trudem podniosłem się z trawy.
— Może byś tak przestał kpić sobie ze mnie? — zaproponowałem. — Czy nie widzisz, że ledwo żyję?
— Niech pan nie traci ducha, panie Tomaszu. Następnym razem pan będzie zwycięzcą.
Machnąłem lekceważąco ręką i spojrzałem na zegarek.
— Boże drogi — westchnąłem. — To ja już dwie godziny trenuję? I ty przez cały ten czas obserwowałeś moje ćwiczenia?
— A tak — bezczelnie przyznał Sokole Oko. — Takiego kina jak żyję nie widziałem.”

"Na maleńkiej polance wśród wikliny staczałem jakieś okropne bitwy z wyimaginowanym przeciwnikiem"
fot. kadr z filmu zlotowego

"Pięknie pan walczył. Szkoda tylko, że na sam koniec dał się pan pokonać."
fot. kadr z filmu zlotowego
Szczególnie zapadła w pamięć także zabawna scenka odegrana przed kościołem w Dolsku, gdzie bohaterowie skakali po kamiennej szachownicy niczym najprawdziwsze koniki szachowe.
„I Wiewiórka odskoczył od nas jak konik szachowy.
— Ej, Wiewiórka! — krzyknął za nim Sokole Oko. — Czy ty już tak zawsze będziesz skakał?
— A tak! — odkrzyknął Wiewiórka. — Bardzo fajnie się tak skacze. Spróbujcie, chłopaki. Może gdy tak będziemy skakali, wpadnie nam do głowy jakiś świetny pomysł rozwiązania zagadki?
Tell i Sokole Oko poszli za przykładem Wiewiórki. Trójka chłopców skakała przed kościołem jak polne koniki. Dołączyła się do nich i Kaśka, a obok niej, w podskokach biegał Sebastian, któremu ta zabawa bardzo się spodobała.
— Co oni robią? — zdumiała się Zenobia.
— Próbują rozwikłać zagadkę szachownicy — odpowiedziałem z powagą. — No, co pani Zenobio, może i my spróbujemy?
Rozpocząłem skoki, dwa do przodu i jeden w bok.
— Powariowali! — zawołała Zenobia.
— Panie doktorze, zapraszamy do skoków — kiwnąłem ręką na ojca Tella.
Doktor przykucnął i podskakując, dwa kroki w przód i jeden w bok, usiłował się do mnie zbliżyć. Więc ja, podobnie skacząc, uciekłem za Zenobię, potem za Fryderyka, Hildę, a wreszcie za pana Kuryłłę.
— Ja jestem czarny koń! — zawołał doktor. — Zaraz pana sprzątnę z szachownicy. Uwaga: atakuję! — i śmiesznie podskakując pędził w moim kierunku.
Tell i Sokole Oko narobili wrzasku, bo jeden drugiego usiłował wypchnąć przez furtkę cmentarną, czyli usunąć z szachownicy. Wiewiórka złapał za kark Sebastiana, twierdząc, że Sebastian jest hetmanem, którego on, konik szachowy, właśnie „sprzątnął”. Kasia wyrwała Sebastiana z rąk Wiewiórki i upierała się, że jest „królową”, więc ma prawo do „ruchu w każdą stronę”. Ja w dalszym ciągu uciekałem, a gonił mnie doktor. Zenobia pogroziła nam pięścią.
— Miejcie szacunek dla zabytków. Co ludzie we wsi pomyślą? Że przyjechali tu wariaci.”

"Tell i Sokole Oko poszli za przykładem Wiewiórki. Trójka chłopców skakała przed kościołem jak polne koniki. Dołączyła się do nich i Kaśka."
fot. kadr z filmu zlotowego

"Doktor przykucnął i podskakując, dwa kroki w przód i jeden w bok, usiłował się do mnie zbliżyć. "
fot. kadr z filmu zlotowego

"Miejcie szacunek dla zabytków. Co ludzie we wsi pomyślą? Że przyjechali tu wariaci."
fot. kadr z filmu zlotowego
Wszystkie scenki reżyserowała panna Monika, operatorem kamery był Czesio, a publiczność stanowili pozostali uczestnicy zlotu, którzy tym razem nie wcielili się w role aktorów. Śmiechu było co niemiara, a scena szybko stała się jednym z tych momentów, do których wraca się we wspomnieniach jeszcze długo po zakończeniu zlotu.

Scenki książkowe pod czujnym okiem reżyserki i operatora
fot. TomaszK

Panna Monika wyznacza sceny, Czesio łapie je w kadrze
fot. TomaszK
Tak właśnie dzień stawał się sceną — pełną ruchu, emocji i dziecięcej radości — a gdy słońce chyliło się ku zachodowi, scena powoli cichła, ustępując miejsca innemu rodzajowi przygody.
Wieczorem przy ognisku rozgrywały się rozmowy, które były nieodłączną częścią każdego zlotu – taką, bez której cały wyjazd wydawałby się niepełny. Gdy kończyło się dzienne wędrowanie śladami „Księgi strachów”, słońce znikało za linią drzew, przy ognisku zaczynają tańczyć płomienie, czas jakby przestaje płynąć. Rozmowy toczą się lekko, śmiech niesie się w ciepłym powietrzu, a na stołach pojawia się to, co każdy przywiózł z serca. Jest trójniak TomaszKa, dwójniak Mysikrólika, smalczyk i ogóreczki od Czesia, pieczona kiełbaska i dziesiątki smaków, które najlepiej smakują właśnie tu – w towarzystwie przyjaciół, w ciepły czerwcowy wieczór.
I właśnie wtedy było najlepiej widać, że ten zlot to nie tylko trasa, miejsca i literackie tropy, ale przede wszystkim ludzie. Bo choć przyjechaliśmy tu śladami Pana Samochodzika, to wieczorami tworzyliśmy własną opowieść.

Wspólne chwile przy jedzeniu i napitku
fot. Czesio1

Rozmowy przy stole pełnym smaków i radości
fot. Czesio1

Smakołyki, napitek i niekończące się opowieści
fot. TomaszK
W tym czasie młodsza część zlotowiczów zbierała się w sali balowej, wypełniając ją wesołymi rozmowami i zabawami, które, choć inne niż przy ognisku, niosły tę samą radość wspólnego przeżywania przygody.

Śmiech, zabawa i przygoda – w sali balowej też tętni życie zlotu
fot. TomaszK
Przy ognisku wędrowaliśmy już nie tylko śladami bohaterów książek, ale i własnych wspomnień. Wracały obrazy dawnych zlotów – tych sprzed lat i tych całkiem niedawnych, anegdoty, które z każdym kolejnym opowiedzeniem obrastały w nowe szczegóły, śmiechy i dopowiedzenia, a wszystko to układało się w ciąg dalszy naszej wspólnej kroniki.
Rozmowy wybiegły też w przyszłość. Co chwila zerkało się myślami ku następnemu wieczorowi i konkursowi, który w sali balowej dopinała w szczegółach Yvonne – pojawiały się domysły, żarty, nieśmiałe typowania i zapewnienia, że „to tylko zabawa” … choć wszyscy wiedzieliśmy swoje.
Nie mogło zabraknąć planów kolejnych wypraw. Przy ogniu kreśliliśmy już mapy przyszłorocznego zlotu żeglarskiego na Jezioraku, snuliśmy wizje portów, wiatrów i wieczorów na pokładzie, a obok tego rodziły się dziesiątki mniejszych i większych planów wyjazdowych – tych całkiem realnych i tych jeszcze na granicy marzeń.

Ognisko, które łączy przygody dnia z rozmowami wieczoru
fot. Czesio1

Pieczone kiełbaski przy zlotowym ognisku
fot. Czesio1

Uczestnicy zlotu przy ognisku
fot. Barabasz

Zlotowicze przy ogniu i w świetle płomieni
fot. Barabasz

Przy ognisku – wspólne chwile zlotu
fot. Barabasz

Uczestnicy zlotu przy ognisku na tle pałacu w Gliśnie
fot. Barabasz

Młodzież przy ognisku
fot. Barabasz
Takie rozmowy to esencja zlotu: bez pośpiechu, bez scenariusza, z myślami krążącymi między tym, co było, tym, co za chwilę, i tym, co dopiero przed nami.
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9327
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 82 razy
- Otrzymał podziękowań: 631 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
7. TomaszK
Gądno
Camping w Gądnie po raz pierwszy pojawił się jako miejsce samochodzikowe, podczas poprzedniego zlotu poświęconego „Księdze Strachów” w 2013 roku. Camping znajduje się nad Jeziorem Morzycko, do którego przylega miasteczko Moryń opisane w książce. Odwiedzając wtedy to miejsce uznaliśmy, że najbardziej pasuje na camping w Jasieniu, w którym zatrzymał się Tomasz.

Zlotowicze na campingu w Gądnie w 2013 roku
fot. misia

Camping w Gądnie w 2013 roku
fot. misia

Wnętrze domku na campingu w Gądnie w 2013 roku
fot. misia
Wtedy, w 2013 roku było to miejsce tętniące życiem. Co prawda infrastruktura pochodziła jeszcze z głębokiego PRL-u, ale ciągle było tu pełno wczasowiczów, działała stołówka, umywalnie i prysznice. Część domków była już wtedy pozamykana, bo nie spełniały norm sanitarnych, ale gospodarze otwarli nam domek, który wytypowaliśmy jako zajmowany przez Tomasza – ostatni w szeregu. Pamiętam, że wtedy w 2013 roku, zaprosiliśmy do zbiorowego zdjęcia starsze małżeństwo biwakujące w namiotach naprzeciwko. Byli bardzo tolerancyjni dla naszych dziwacznych interpretacji znaczenia tego akurat domku i nie dopytywali się o szczegóły. Widać było, że jeździli na ten upadający już wtedy camping, przez sentyment do dawnych biwaków.
Minęło 12 lat.
Camping jest już od dawna zamknięty i popada w ruinę, ale w bardzo malowniczy sposób. Naszym przewodnikiem jest Adam Nowiński, z którym mieliśmy przyjemność poznać się w 2013 roku w Moryniu. Wtedy zatrzymaliśmy się w prowadzonym przez niego schronisku młodzieżowym, które stało się naszą bazą wypadową.

Zlotowicze wsłuchani w głos przewodnika Adama
fot. Barabasz
Budynek stołówki został rozebrany, zawartość domków została rozszabrowana, a pozostała infrastruktura zarasta zielskiem wysokim na metr i krzakami wysokimi na kilka metrów. Ciągle jeszcze są widoczne latarnie promenady prowadzącej nad jezioro, chociaż samej promenady już nie ma. Drewniany prostokąt na metalowym słupku wystający ponad gąszcz wskazuje, gdzie było boisko do koszykówki.

Camping w Gądnie
fot. TomaszK

Dawne boisko do koszykówki
fot. TomaszK
W budynku dawnej recepcji, nasz gospodarz opowiedział, dlaczego camping upadł, a przy okazji odczytaliśmy relację ze zwiedzania tego miejsca w 2013 roku.

Budynek dawnej recepcji
fot. Czesio1

Jeden z pokoi na piętrze dawnej recepcji
fot. Czesio1

Sala kominkowa w recepcji
fot. Czesio1

Zlotowicze słuchają z zaciekawieniem opowieści o Gądnie sprzed 12 lat
fot. Barabasz
Potem poszliśmy odszukać domki, które kiedyś wytypowaliśmy jako zamieszkałe przez bohaterów książki. Domki są ledwie widoczne spomiędzy krzewów które je otoczyły, a zielone gałęzie wchodzą do wnętrz przez otwarte drzwi i okna. Przed każdym domkiem szczątki drewnianej ławki, na których kiedyś wypijano poranną kawę.

Domki wczasowe na campingu
fot. TomaszK

Domki wczasowe na campingu
fot. Czesio1
Ale wnętrza, paradoksalnie zachowały się bardzo dobrze. Podłogi i boazerie w przyzwoitym stanie, podobnie tapczaniki (niektóre z nich wciąż przykryte są starymi kołdrami), szafy i szafki na ubrania, szyby w oknach całe, tylko lampy pozdejmowane i tablice z bezpiecznikami. W ścianach przetrwały jeszcze stare gniazdka, lecz kable zostały wyrwane, jakby ktoś odciął ostatni ślad dawnego życia budynku.

Wnętrza domków w ośrodku wczasowym
fot. TomaszK

Wnętrza domków w ośrodku wczasowym
fot. TomaszK

Ostatni domek w ośrodku wczasowym
fot. TomaszK
Następnym punktem było przejście resztkami promenady i przedarcie się przez dziurę w siatce do jeziora Morzyckiego.

Zlotowicze w drodze nad jezioro Morzycko
fot. Czesio1
Plaża bardzo wąska, tak jak kiedyś, a na plaży obudowane źródełko z płaskorzeźbą – pamiątka po czasach świetności tego kąpieliska.

Plaża nad jeziorem Morzycko
fot. Czesio1

Jezioro Morzycko
fot. Czesio1

Źródełko z płaskorzeźbą nad jeziorem Morzycko
fot. kadr z filmu zlotowego
Wracając z campingu jeszcze tylko tradycyjna zbiorówka, tym razem na tle transparentu kierującego na Polanę Pana Samochodzika.

Zlotowicze pry drogowskazie kierującym na Polanę Pana Samochodzika
fot. Adam
Na koniec zwiedzania Gądna nie mogło zabraknąć pamiątkowego zdjęcia z naszym niezwykle życzliwym i pełnym pasji przewodnikiem, Adamem Nowińskim.

Pamiątkowe zdjęcie uczestników zlotu za Adamem Nowińskim
fot. Adam
- Barabasz
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 4179
- Rejestracja: 25 sie 2015, 10:43
- Miejscowość: Antoninów
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 214 razy
- Otrzymał podziękowań: 243 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
8. Barabasz
Moryń
Moryń, odwiedziliśmy trzeciego dnia zlotu. W ten upalny dzień swoimi wehikułami, tłumnie zatrzymaliśmy się na placu należącym do restauracji „Porta Moryń”. Od strony centrum miasta oddzielał ją wysoki, siedmiometrowy kamienny mur, prawdziwa „ściana płaczu”.

Mury miejskie w Moryniu
fot. Czesio1
Jedną z dawnych bram weszliśmy w obręb centralnej części miejscowości leżącej nad jeziorem Morzycko.

Brama południowa Morynia
fot. Czesio1
Głównym celem był Kościół Świętego Ducha, położony jak to często bywa na lekkim wzniesieniu. Na jego dziedzińcu czekał już na nasz przewodnik. Ten mężczyzna w krótkich spodenkach i w koszulce z logo kapeli muzycznej „Dżem” okazał się proboszczem tej świątyni. Kościół wybudowany w XIII wieku z granitowych ciosów z w kwadratową wieżą zakończoną drewnianą barokową kopułą z tarczami zegara w każdym kierunku. Co ciekawe przez wieżę przechodził tzw „przejazd”, czyli takie przejście na wylot przez cały przekrój jej podstawy z którego było wejście do kościoła.

Kościół w Moryniu
fot. Czesio1

Kościół w Moryniu
fot. Czesio1

Kościół w Moryniu
fot. Czesio1
Co nas przywiodło do tego miejsca, oczywiście szachownice. Jedna z nich znajdowała się na zewnętrznej ścianie wieży i została szybko przez nas zlokalizowana mimo, iż nie była dosyć wyrazista.

Szachownica na kościele w Moryniu
fot. kadr z filmu zlotowego
Wnętrze kościoła było dosyć skromne, białe ściany i drewniany sufit, nieliczne zdobienia oraz współcześnie wykończona posadzka. Ołtarz obecnie jest w remoncie, odkryto starą kamienną podłogę oraz co dla nas najważniejsze: dwie szachownice okalające kwadratowe wgłębienia w ścianie przeznaczone do naczyń liturgicznych.

Kościół w Moryniu
fot. Czesio1

Kościół w Moryniu
fot. Czesio1

Kościół w Moryniu
fot. Czesio1

Kościół w Moryniu
fot. Czesio1

Kościół w Moryniu
fot. Czesio1

Kościół w Moryniu
fot. Czesio1

Kościół w Moryniu
fot. Mysikrólik

Remont podłogi za ołtarzem
fot. Czesio1
W bocznej części wnętrza znajdowała się tajna, wąska, spiralna i zagracona klatka schodowa prowadząca na poddasze kościoła, której nie omieszkano, przy okazji, przez nieliczną mniejszość spenetrować. Większość za to udała się na główną wieżę, która była dosyć obszerna, wyposażona w drewniane schody i prowadziła aż do dzwonnicy z 4 dzwonami. Z wieży podziwialiśmy widok na to niewielkie, urokliwe i zaskakująco ciche miasteczko oraz sąsiadujące jezioro.

PiTT wspina się na wieżę kościelną
fot. Mysikrólik

Wieża kościelna w Moryniu
fot. Czesio1

Wieża kościelna w Moryniu
fot. Czesio1

Wieża kościelna w Moryniu
fot. Czesio1

Wieża kościelna w Moryniu
fot. Mysikrólik

Wieża kościelna w Moryniu
fot. Czesio1

Wieża kościelna w Moryniu
fot. Czesio1

Jezioro Morzycko
fot. Czesio1

Moryń
fot. Czesio1
Następnie wszyscy, aczkolwiek w dwóch grupach udaliśmy się na główny plac obok ratusza i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie przy fontannie Wielkiego Raka w Moryniu, bohatera jednej z legend miasta.

Fontanna Wielkiego Raka w Moryniu
fot. Czesio1

Fontanna Wielkiego Raka w Moryniu
fot. Czesio1

Mini zbiorówka przy Wielkim Raku
fot. Czesio1
Z uwagi na napięty plan tego dnia, zwiedzanie reszty miasta zredukowaliśmy do minimum, zrezygnowaliśmy m.in. z obejrzenia pozostałości i rozwalin pobliskiego zamku oraz reszty murów miasta, a także jego starej zabudowy, za to punktualnie udaliśmy się na smaczny obiad.

Obiad w restauracji w Moryniu
fot. Czesio1

Obiad w restauracji w Moryniu
fot. Czesio1
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16814
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 617 razy
- Otrzymał podziękowań: 314 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
9. Czesio1
Dolsko
Po opuszczeniu Morynia wyruszyliśmy na poszukiwanie zagadkowych szachownic, śladem wskazówek z "Księgi strachów". Na kartach książki Zbigniew Nienacki tak ułożył trasę głównych bohaterów, że śladów tajemniczych szachownic trzeba było szukać w różnych zakątkach regionu. Jak pisał:
„Kuryłło miał jednak tę wyższość nad nami, że posiadał dodatkowe informacje od Klausa, czyli wprost od Haubitza. Powiedziano mu: w obserwatorium są dwie szachownice, po jednej — na kościele w Jasieniu, na kamieniu w Topielcu, na kamieniu w Czarnem, na kościołach w Dolsku i w Lubiechowie Górnym. A trzy szachownice znajdują się w grobowcu Hermanna von Haubitz.”
I tak, w upalne piątkowe popołudnie, kawalkadą samochodów dotarliśmy do bram kościoła w Dolsku. Otworzyliśmy je i wybrukowaną „kocimi łbami” alejką wśród drzew przeszliśmy do wrót świątyni. Podobnie jak główni bohaterowie książki, od razu zauważyliśmy szachownicę na kamiennym obramowaniu kościoła. Choć według informacji książkowych kościół w ciągu tygodnia jest zamknięty, dzięki uprzejmości naszego wspaniałego przewodnika po Gądnie, Adama Nowińskiego, drzwi do świątyni zostały dla nas wcześniej otwarte, abyśmy mogli wejść do chłodnego wnętrza i ochłodzić nasze rozentuzjazmowane głowy.
„Słońce przedarło się przez chmury i natychmiast zrobiło się upalnie, a nawet parno. Po kilku kilometrach, za zakrętem drogi, uwidoczniła się przed nami zielona, zwarta kępa drzew. Była to wieś Dolsko. Po lewej stronie na wzgórzu stał otoczony starymi drzewami romański kościółek z XIII wieku.
Zatrzymaliśmy samochody na błotnistej drodze obok cmentarza. Sam kościółek był maciupeńki, miał tylko dużą, czworoboczną wieżę romańską. Wejście do wieży obramowane było portalem. Nieco z boku widniały drzwi do krętego korytarza ze stromymi schodami prowadzącymi w górną część wieży. Czubek wieży wydawał się, jak gdyby ucięty i tam właśnie — zabawny i nigdzie dotąd przez mnie nie widziany szczegół — uwiły sobie gniazdo dwa bociany. Ich wesoły klekot powitał nas, gdy podeszliśmy pod portal.
Kościół był zamknięty. W sąsiedniej zagrodzie poinformowano nas, że otwiera się go tylko w niedzielę.
Z pobliskiej miejscowości, gdzie mieści się kościół parafialny, przyjeżdża wtedy do Dolska wikary i odprawia nabożeństwo dla wiernych. Nie zamknięte natomiast okazało się boczne wejście na wieżę.
Pierwszy zauważył szachownicę Sokole Oko. Nie darmo nosił swoje przezwisko. Należało odejść od portalu na kilka kroków i pod pewnym kątem spojrzeć na kamienne obramowanie. Z tej odległości widziało się po lewej stronie, na trzecim kamieniu od dołu — wyraźny znak szachownicy.
— Jest szachownica. I co z tego? — powiedziałem wzruszywszy ramionami.
Ogarnęło mnie rozczarowanie. Oglądanie kościołów, na których ktoś wyrzeźbił ów tajemniczy znak, wydawało mi się bezsensowne.
Pomyślałem, że być może odnajdziemy jeszcze dziesięć starych kościołów z szachownicami i nie będziemy ani o odrobinę mądrzejsi.
Wiewiórka skakał przed portalem ruchem konika szachowego. Wyglądało to zabawnie i cała sprawa z tajemniczą szachownicą nagle wydała mi się śmieszna.
(…)
— Ej, Wiewiórka! — krzyknął za nim Sokole Oko. — Czy ty już tak zawsze będziesz skakał?
— A tak! — odkrzyknął Wiewiórka. — Bardzo fajnie się tak skacze. Spróbujcie, chłopaki. Może gdy tak będziemy skakali, wpadnie nam do głowy jakiś świetny pomysł rozwiązania zagadki?
Tell i Sokole Oko poszli za przykładem Wiewiórki. Trójka chłopców skakała przed kościołem jak polne koniki. Dołączyła się do nich i Kaśka, a obok niej, w podskokach biegał Sebastian, któremu ta zabawa bardzo się spodobała.
— Co oni robią? — zdumiała się Zenobia.
— Próbują rozwikłać zagadkę szachownicy — odpowiedziałem z powagą. — No, co pani Zenobio, może i my spróbujemy?
Rozpocząłem skoki, dwa do przodu i jeden w bok.
— Powariowali! — zawołała Zenobia.
— Panie doktorze, zapraszamy do skoków — kiwnąłem ręką na ojca Tella.
Doktor przykucnął i podskakując, dwa kroki w przód i jeden w bok, usiłował się do mnie zbliżyć. Więc ja, podobnie skacząc, uciekłem za Zenobię, potem za Fryderyka, Hildę, a wreszcie za pana Kuryłłę.
— Ja jestem czarny koń! — zawołał doktor. — Zaraz pana sprzątnę z szachownicy. Uwaga: atakuję! — i śmiesznie podskakując pędził w moim kierunku.
(…)
— Miejcie szacunek dla zabytków. Co ludzie we wsi pomyślą? Że przyjechali tu wariaci.
Hilda wskazała dłonią wieżę.
— Może pójdziemy na górę? Drzwi są otwarte...
Przestaliśmy skakać.
— To jest dobry pomysł — stwierdziłem. — Tylko że tam na górze, zdaje się, osy mają swoje gniazdo.
— Wejdziemy bardzo ostrożnie. Może nas nie pogryzą — pocieszał nas Fryderyk.
Zebraliśmy się przed otwartymi drzwiami. Drzwi były wąskie, tak samo wąski okazał się mroczny korytarz ze schodami na górę.
Uformowaliśmy się w długi rząd i, prowadzeni przez Zenobię, wkroczyliśmy w mrok.
(…)
Korytarz miał dwa załomy i zaraz znaleźliśmy się na widnej platformie pierwszego piętra. Wyżej już schodów nie było. W suficie czerniał ciemny otwór, do którego można było wejść tylko po drabinie, która stała nieco z boku, oparta o ścianę.
Na platformie znajdowało się ogromne okno bez szyb. Właśnie tędy wpadały z dworu osy i niknęły w czarnym otworze. Ich gniazdo mieściło się więc o piętro wyżej.
— No co? Wchodzimy tam? — zapytała Zenobia.
Chłopcy przystawili drabinę do otworu i zaczęli piąć się po spróchniałych szczeblach.
— Nie wejdę tam za żadne skarby zdecydowanie rzekła Kasia. — Tam jest chyba milion os. Słyszycie, jak brzęczą?
Nastawiliśmy uszu. Rzeczywiście, z ciemnego otworu w suficie dochodziło nas głośne brzęczenie wielu owadów.
Chłopcy zawahali się, ale Sokole Oko pierwszy przemógł tchórzostwo i wsadził głowę w otwór. Zlękła się os także i Zenobia. Zapewne wyobraziła sobie, jak okropnie wyglądać będzie jej delikatna buzia, kiedy wbiją się w nią żądła owadów.
— Jestem pewna, że tam na górze są tylko kurz i śmiecie — odezwała się, wzruszywszy ramionami.
Hilda również zrezygnowała z wejścia na górę.
— Byłam tam z Weberem i Klausem. Nie ma nic ciekawego. Kamienny pokój bez okien i również otwór w suficie, prowadzący na strych wieży.”

Kamienny trakt okalający kościół w Dolsku zaprasza w podróż śladami Pana Samochodzika
fot. Czesio1

Kościół w Dolsku widziany z zewnątrz
fot. Czesio1

Imponująca główna wieża kościoła w Dolsku
fot. Czesio1

Widok zewnętrzny kościoła w Dolsku
fot. Barabasz

Fasada i bryła kościoła w Dolsku
fot. Barabasz

Szachownica na kamiennym obramowaniu kościoła w Dolsku
fot. Czesio1
Jak mogliśmy się spodziewać, kościół był pusty. Weszliśmy do środka, delektując się przyjemnym chłodem grubych murów. Świątynia była malutka – zaledwie cztery rzędy ławek, mieszczące nie więcej niż pięćdziesiąt osób. Czy tylu wiernych faktycznie bywa w Dolsku i okolicy, tego nie mogliśmy sprawdzić. Dość powiedzieć, że choć mały, kościół emanował niezwykłym klimatem ciszy i tajemnicy.

Wnętrze dolskiej świątyni
fot. Czesio1

Scena ukrzyżowania Jezusa Chrystusa w dolskiej świątyni
fot. Barabasz

Wnętrze dolskiej świątyni z perspektywy kilku schodków
fot. Czesio1
Tak jak w książce, drzwi na wieżę kościelną nie były zamknięte – jedynie na skoblu wisiała niezasunięta kłódka. Ostrożnie ją zdjęliśmy i kamiennymi, wąskimi schodami krok po kroku wspinaliśmy się do góry. Na pierwszej platformie schody się kończyły, dalej prowadziły już tylko drewniane, wąskie drabiny. Oczywiście nie omieszkaliśmy wspiąć się nimi na sam szczyt wieży. Na górze czekał nas m.in. ogromny dzwon - czy nadal używany, tego również nie mogliśmy sprawdzić.

Kamienne schody prowadzące na wieżę kościoła w Dolsku
fot. Czesio1

Dzwon na kościelnej wieży w Dolsku
fot. kadr z filmu zlotowego

Na wieży kościelnej
fot. Barabasz

Kościelny dzwon na wieży dolskiej świątyni
fot. Czesio1
Po eksploracji kościelnej wieży dołączyliśmy do części zlotowiczów, którzy pozostali na dole, odpoczywając na kamiennym murku przed kościołem.

Chwila wytchnienia w miejscu, gdzie czas płynie wolniej
fot. Barabasz
Ostatnim punktem tego zlotowego etapu była bardzo zabawna scenka książkowa, którą odegraliśmy właśnie przed kościołem w Dolsku. Ale o tym opowie już ktoś inny w dalszej części opowieści.
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16814
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 617 razy
- Otrzymał podziękowań: 314 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
10. Czesio1
Śladami szachownic: Czachów, Lubiechów Górny i Chwarszczany
Następny etap zlotowej wędrówki śladami zagadkowych szachownic poprowadził nas szlakiem kolejnych sakralnych miejsc regionu — od kościoła w Czachowie, przez świątynię w Lubiechowie Górnym, aż po niezwykły przystanek na trasie powrotnej, jakim była Kaplica Templariuszy w Chwarszczanach. Choć pierwszy z tych obiektów nie pojawia się na kartach „Księgi strachów”, leżał dokładnie na naszej drodze z Dolska do Lubiechowa Górnego, dlatego bez wahania postanowiliśmy zajrzeć także tam. Na miejscu byliśmy umówieni z przewodnikiem, którego - jak kilka innych zlotowych niespodzianek - zorganizował nasz przyjaciel Adam Nowiński z Morynia.
Zaparkowaliśmy wehikuły na poboczu głównej szosy, tuż przy parkanie otaczającym teren kościelny. Wokół panowała cisza - przy świątyni nie było nikogo, jakby czas na chwilę się zatrzymał. Rozglądaliśmy się za naszym przewodnikiem, lecz okazało się, że jest już w drodze i lada moment powinien dotrzeć na miejsce. Korzystając z tej krótkiej chwili oczekiwania, obeszliśmy kościół dookoła, uważnie przyglądając się jego bryle i robiąc zdjęcia z każdej strony, jakbyśmy spodziewali się odnaleźć tu kolejny ślad dawnych tajemnic.

Kościół w Czachowie - punkt na trasie zlotu śladami szachownic
fot. Czesio1

Kościół w Czachowie – punkt na trasie zlotu śladami szachownic
fot. Czesio1

Kwiatowy dywan Bożego Ciała prowadzący do kościoła w Czachowie
fot. Czesio1

Zlotowicze w oczekiwaniu na przewodnika z kluczem do świątyni
fot. Czesio1

Świątynia w Czachowie, której ściany kryją historię i tajemnicze symbole
fot. Czesio1
Po kilku minutach na miejsce dotarł nasz przewodnik i, sięgając po pęk kluczy, otworzył drzwi świątyni. Podobnie jak wcześniej w Dolsku, od progu otulił nas przyjemny chłód starych murów. Z ciekawością przyglądaliśmy się zachowanym freskom na ścianach kościoła, aż w końcu - za chrzcielnicą - odnaleźliśmy kolejny intrygujący znak szachownicy. Rozpoczynając swoją opowieść, przewodnik nawiązał do książki "Średniowieczne kościoły granitowe Pomorza Szczecińskiego i Nowej Marchii" autorstwa Dariusza Piaska, w której szachownice na kościołach tego regionu interpretowane są jako graficzne przedstawienie nieba. Za autorem spróbował też pobudzić naszą wyobraźnię: oto jesteśmy ludźmi średniowiecza, zmierzamy na nabożeństwo, a widok szachownicy przypomina nam, że przekraczamy próg miejsca będącego namiastką nieba na ziemi. Ta interpretacja sprawiła, że spojrzeliśmy na wnętrze świątyni zupełnie inaczej. Surowe, kamienne mury, stonowane światło sączące się przez niewielkie okna i chłód panujący wewnątrz przestawały być jedynie elementami architektury, a zaczynały tworzyć przestrzeń wyciszenia i skupienia. Szachownica, z pozoru prosty znak wyryty w kamieniu, nabierała głębszego znaczenia — stawała się symbolem przejścia między światem codziennym a sferą sacrum, zaproszeniem do przekroczenia granicy między tym, co ziemskie, a tym, co niebiańskie. Łatwo było wyobrazić sobie średniowiecznych wiernych, którzy dokładnie w tym miejscu zatrzymywali na chwilę wzrok, zanim weszli do środka, świadomi, że wkraczają w przestrzeń mającą być odbiciem porządku wyższego.

Wnętrze kościoła w Czachowie – miejsce modlitwy i refleksji
fot. Czesio1

Organy w czachowskiej świątyni
fot. Czesio1

Gotyckie freski w czachowskiej świątyni
fot. Czesio1

Szachownica - znak samochodzikowy w czachowskiej świątyni
fot. Czesio1

Gotyckie freski w czachowskiej świątyni
fot. Czesio1

Gotyckie freski w czachowskiej świątyni
fot. Czesio1
Nasyceni opowieściami przewodnika i wciąż pod wrażeniem odkrytych symboli ruszyliśmy dalej, nie zwalniając tempa. Kolejny punkt na naszej trasie prowadził do Lubiechowa Górnego - miejsca, które tym razem nie tylko znaliśmy z mapy, ale przede wszystkim z kart „Księgi strachów”. To tutaj literacka przygoda Nienackiego miała swój wyraźny ślad, a my jechaliśmy z poczuciem, że za chwilę fikcja znów spotka się z rzeczywistością. Gdy świątynia zaczęła majaczyć przed nami, nikt już nie miał wątpliwości: wkraczamy na teren dobrze znany bohaterom książki:
"Po południu, około godziny czwartej, kamienista droga zawiodła nas do Lubiechowa Górnego. W otoczeniu starych drzew stał tam kościół romański z XIII wieku. Na jego portalu, po lewej stronie — znak szachownicy widniał wyraźnie, jak nigdzie dotąd. Obejrzeliśmy go, a potem wróciliśmy do samochodu. Okazało się, że wszyscy jesteśmy już zniechęceni rozwiązywaniem zagadki, która zdawała się nie mieć żadnego rozwiązania. Spodziewałem się, że w Lubiechowie Górnym, przy trzecim znaku szachownicy, pan Kuryłło może zdecyduje się uchylić rąbka swej tajemnicy. Lecz, podobnie jak i my, spojrzał na szachownicę bez większego zainteresowania i nie powiedziawszy ani słowa, odszedł do samochodu.".
Tu niestety czekała nas niemiła niespodzianka - kościół w Lubiechów Górny, który według zapowiedzi miał być otwarty, okazał się szczelnie zamknięty. Nie pozostało nam więc nic innego, jak obejść świątynię dookoła, przyjrzeć się jej z zewnątrz i wysłuchać opowieści przewodnika snutych na kościelnym terenie.

Świątynia w Lubiechowie Górnym, miejsce znane z „Księgi strachów”
fot. Czesio1

Widok na kościół w Lubiechowie Górnym - punkt na zlotowej trasie
fot. Czesio1

Chwila, gdy słowa przewodnika stają się obrazem
fot. Czesio1

Kościół w Lubiechowie Górnym – widok z zewnątrz
fot. Czesio1

Tajemnicze wejście w bocznej ścianie kościoła
fot. Czesio1
Na szczęście tajemniczą szachownicę przy wejściu odnaleźliśmy bez najmniejszego trudu. I choć drzwi do wnętrza pozostały zamknięte, przez krótką chwilę znów poczuliśmy się jak bohaterowie „Księgi strachów” - członkowie Związku Tajemniczej Szachownicy, powołanego do życia, by odnaleźć pamiętnik Konrada von Haubitz.

Symbol szachownicy odkryty na murach kościoła w Lubiechowie
fot. Czesio1

Szachownica na murach kościoła w Lubiechowie
fot. Czesio1
Młodsza część zlotowej ekipy, lekko zmęczona opowieściami o historii kościołów, rozsiadła się na parkanie otaczającym teren świątyni i oddała wesołym pogawędkom. Śmiech i żarty wypełniły przestrzeń, tworząc kontrast do powagi przewodnika i sprawiając, że atmosfera zlotu nabrała kolejnego, radosnego kolorytu.

Młodzież w swoim świecie, trochę z dala od opowieści przewodnika
fot. Czesio1
Na zakończenie zwiedzania, z dala od oka przewodnika, część najbardziej dociekliwych zlotowiczów dostrzegła boczne wejście do kościoła i postanowiła zajrzeć do środka. Co tam zobaczyli, pozostanie ich słodką tajemnicą — a nam zdecydowanie nie wypada o tym oficjalnie pisać. Niech ta mała przygoda pozostanie w sferze legend zlotowych, dodając tylko odrobinę pikanterii do wspomnień z Lubiechowa Górnego.
Podziękowaliśmy naszemu przemiłemu przewodnikowi i ruszyliśmy w drogę powrotną do bazy noclegowej. Tym razem nie jechaliśmy zwartą kawalkadą samochodów — każdy miał już czas dla siebie, choć większość z nas obiecała sobie wstąpić po drodze do Chwarszczan. Niektórzy spieszyli się tak bardzo, że nie zauważyli stojących na poboczu chłopców radarowców. Na szczęście prędkość nie została nadmiernie przekroczona i skończyło się jedynie na pouczeniu.
Kaplica Templariuszy w Chwarszczanach, podobnie jak podczas naszego pierwszego pobytu tu przed dwunastu laty, była ponownie zamknięta. Znowu mogliśmy zrobić tylko kilka zdjęć z zewnątrz, a potem czas było wracać do naszego pałacu w Gliśnie, z myślą o kolejnych zlotowych przygodach, które czekały na nas już następnego dnia.

Średniowieczna kaplica w Chwarszczanach, miejsce pełne tajemnic
fot. Czesio1

Okazała Kaplica Templariuszy w Chwarszczanach
fot. Czesio1

Kaplica Templariuszy w Chwarszczanach – widok z zewnątrz
fot. Czesio1
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16814
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 617 razy
- Otrzymał podziękowań: 314 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
11. Czesio1
Zlotowy konkurs samochodzikowy
Konkurs to od lat jeden z najważniejszych punktów każdego zlotu. To właśnie on odróżnia spotkania nieformalne od oficjalnych zlotów forum – bez konkursu samochodzikowego zlot po prostu nie mógłby się tak nazywać.
Tegoroczną rywalizację przygotowała Yvonne, proponując konkurs w wersji drużynowej. Uczestnicy mierzyli się z kilkudziesięcioma pytaniami, w większości punktowanymi za jeden punkt, choć nie brakowało również trudniejszych wyzwań wycenionych na dwa i trzy punkty. Całość uzupełniały cztery zadania tematyczne, a o wyborze zarówno pytań, jak i zadań decydowali kapitanowie drużyn, losując kolejne numery.
Organizatorka podzieliła uczestników na trzy drużyny, nawiązujące do świata „Księgi strachów”. Pierwszą z nich była Młodzież, w której skład weszli Sokole Oko, Wilhelm Tell, Wiewiórka i Kasia. Drugą drużynę stanowiła Załoga Tomasza, tworzona przez Tomasza, Hildę i doktora, natomiast trzecią - Czarne charaktery, reprezentowane przez Klausa, Fryderyka i Kuryłłę. O tym, kto wcieli się w poszczególne postacie, zdecydowało losowanie karteczek z tajemniczego woreczka, co już na starcie wprowadziło sporo emocji i uśmiechów. Ponieważ chętnych do udziału w konkursie było więcej niż wylosowanych ról, każdą z drużyn zasiliły dodatkowo osoby gotowe wspierać swoich książkowych bohaterów wiedzą, pamięcią i dobrą podpowiedzią.
Po krótkim wprowadzeniu i przedstawieniu drużyn nadszedł moment, na który wszyscy czekali – konkurs został oficjalnie rozpoczęty.

Yvonne zadaje pierwsze konkursowe pytanie
fot. kadr z filmu zlotowego
Sala balowa szybko wypełniła się emocjami, gwarą i skupieniem, które towarzyszyły kolejnym losowaniom pytań. Drużyny pochylały się nad odpowiedziami, trwały krótkie, czasem burzliwe narady, a co chwilę wybuchały śmiech lub westchnienia ulgi – zwłaszcza wtedy, gdy los okazywał się łaskawy. Kapitanowie z uwagą losowali numery, a każde kolejne pytanie niosło ze sobą niepewność, czy przyniesie łatwy punkt, czy zmusi do intensywnego sięgania w zakamarki pamięci.
Po pierwszych emocjach przyszedł czas na właściwą próbę pamięci i uważnej lektury „Księgi strachów”. Pytania obejmowały zarówno drobne szczegóły fabuły, jak i bardziej złożone wątki, a ich punktacja rosła wraz z poziomem trudności. Za jeden punkt padały pytania pozornie proste, takie jak: kto pisał relacje w harcerskiej księdze strachów, jaki samochód miał Fryderyk, kiedy zaczyna się akcja książki czy jaki sport uprawiali rodzice Kasi. Były też takie, które wymagały sięgnięcia pamięcią głębiej — choćby o imię von Haubitza zafascynowanego astronomią. Wiele z tych odpowiedzi padało niemal natychmiast, a drużyny imponowały doskonałą pamięcią i znakomitą znajomością książki.
Wraz z pytaniami za dwa i trzy punkty poprzeczka wyraźnie się podnosiła. Kto palił papierosy w książce? - to jedno z pytań za dwa punkty, które na chwilę zatrzymywało rozmowy przy stolikach i skłaniało do szybkich narad. Jeszcze więcej emocji budziły pytania najwyżej punktowane: o wszystkie pływające pojazdy pojawiające się podczas akcji książki, o szczegółowy opis motocykla Zenobii czy o imię zaufanego lokaja Johanna von Haubitz, jego więzienną przeszłość i długość odbytej kary. Tu odpowiedzi rodziły się już zespołowo - wśród szeptów, wymiany argumentów i nerwowego liczenia punktów w myślach.

Burza mózgów w drużynie Czarnych Charakterów
fot. kadr z filmu zlotowego

Trzy punkty w grze – emocje rosną
fot. kadr z filmu zlotowego

Skupienie przed kolejnym pytaniem
fot. kadr z filmu zlotowego

Głos Załogi Tomasza – PiTT
fot. kadr z filmu zlotowego
Gdy pytania sprawdziły pamięć i znajomość szczegółów „Księgi strachów”, przyszedł czas na zadania tematyczne, które pozwalały wykazać się wyobraźnią, pomysłowością i aktorskim zacięciem. Każde z nich miało swój tytuł i własny charakter, a o tym, które zadanie trafi do danej drużyny, ponownie decydował los. Yvonne odczytywała wylosowane zadania kolejno poszczególnym drużynom, a już po pierwszych słowach było wiadomo, że łatwo nie będzie.
Wśród zadań znalazły się m.in.: narysowanie i opisanie mauzoleum wraz z jego otoczeniem, przedstawienie ośrodka wczasowego, w którym mieszkał Pan Samochodzik, odegranie sceny nauki judo na polance między krzakami, a także wspólne zadanie polegające na inscenizacji momentu, w którym napastnik obezwładnia Pana Samochodzika niedaleko ruin obserwatorium, połączone z opisem tej sceny.
Po ogłoszeniu treści zadania każda z drużyn otrzymywała kilka, a czasem nawet kilkanaście minut na przygotowanie swojej odpowiedzi — graficznej lub aktorskiej, w zależności od charakteru wyzwania. W sali balowej natychmiast robiło się gwarno: jedni pochylali się nad kartkami i długopisami, inni próbowali ustawić role, gesty i ruchy sceniczne, a wszystko to w atmosferze skupienia, śmiechu i twórczego chaosu, który najlepiej świadczył o tym, że konkurs wkroczył w swoją najbardziej barwną odsłonę.

Zadanie tematyczne w wykonaniu Czarnych Charakterów
fot. Czesio1

Twórcze wyzwanie drużyny Młodzieży
fot. Czesio1

Przygotowania Załogi Tomasza do zadania tematycznego
fot. Czesio1

Zadanie tematyczne w wykonaniu Czarnych Charakterów – mauzoleum i jego okolice odtworzone rysunkiem i słowem
fot. Czesio1

Zadanie tematyczne w wykonaniu drużyny Młodzieży – ośrodek wczasowy Pana Samochodzika narysowany i opisany słowem
fot. Czesio1

Zadanie tematyczne Załogi Tomasza – judo Pana Samochodzika wśród krzaków i trawy
fot. Czesio1

Zadanie tematyczne Załogi Tomasza – judo Pana Samochodzika wśród krzaków i trawy
fot. Czesio1

Ukłon Załogi Tomasza po wykonaniu zadania tematycznego
fot. Czesio1
Yvonne przygotowała o jedno zadanie tematyczne więcej niż było drużyn, i postanowiła, by żadne z nich nie pozostało niewykorzystane. Zaproponowała więc, aby tym razem wszystkie zespoły połączyły siły i wspólnie zmierzyły się z dodatkowym wyzwaniem. Drużyny wybrały swoich przedstawicieli, którzy mieli wystąpić w imieniu całej zlotowej społeczności. Odegrali oni scenę, w której napastnik obezwładnia Pana Samochodzika w pobliżu ruin obserwatorium, jednocześnie opisując jej przebieg. Wspólna inscenizacja wymagała szybkiego porozumienia i sprawnego podziału ról, lecz efekt końcowy pokazał, że współpraca między drużynami przebiegła bez zarzutu. Scenka była czytelna, dynamiczna i - co najważniejsze - dostarczyła zarówno wykonawcom, jak i widzom mnóstwo dobrej zabawy.

Przedstawiciele wszystkich drużyn przygotowują się do kolejnego zadania tematycznego – odegrania sceny, w której napastnik obezwładnia Pana Samochodzika niedaleko ruin obserwatorium, i opisania tej sceny
fot. kadr z filmu zlotowego

"Tajemniczy osobnik szedł dość szybko, wkrótce znalazł się za trzecim zakrętem ścieżki. Wtedy ostrożnie opuściłem krzaki i zacząłem skradać się za nim."
fot. kadr z filmu zlotowego

"Tajemniczy osobnik zapewne szukał dogodnego przejścia przez mur. Potem zgasił latarkę, wspiął się na kamienie i zniknął po drugiej stronie."
fot. kadr z filmu zlotowego

"Zrobiłem dokładnie to samo co on. W tym samym, miejscu wspiąłem się na kamienie i przeskoczyłem przez mur."
fot. kadr z filmu zlotowego

"Lecz gdy stanąłem po drugiej stronie, raptem silne ręce chwyciły moją głowę, czyjaś dłoń przycisnęła mi coś do ust."
fot. kadr z filmu zlotowego

"Panie Tomaszu! Panie Tomaszu! Niech się pan zbudzi!"
fot. kadr z filmu zlotowego
Na zakończenie Yvonne ogłosiła wyniki konkursu. Bezapelacyjnym zwycięzcą okazała się Załoga Tomasza, która przez całą rywalizację imponowała świetną znajomością książki i doskonałą współpracą. Drugie miejsce zajęła ekipa Młodzieży, a tuż za nią, dosłownie o włos, uplasowała się drużyna Czarnych Charakterów.

Finał konkursu i chwila prawdy - Yvonne podaje wyniki
fot. kadr z filmu zlotowego

Zwycięska drużyna – Załoga Tomasza
fot. kadr z filmu zlotowego
Po ogłoszeniu rezultatów przyszedł czas na nagrody. Organizatorka zadbała o to, by nikt nie wyszedł z pustymi rękami — na uczestników czekały przypinki z bajek z czasów PRL-u, zakładki do książek, długopisy, a dla najmłodszych także kolorowe widokówki, które stały się miłym i sentymentalnym zwieńczeniem konkursowych emocji.

Nagrody dla zwycięzców: kolorowe przypinki z bajek PRL-u
fot. kadr z filmu zlotowego

Marysia, pomoc organizatora, z przypinką z bajek z czasów PRL-u
fot. kadr z filmu zlotowego

Zwycięzcy z konkursowymi trofeami - przypinki z bajek PRL-u, które wywołały niejeden uśmiech
fot. kadr z filmu zlotowego

Drużyna Młodzieży zdobywa drugie miejsce w konkursie i nagrody w postaci zakładek do książek
fot. kadr z filmu zlotowego

Czarne Charaktery zdobywają trzecie miejsce w konkursie i otrzymują zakładki do książek
fot. kadr z filmu zlotowego
Konkurs zakończył się wspólnym zdjęciem uczestników z organizatorką, które na długo pozostanie miłą pamiątką tego wieczoru.

Uczestnicy konkursu z organizatorką, Yvonne
fot. TomaszK
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9327
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 82 razy
- Otrzymał podziękowań: 631 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
12. TomaszK
Tajemnice pałacu Lubomirskich w Lubniewicach
Zamek w Lubniewicach, właściwie pałac, ale wystylizowany na dawny zamek, nie jest tak stary jak wygląda. Początki zamku sięgają XVIII wieku, ale obecną formę uzyskał w pierwszych latach XX wieku jako siedziba rodu von Waldow. Używając stylu Nienackiego z opisu Niesamowitego Dworu, jest to neorenesansowa dwukondygnacyjna budowla w kształcie litery L, z wnętrzem dwutraktowym i poddaszem mieszkalnym, całkowicie podpiwniczona, nakryta wysokim dwuspadowym dachem z licznymi facjatkami i centralną wieżą. Wejście główne zwieńczone jest tarczą herbową rodu von Waldow i datą „1909”. Pałac otoczony jest zabytkowym parkiem, którego teren przylega do jeziora i łączy się bezpośrednio z pobliskim campingiem i kąpieliskiem.

Zlotowicze zmierzają ku pałacowi Lubomirskich, który powoli wyłania się zza drzew
fot. TomaszK

Pałac Lubomirskich niczym zza kurtyny wyłania się z parkowej zieleni
fot. Czesio1

TomaszK u bram pałacu Lubomirskich
fot. TomaszK

Wejście do Pałac Lubomirskich w Lubniewicach
fot. Czesio1

Dniepr K-750 - motoryzacyjny akcent w pałacowym otoczeniu
fot. Czesio1

Powóz typu landauer na pałacowym dziedzińcu
fot. Czesio1

Schody, które zapraszają do wnętrz pałacu Lubomirskich
fot. TomaszK

Chwila zadumy przy pałacowej balustradzie
fot. TomaszK
Pałac jest udostępniony do zwiedzania, ale tylko po wcześniejszym umówieniu. Tym co nas tu przywiodło była informacja, że po wojnie przez 30 lat pełnił funkcje luksusowego domu wypoczynkowego, przeznaczonego głównie dla turystów dewizowych, czyli przyjeżdżających z Europy Zachodniej. Spędzała tu wczasy Michalina Wisłocka, więc być może nasz Autor, jako ówczesny celebryta też spędził tu lato, co zaowocowało wieloma wątkami umieszczonymi w „Księdze strachów”.

Uczestnicy zlotu podczas wizyty w Pałacu Lubomirskich
fot. TomaszK

Zwiedzanie Pałacu Lubomirskich przez uczestników zlotu
fot. TomaszK

Uczestnicy zlotu w historycznych wnętrzach pałacu
fot. TomaszK
Obecnie zamek jest po gruntownym remoncie, a jego właścicielami jest fundacja rodu Lubomirskich, która uzupełniła zabytkowe wyposażenie wnętrz. Architektoniczną ozdobą pałacu jest ogromny centralny hol z dwukondygnacyjną klatką schodową. Biblioteka prezentuje zbiory Lubomirskich i ich portrety, a jadalnia zastawiona XIX-wieczna zastawą, zawiera także zachowany bar dawnego ośrodka wypoczynkowego. To tu zapewne tutaj Kuryłło i Klaus sączyli whisky knując przeciwko Tomaszowi, a Zenobia tańczyła z Fryderykiem na wieczorku zapoznawczym.

Pałacowa biblioteka z kolekcją książek i portretami Lubomirskich
fot. Czesio1

Pałacowa komnata z przytulnym stolikiem i krzesłami - miejsce dawnych spotkań
fot. Czesio1

Pałacowa komnata z historycznymi fotografiami na stoliku
fot. Czesio1

Jadalnia Pałacu Lubomirskich z XIX-wiecznym nakryciem stołu
fot. TomaszK

Bar, który pamięta dawne spotkania i letnie przygody gości ośrodka
fot. kadr z filmu zlotowego

Pałacowy sufit ozdobiony zabytkową lampą
fot. Czesio1

Rycerska tarcza Ryszarda Lwie Serce
fot. Czesio1

Pałacowa komnata z przytulnym zakątkiem wypoczynkowym
fot. Czesio1

Sekretera w pałacu Lubomirskich
fot. TomaszK

Tajemnicza płyta w jednej z komnat pałacu
fot. Czesio1

Pałacowy żyrandol z poroża jelenia, świadek dawnych wieczorów i spotkań
fot. Czesio1

Historia rodziny Lubomirskich uwieczniona w portretach
fot. Czesio1

Portrety Lubomirskich - spojrzenia dawnych mieszkańców pałacu
fot. Czesio1
Na zakończenie wyszliśmy na taras z widokiem na jezioro i ośrodek campingowy, a nasz przewodnik opowiedział o ponurym końcu ostatnich niemieckich mieszkańców zamku, zastrzelonych przez Rosjan w 1945 roku.

Zlotowicze na pałacowym tarasie
fot. TomaszK

Pałacowy taras pełen uczestników zlotu
fot. TomaszK

Pałacowy taras z komfortowym zestawem wypoczynkowym
fot. Czesio1

Spojrzenie z pałacowego tarasu ku spokojnym wodom Jeziora Lubiąż
fot. Czesio1

Jezioro Lubiąż w zielonej ramie drzew i krzewów
fot. Czesio1

Uczestnicy zlotu podczas chwili relaksu na pałacowym tarasie
fot. Czesio1

Pałacowy park - cisza, zieleń i historia w jednym miejscu
fot. Czesio1

Park przy Pałacu Lubomirskich
fot. Czesio1
- panna Monika
- Zlotowicz

- Posty: 912
- Rejestracja: 04 sie 2013, 14:53
- Miejscowość: Łódź
- Płeć: Kobieta
- Podziękował;: 95 razy
- Otrzymał podziękowań: 88 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
13. panna Monika
Relaks w Lubniewicach
Pierwszego dnia zlotu nasz „proces wchodzenia w przygodę” (jak określił to ładnie Krzysztof Arbiszewski w artykule pokonferencyjnym Pan Samochodzik: fantazje o nowoczesnej przygodzie) rozpoczął się od podróży z Łodzi do Glisna, gdzie po spotkaniu z Hanką, Czesiem i Mają, zachwyceniu się pałacem i otoczeniem postanowiliśmy posilić się w Lubniewicach.
Nie było to takie proste, w centrum miejscowości otwarte były bowiem 2 lokale gastronomiczne. W jednym panował duch czasów samochodzikowych – mimo pustek w lokalu pani z obsługi poinformowała nas (kiedy już ją odnaleźliśmy), że za szybko niczego do jedzenia nie dostaniemy. Postanowiliśmy nie testować jej prawdomówności i wybraliśmy drugi lokal.
A był to mieszczący się również przy rynku Enjoy Doner Kebab Lubniewice. Gdzie z kolei zostaliśmy powitani przez pana zainteresowanego klientami, wyglądającego na napływowego mieszkańca Lubniewic. Poprzez niezwłoczne podanie całkiem niezłych posiłków pan ten uratował nam popołudnie.

Taras w Enjoy Doner Kebab
fot. panna Monika
W sobotę postanowiliśmy poczuć się jak pan Tomasz na letnim urlopie, szczególnie, że lato w tym roku nie rozpieszczało. Jak napisał Mistrz: Było popołudnie, słońce świeciło upalnie, woda jeziora zachęcała do kąpieli. Ośrodek znowu wyglądał, jak wymarły, albowiem wczasowicze gnieździli się na maleńkiej plaży, skąd dochodziły krzyki kąpiących się.

Jezioro Lubiąż
fot. panna Monika
Woda w jeziorze była dosyć rześka, ale słoneczko operowało całkiem nieźle. Ruszyliśmy na plażę, gdzie zażywaliśmy kąpieli oraz pływaliśmy na wypożyczonych SUP-ach, co szczególnie przypadło do gustu naszej starszej młodzieżówce, tj. Mai, Dominikowi oraz Oli i Ninie. Dostępność sprzętu pływającego znacznie wzrosła od czasów opisanych przez autora, nie trzeba się było męczyć ze sklejaniem salamandry, żeby bardzo przyjemnie pośmigać po jeziorze.

SUPem w nieznane
fot. panna Monika

SUPem w nieznane
fot. panna Monika

Zaliczka na wodzie
fot. panna Monika

SUP w wersji zespołowej
fot. panna Monika
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9327
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 82 razy
- Otrzymał podziękowań: 631 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
14. TomaszK
Kostrzyn nad Odrą
Kostrzyn nad Odrą to miasto jakich wiele, ale Stary Kostrzyn, to unikat na skalę europejską. Kiedyś samodzielne miasteczko, zostało zniszczone w takim stopniu, że nie opłacało się go odbudowywać. Gruzów jednak nie wywieziono na odbudowę Warszawy, jak stało się z innym, podobnie zniszczonym miasteczkiem Forst-Berge, 100 kilometrów na południe, w którego miejscu obecnie rośnie las. Zniszczona Starówka Kostrzyna znalazła się na nieużytkowanym terenie należącym do radzieckiej bazy wojskowej, co poniekąd ocaliło ją od zniknięcia.
Wejście na teren muzeum obejmującego Stary Kostrzyn, znajduje się tuż przy nieczynnym, ale zachowanym przejściu granicznym, chyba jednym z większych w PRL-u.

Brama Berlińska
fot. Czesio1
Po przekroczeniu masywnej ceglanej bramy dawnego wejścia do fortu, po drugiej stronie ukazuje się gęsto zadrzewiony park. Jednak już po chwili widać, że pagórki parku to sterty gruzu ze zwalonych kamienic, porośnięte drzewami i krzakami, między którymi przebiegają równo rozmieszczone, wybrukowane uliczki, wszystkie podpisane dawnymi nazwami starówki Kostrzyna. Miejscami spod ziemi ukazują się fragmenty murów z okienkami piwnicznymi. W pewnym miejscu główna ulica przechodzi w szeroką, prostokątną polanę – dawny rynek miasteczka, z betonowym postumentem na środku. To resztki pomnika miejscowego bohatera sprzed kilkuset lat. W innym miejscu, też nieporośniętym drzewami, widać fundamenty dużej budowli, podpisane jako resztki dawnego kościoła, a tuż obok fundamenty zamku z widocznymi wejściami do podziemi.

Ruiny Kościoła na ulicy Św. Klemensa
fot. Barabasz

Ulica Berlińska
fot. Barabasz

Ulica Jatki
fot. Czesio1
Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie podjęli próby penetracji zakazanych podziemi, chociaż prawdę mówiąc, nigdzie nie było napisane „zakaz wstępu”. Kilkoro chętnych weszło przez okienko piwniczne do częściowo zagruzowanego pomieszczenia, a najbardziej zapalony badacz podziemi ukazał się po dłuższej chwili w okienku na drugim końcu stery gruzu. Jak się okazuje piwnice są ze sobą połączone, co rodzi nadzieję, że kiedyś powstania tu trasa turystyczna podobna do tej w Kłodzku.

Zaułek kościelny
fot. Barabasz

Tajemnicze wejście do podziemi
fot. Barabasz

Zaułek kościelny
fot. Barabasz

Plac ratuszowy
fot. Czesio1
W pewnym momencie główna aleja dochodzi do wysokiego ceglanego muru – dawnej granicy fortu, za którym płynie Odra. Tuż przy murach znajduje się niewielka przystań, a po drugiej stronie rzeki już Niemcy. Daleko po prawej stronie było widać most, dawną drogę do Europy Zachodniej.

Odra
fot. Czesio1

Odra
fot. Czesio1

Przystań Twierdza nad Odrą
fot. Czesio1

Tablica pamiątkowa Hansa Hermanna von Katte
fot. Czesio1
Idąc koroną muru doszliśmy do bastionu, w którym mieście się muzeum gromadzące pamiątki znalezione w gruzach i przypominające dawnych mieszkańców miasta. Obok licznych przedmiotów codziennego użytku, można tu zobaczyć dawne zdjęcia miasta, wcześniejsze zabytki z wykopalisk archeologicznych oraz broń z okresu drugiej wojny światowej.

Bastion Filip
fot. Czesio1

Bastion Filip
fot. Czesio1

Bastion Filip
fot. Barabasz

Bastion Filip
fot. Barabasz

Bastion Filip
fot. Barabasz

Bastion Filip
fot. Barabasz

Bastion Filip
fot. Barabasz

Ruiny zamku
fot. Barabasz

Ruiny zamku
fot. Barabasz

Ruiny zamku
fot. Barabasz

Ruiny zamku
fot. Barabasz

Ruiny zamku
fot. Barabasz

Ruiny zamku
fot. Barabasz

Pomnik Jana Markgraf von Brandenburg
fot. Barabasz

Ulica księcia Szałka
fot. Barabasz
- TomaszL
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 2208
- Rejestracja: 14 lip 2016, 10:19
- Miejscowość: wielkopolskie
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 797 razy
- Otrzymał podziękowań: 262 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
15. TomaszL
Diabelski Kamień
Diabelski Kamień występuje w „Księdze strachów” harcerzy, zaraz po opisie Młyna Topielec. Kamień ten jest opisany jako ogromny głaz narzutowy przy leśnej drodze okrążającej jezioro. Wg. legendy kamień, który miał służyć do budowy grobli przez jezioro, został porzucony przez rozwścieczonego diabła, który spełniał wciąż nowe żądania grafa Hermann von Haubitz a duszy wciąż brak. Żądanie nieśmiertelności przez grafa, który myślał, że przechytrzy diabła, było jego ostatnim życzeniem, które nigdy się nie spełniło.
„Kamień Diabelski przy leśnej drodze okrążającej jezioro. Jest to ogromny głaz narzutowy, zapewne przyniesiony tu przez lodowiec. Legenda mówi jednak, że zrobił go diabeł na rozkaz grafa Hermanna von Haubitz, który sprzedał piekłu swoją duszę w zamian za to, że diabeł będzie mu pomagał w jego przedsięwzięciach. Było to przed stu laty, gdy ród Haubitzów jeszcze nie był tak możny, jak później. To właśnie od rządów Hermanna von Haubitz wzrósł on w bogactwo i znaczenie. Wszystko, czego się tknął ów Hermann, zamieniało się w złoto i dostatek. Ludność okoliczna zaczęła wierzyć, że pomaga mu diabeł. Hermann von Haubitz wygrał ciągnące się od wieków procesy z okolicznymi grafami i znacznie poszerzył swoje posiadłości; na jego polach rodziła się niezwykle dorodna pszenica; miał największe w okolicy zbiory ziemniaków; mnożyły się stada krów, owiec i koni. On to rozbudował pałac nad jeziorem i uczynił go wspaniałą rezydencją. Aby uzyskać duszę Hermanna, diabły orały na jego polach, pasły jego stada. Ale graf Hermann stawiał ciągle nowe żądania diabłom i wcale nie śpieszył się z oddaniem im swojej duszy, choć już był bardzo stary. Pewnego razu rozkazał diabłu przynieść ogromny kamień, który miał posłużyć do budowy grobli przez jezioro. Jednocześnie zażądał od diabła eliksiru nieśmiertelności, aby w ten sposób za-bezpieczyć się przed oddaniem piekłu swej duszy. To żądanie tak rozwścieczyło diabła, że porzucił kamień i porwał jadącego konno grafa, żywcem zanosząc go przed oblicze Lucyfera. Porzucony przez diabła kamień nosi ślady jego pazurów.”
Harcerze sprawdzili to miejsce, jednakże poza nabawieniem się kataru nie stwierdzili obecności Diabła ani też jęków dręczonej w piekle duszy grafa Hermana.
„A więc nocna wycieczka do Diabelskiego Kamienia przyniosła jej uczestnikom tylko katar. Trzy godziny czatowali chłopcy w lesie, w najbliższym sąsiedztwie kamienia. Diabeł nie pokazał się, nie usłyszano także jęków żałosnych, które — według legendy — wydawać miała dręczona w piekle dusza grafa Hermanna.”
Ale my musieliśmy sprawdzić legendę – obecność kamienia i diabła. Tuż przed Zlotem udało się odnaleźć informację o tym kamieniu razem z przebiegiem szlaku wokół jeziora i odnogą do kamienia. W ostatniej chwili padła decyzja – jedziemy. Nie powiem, dokąd dojechaliśmy samochodem, ale na pewno nie pod kamień. Tam się nie da podjechać a dojść latem to cud. Prowadził TomaszeK, bo ja kilkukrotnie chciałem się poddać. Powalone drzewa, krzaki, zanikające oznaczenie szlaku. Jedyna wskazówka to kierować się środkiem krętego wąwozu z nadzieją, że gdzieś dojdziemy. Powiem tak: jak chcecie bawić się w odkrywców, bierzcie koniecznie TomaszKa. Głaz jest niesamowity, leży na samej granicy lasu i pól, jakby faktycznie porzucił go tam rozwścieczony diabeł. Diabelski Kamień jest. Diabła nie stwierdzono. Nie nabawiliśmy się kataru, satysfakcja natomiast niesamowita.

Drogowskaz do Diabelskiego Kamienia
fot. TomaszL

Droga do Diabelskiego Kamienia
fot. TomaszK

Droga do Diabelskiego Kamienia
fot. TomaszK

Diabelski Kamień
fot. TomaszL

TomaszK przy Diabelskim Kamieniu
fot. TomaszK

TomaszK przy Diabelskim Kamieniu
fot. TomaszK

TomaszL przy Diabelskim Kamieniu
fot. TomaszK
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16814
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 617 razy
- Otrzymał podziękowań: 314 razy
Re: 22 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Szachownicowego Glisno 2025
16. Czesio1
Gdy przygoda dobiega końca
Przygoda chyliła się ku końcowi, lecz wciąż brzmiały w niej echa śmiechu, rozmów i wspólnych przeżyć, które sprawiły, że ten zlot zapisze się w pamięci na długo. Z jednej strony pojawiał się żal, że trzeba zamknąć ten rozdział, z drugiej — cicha tęsknota za następną przygodą, która już gdzieś na horyzoncie zaczynała się rysować. Wśród uczestników dało się już wyczuć różne rytmy powrotów. Część zlotowiczów szykowała się do wcześniejszego wyjazdu, bo przed nimi była długa droga do domu - jak choćby Czesio, którego trasa powrotna należała do najdłuższych. Inni mogli pozwolić sobie na więcej luzu, nie spiesząc się z pożegnaniami, bo dom czekał całkiem niedaleko.
Nie mogło też zabraknąć obowiązkowego punktu każdego zlotu, który przez lata urósł do rangi niepisanego rytuału - porannej jajecznicy na kiełbasie, serwowanej przez naszego kuchmistrza Mysikrólika. Tradycja ta sięga 2016 roku i Niewidzialnego Zlotu na Mazurach, kiedy to podczas noclegu pod namiotami na wyspie Śniardwy, mimo siąpiącego deszczu, Mysikrólik rozpalił ognisko i o poranku przygotował na ogromnej patelni pierwszą zlotową jajecznicę. Od tamtej pory na każdym zlocie jedno ze śniadań obowiązkowo zawiera jajecznicę w menu. W jej przygotowaniach zawsze uczestniczy kilka osób - jedni kroją cebulę, inni kiełbasę, kolejni rozbijają jajka do misek - a nad całością, niezmiennie i z czujnym okiem, czuwa Mysikrólik.

Bartolini, mamma mia, herbu Zielona Pietruszka – Mysikrólik przy patelni
fot. TomaszK

Wesołe skwierczenie kiełbaski z cebulką pod czujnym okiem Mysikrólika
fot. TomaszK

Jajka pozbawione skorupek cierpliwie oczekują w misce na swój los na patelni
fot. TomaszK

Hanka, Barabasz i Antek nie mogą się już doczekać porannej jajecznicy
fot. TomaszK

Jajka trafiają w końcu na rozgrzaną patelnię
fot. TomaszK

Wszystkie składniki razem na patelni
fot. Czesio1

Zielony akcent na patelni: szczypiorek dopełnia dzieło Mysikrólika
fot. TomaszK

Jajecznica gotowa! Smacznego!
fot. Czesio1

Zlotowicze przy porannym śniadaniu
fot. TomaszK
Po sytym i pysznym śniadaniu zlotowicze rozeszli się do swoich pokoi, by dokończyć ostatnie pakowanie bagaży i jeszcze raz sprawdzić, czy na pewno nic nie zostało w szafach, na parapetach i pod łóżkami. Jak się jednak później okazało, niektóre drobiazgi najwyraźniej postanowiły przedłużyć swój pobyt w pałacu i zostały w pokojach jako nieplanowane „pamiątki”. Na szczęście dzięki niezwykle życzliwej pani z recepcji wszystkie zagubione rzeczy szybko wyruszyły w drogę powrotną, a każda zlotowa zguba bezpiecznie trafiła do swojego właściciela.
Wkrótce nadszedł czas pożegnań z tymi, którzy ruszali w drogę jako pierwsi. Czesio z Kiką wyruszyli najwcześniej, bo przed nimi była długa, kilkugodzinna trasa do swojej stałej bazy noclegowej pod Lublinem. Niedługo potem na powrót zdecydował się także TomaszK, którego droga prowadziła aż do Krakowa. Z minuty na minutę zlotowa baza pustoszała, a kolejni uczestnicy żegnali się i wyruszali w swoje strony. Rozjazdom towarzyszyły emocje pożegnań, mocne uściski „na misia” i ta dobrze znana nadzieja, że już niedługo znów spotkamy się na szlaku kolejnej przygody.
Choć zlot dobiegł końca, wspomnienia i przeżycia pozostaną z nami na długo. Do zobaczenia na szlaku przygody!

Pożegnalna fotka uczestników zlotu na tle pałacu w Gliśnie
fot. Czesio1

Do zobaczenia na szlaku przygody...
fot. kadr z filmu zlotowego





































