coś mi się wydaje Czesio że chętnie byś jeszcze kiedyś ze mną popłynął w rejs
Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
-
Hanka
- Zlotowicz

- Posty: 2057
- Rejestracja: 05 maja 2014, 20:31
- Tytuł: Hanka
- Miejscowość: Brześć Kujawski
- Płeć: Kobieta
- Podziękował;: 188 razy
- Otrzymał podziękowań: 178 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Ha, ha, ha Czesio, na tym rejsie jest bardzo przestrzegany ceremoniał żeglarski. Nie wypływamy ani nie wplywamy do mariny w strojach kąpielowych ani toples, po zacumowaniu jachtu w marinie pijemy alkohol "za cudowne ocalenie" i śniadania jemy wspólnie jak obudzi się kapitan 
coś mi się wydaje Czesio że chętnie byś jeszcze kiedyś ze mną popłynął w rejs
coś mi się wydaje Czesio że chętnie byś jeszcze kiedyś ze mną popłynął w rejs
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16882
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 666 razy
- Otrzymał podziękowań: 328 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
6 czerwca 2026r. (sobota)
Przed nami ostatni dzień żeglugi po Jezioraku. Dla większości załóg oznaczało to po prostu kolejny rejs. Dla miłośników przygód Pana Samochodzika był to jednak dzień szczególny. W planie znajdował się bowiem punkt obowiązkowy naszej wyprawy nad Jeziorak – przesmyk prowadzący na Jezioro Płaskie.
To właśnie tam, według książkowej legendy, spoczęła ciężarówka ze skarbami wywiezionymi z Muzeum w E. Trudno więc było nie traktować tego miejsca z należnym szacunkiem.
Prognozy na ten dzień były wyjątkowo łaskawe. Meteorolodzy nie straszyli ani deszczem, ani burzami. Nie było więc potrzeby spieszyć się z wypłynięciem. Załogi powoli budziły się do życia, z pokładów dochodziły odgłosy przygotowywanych śniadań, a poranne rozmowy mieszały się z brzękiem kubków i naczyń.

Jajecznica, pomidory, ogórki i cała reszta. Morale załogi zostało należycie zabezpieczone.
fot. Czesio
Dopiero około godziny jedenastej padła długo wyczekiwana komenda:
– Zrzucać cumy!
Kolejne jachty opuszczały przystań i kierowały się ku północnym wodom Jezioraka. Niestety, natura postanowiła tym razem oszczędzić nam nie tylko deszczu, ale również wiatru. A żeglarz bez wiatru jest trochę jak rowerzysta bez roweru. Teoretycznie może się przemieszczać, ale nie do końca o to chodzi.
Ogromne połacie żagli bezradnie zwisały, czekając na choćby najmniejszy podmuch. Ten jednak nie zamierzał współpracować. Wszystkie załogi musiały więc wspomagać się silnikami.
Nie narzekaliśmy jednak zbytnio. Wrzuciliśmy wolne obroty i spokojnie sunęliśmy po gładkiej tafli jeziora, korzystając z pięknej pogody i delektując się chwilą.
W końcu przed nami zaczęły pojawiać się znajome z książek okolice. Po lewej stronie wyłoniła się polana z rozbitymi namiotami. Przy brzegu kołysało się kilka zacumowanych żaglówek.

Domniemany Przylądek Sandacza – jedno z miejsc, gdzie rzeczywistość miesza się z literaturą
fot. Czesio

W pobliżu Przesmyku na Jezioro Płaskie wyłoniła się polana usiana namiotami
fot. Czesio

Polana usiana namiotami i kilka żaglówek przy brzegu. Jedno z tych miejsc, w których czas zdaje się płynąć własnym rytmem.
fot. Czesio
Przypomniał mi się w tym momencie nasz zlot na Śniardwach sprzed kilku lat. Płynęliśmy wtedy na wyspę Fort Lyck i właśnie podczas tego rejsu zaczął padać deszcz. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że bardzo podobnie opisał tę podróż Nienacki. W jego książce również padało, gdy Tomasz i Monika płynęli wehikułem na spotkanie z Winnetou. Pamiętam, że wtedy miałem wrażenie, jakbyśmy na chwilę znaleźli się na kartach powieści.
Teraz było podobnie. Patrząc na spokojną wodę, przesmyk i otaczające go brzegi miałem wrażenie, że wystarczy przymknąć oczy, a za chwilę zza zakrętu wyłoni się wehikuł Pana Samochodzika. Natura przygotowała dla nas scenerię niemal żywcem wyjętą z kart książki:
„Zbliżał się wieczór - ciepły, bezwietrzny. Jezioro - zazwyczaj tak ruchliwe, jak gdyby żywe - teraz wydawało się martwe. Nawet najdrobniejsza fala nie wybiegała na brzegi. Woda zastygła jak ogromna kałuża gorącego ołowiu, w której promienie skłaniającego się ku zachodowi słońca pozostawiały ślad podobny do stygnącego żaru.
Lecz do nocy było jeszcze daleko. Dlatego postanowiłem choć na chwilę wypłynąć na Jezioro Płaskie i zorientować się, jak ono wygląda. Nie byłem na nim nigdy, znałem je tylko z dokładnej mapy.
Dlaczego nazwano je Płaskim? Czy bywają jeziora niepłaskie, pagórkowate lub pochyłe? Czemu w ogóle potraktowano je jako coś odrębnego, choć łączył je z Jeziorakiem przesmyk szeroki na sto metrów?
Wpływając z Jezioraka na Płaskie, ktoś nie obeznany z mapą, w ogóle by nie zauważył, że znalazł się na innym jeziorze. Ot, Jeziorak raptem zwężył się na krótkim odcinku, podobnie jak tylekroć w pobliżu Iławy, a potem znowu rozlewała się ogromna toń, pełna wysp i wysepek. To chyba na którejś z nich znajduje się obozowisko bandy Romana...
- Niech pan uważa, tam są sieci - zwrócił się do mnie Czarny Franek, gdy usiłowałem płynąć wzdłuż wschodniego brzegu. - Porwie je pan albo śrubę straci.
To nie były sieci, tylko ogromny żak. Wbite w płytkie dno gałęzie zaznaczyły jego końce, na wodzie leżało kilkanaście pływaków utrzymujących żak na określonej głębokości.”

Przed nami Przesmyk i Jezioro Płaskie – miejsce, gdzie według książki spoczęła ciężarówka ze skarbami
fot. Czesio
Chwilę później dotarliśmy do miejsca, które od początku było celem naszej wyprawy.
Przesmyk prowadzący na Jezioro Płaskie. Podpłynęliśmy niemal pod sam jego początek. Kuszące było, by popłynąć dalej i wpłynąć na wody Jeziora Płaskiego, ale rozsądek zwyciężył. W przesmyku rozstawione były sieci rybackie, a my nie chcieliśmy ryzykować ani ich uszkodzenia, ani konieczności tłumaczenia się rybakom z naszej samochodzikowej ciekawości.

Przesmyk na Jezioro Płaskie – miejsce zatopionej ciężarówki i serce wydarzeń opisanych w »Nowych przygodach Pana Samochodzika
fot. Czesio
Przez chwilę dryfowaliśmy więc w pobliżu miejsca, które tyle razy odwiedzałem wcześniej jedynie wyobraźnią.
Oczywiście nie mogło zabraknąć obowiązkowej sesji fotograficznej. W końcu nie codziennie człowiek dociera do miejsca, które znał wcześniej tylko z kart książki.
Patrząc na przesmyk, bez trudu można było uwierzyć, że właśnie tędy próbowała przedostać się ciężarówka wypełniona skarbami z Muzeum w E. Wystarczyło odrobinę uruchomić wyobraźnię, by zamiast spokojnej tafli wody zobaczyć skute lodem jezioro i ciężki pojazd ostrożnie sunący ku Jezioru Płaskiemu.
„(...) pan Tomasz bezbłędnie określił drogę, którą uciekali hitlerowcy z ciężarówką. Między Dobrzykami a Jerzwałdem skręcili w lewo na polną drogę. Usiłowali przedostać się przez jezioro w najwęższym miejscu, a więc przez ten przesmyk. I tutaj pod ciężarówką załamał się lód.
(...)
Wacek i Brodacz urządzili się znakomicie. Zakotwiczyli jacht nad ciężarówką. O świcie zaopatrzony w akwalung Brodacz zanurzał się pod wodę, a Krawacik spuszczał z burty koszyczek na linie. Robili to wszystko od strony jeziora, tak że nikt z naszego brzegu nie mógł zauważyć ich manipulacji. Zresztą, trzeba im przyznać, wykazali ogromną ostrożność. Wydobywali skarby wczesnym rankiem, i to nie dłużej niż pół godziny dziennie, kiedy pan Anatol i Kazio jeszcze smacznie spali w swoich namiotach.”
Ciężarówki wprawdzie nie wypatrzyliśmy, podobnie jak żadnych skrzyń ze skarbami. Najwyraźniej ktoś nas ubiegł. Być może Brodacz z Wackiem Krawacikiem? A może TomaszK, który dzień wcześniej przekazał mapę łowisk jako nagrodę konkursową?

Pinezka w pełnej krasie – z żaglami postawionymi na motyla
fot. Czesio
Z okolic przesmyku obraliśmy kurs na północ, trzymając się prawego brzegu półwyspu Bukowiec. Płynąc wzdłuż brzegu, co jakiś czas spoglądaliśmy na drugą stronę, wypatrując domniemanego miejsca, w którym według książki na mieliźnie utknął biały jacht Wacka Krawacika. Trudno dziś wskazać jego dokładną lokalizację, ale porośnięte trzcinami płycizny pozwalały uruchomić wyobraźnię. Łatwo było wyobrazić sobie przechyloną na burtę jednostkę sprawiającą wrażenie opuszczonej przez załogę – dokładnie taką, jaką opisał ją Nienacki.
„Właśnie poczułem głód i rozglądałem się po brzegu za miejscem dobrym dla ugotowania obiadu, gdy na porośniętej rzadką trzciną płyciźnie zobaczyłem znajomy biały jacht Wacka Krawacika. Wyglądał żałośnie - przechylony na bok i jak gdyby opuszczony przez swoją załogę.
Było obowiązkiem turysty dopłynąć do jachtu i zapytać, czy nie trzeba w czymś pomóc. Z kabiny wynurzyła się młoda kobieta o utlenionych na biało włosach.
- Dzień dobry pani - przywitałem ją, dobijając wehikułem do burty jachtu. - Zauważyłem, że państwo osiedli na mieliźnie i przybyłem zapytać, czy moja osoba może okazać się pomocna?
Młoda pani uśmiechnęła się do mnie przyjemnie i przecząco pokręciła białą głową.
- Mój narzeczony i jego przyjaciel popłynęli wpław do brzegu, a potem lądem mieli pójść do wsi Pomielin po pomoc, żeby nam jacht ściągnięto na głębszą wodę.”

Domniemane miejsce, w którym według książki na mieliźnie utknął biały jacht Wacka Krawacika. Patrząc na porośnięte trzciną płycizny, łatwo było uruchomić wyobraźnię
fot. Czesio
Naszym kolejnym celem był Czaplak – kolejne miejsce dobrze znane wszystkim miłośnikom „Nowych przygód Pana Samochodzika”.

Czaplak – miejsce, gdzie Tomasz podsłuchiwał rozmowę Czarnego Franka, Brodacza i Wacka Krawacika
fot. Czesio
Nie dopłynęliśmy wprawdzie do samej wyspy, ale już sama świadomość, że znajduje się tuż obok, działała na wyobraźnię. W końcu to właśnie tam rozegrała się jedna z ważniejszych scen książki. To na Czaplaku Tomasz ukryty wśród trzcin podsłuchiwał rozmowę Czarnego Franka, Brodacza i Wacka Krawacika. To tam pojawił się trop prowadzący do tajemnicy skradzionej mapy łowisk i zatopionych skarbów.
„Tym razem skierowałem się do Czaplaka, gdzie na płyciźnie okalającej wyspę stał biały jacht Wacka Krawacika. Płynąłem wolno, z lornetką przy oczach, dlatego widziałem dokładnie nie tylko jacht, ale i postacie na pokładzie. Najpierw rozpoznałem białą panią, a potem Wacka Krawacika i Brodacza. Obydwaj właśnie zeskakiwali z jachtu do wody i brnęli po płyciźnie w stronę lądu.
„Czego oni tam szukają?” - pomyślałem.
I wtedy zobaczyłem, że ktoś nadchodzi z głębi wyspy. Maszerował przez pustynne wrzosowisko, widziałem go coraz wyraźniej. Był to... Czarny Franek. Szedł prosto w stronę jachtu.
(...)
- Cześć! Czołem! - usłyszałem głos Czarnego Franka. - Panowie mają do mnie jakiś interes? Taką wiadomość przekazał mi jeden z moich kumpli...
(...)
Teraz odezwał się Brodacz:
- Szkoda czasu na bawienie się w ceregiele. Od razu powiem panu, w czym rzecz. (...) Skradziono nam torbę. Nie chcemy wnikać, kto to zrobił, nie zamierzamy meldować o tym milicji...
- O, przepraszam bardzo. Kradzieże mnie nie interesują - burknął Czarny Franek. I zapewne oburzony zerwał się ze swego miejsca, bo Brodacz szybko powiedział: - Niechże pan siada i posłucha do końca. Nikt pana nie oskarża o kradzież. Chodzi o to, aby pan wiedział, że skradziono nam torbę, w której była bardzo cenna dla nas rzecz. Nie zależy nam na jej pozostałej zawartości, a były tam przedmioty wartościowe, jak na przykład wspaniały nóż fiński, kompas, sto metrów żyłki na szpuli, komplet francuskich błystek, zapasowy bęben do spinningu typu Rex, a także komplet kolorowych długopisów. Potrafimy przeboleć tę stratę, chodzi nam tylko o jedną rzecz: o mapę Jezioraka z zaznaczonymi na niej miejscami łowisk różnych ryb. Pan zdaje sobie sprawę, że dla kogoś, kto nie pasjonuje się wędkarstwem, taka mapa to jest nic, ot, bezwartościowy papier! Ale dla nas, a szczególnie dla mojego przyjaciela, który w tym roku chce zdobyć złoty medal, utrata mapy stała się szkodą niepowetowaną.
- Rozumiem. Ale co ja mam z tym wspólnego?
- Ukradł tę torbę któryś z chłopaków kręcących się nad jeziorem. Pan nimi rządzi i panu łatwiej niż nam dowiedzieć się, kto to zrobił. Nie chcemy, aby ten osobnik poniósł karę. Pragniemy odzyskać mapę łowisk i gotowi jesteśmy ją od pana odkupić. - Dam sto złotych wtrącił Wacek Krawacik.
Czarny Franek tylko parsknął śmiechem.
- Co pan, mości książę? Za sto złotych mogę panu buty wyczyścić, a nie odszukać mapę łowisk. Jak pan zacznie rozmowę od tysiąca złotych, to być może się zastanowię, czy nie warto zbadać, gdzie aktualnie znajduje się ta mapa.
- Tysiąc?! Pan oszalał - warknął Krawacik.
- W takim razie, panowie, zostańcie w spokoju, a ja pójdę swoją drogą - powiedział Czarny Franek i chyba znowu podniósł się ze swego miejsca.
Brodacz zaczął łagodzić spór:
- Spokojnie, panowie. Tylko bez nerwów. Co do ceny możemy się dogadać. Lecz najpierw chcemy wiedzieć: potrafi pan dostarczyć nam mapę?
Zapadło milczenie. Czarny Franek zastanawiał się chwilę, aż wreszcie rzekł:
- Zobaczymy. Popytam tego i owego. Może ktoś coś wie o waszej mapie. Odpowiedzi udzielę jutro o tej samej porze i w tym samym miejscu. Tylko uprzedzam, jeśli z tą sprawą będzie miała coś wspólnego milicja, mapy na oczy nie zobaczycie. A teraz panowie pozwolą, że ich pożegnam.”
To również w okolicach Czaplaka chłopcy z bandy Czarnego Franka postanowili zrobić psikusa panu Anatolowi i panu Kaziowi, ukrywając ich łódkę w trzcinach. Sytuację uratował tajemniczy Kapitan Nemo, który niczym jeziorakowy Sherlock Holmes wskazał spinningiem miejsce ukrycia zguby. Gdy banda próbowała schwytać Kapitana Nemo na wodzie, ten odwdzięczył się pięknym za nadobne i zabrał z brzegu ich ubrania oraz noże. W efekcie młodzi prześladowcy musieli kontynuować swoją wyprawę odziani jedynie w kąpielówki. Był to niewątpliwie jeden z mniej chwalebnych epizodów w historii ich działalności przestępczej.
Nie wiedzieli również, że przez cały czas obserwuje ich Pan Samochodzik. Dzięki temu Tomasz odkrył miejsce ich nowej kryjówki – niewielką wysepkę położoną na północ od Czaplaka, noszącą nazwę Kępka. I właśnie tam postanowiliśmy skierować nasze jachty.

Kurs na Kępkę. Zlotowa flotylla na szlaku śladami Pana Samochodzika.
fot. Czesio

Kępka – niewielka wyspa o wielkim znaczeniu dla miłośników „Nowych przygód Pana Samochodzika”
fot. TomaszK
Od strony wschodniej dostrzegliśmy w trzcinach dogodne miejsce do przybicia. Miecze poszły w górę, silniki pracowały na minimalnych obrotach, a nasze jednostki ostrożnie zaczęły wciskać się pomiędzy trzciny. Chwilę później cztery jachty stały już obok siebie przy brzegu, a piąty zacumował nieco dalej.

Kępka przyjęła nas bez mariny i pomostów, za to z solidnymi drzewami
fot. Czesio
Wysiedliśmy na ląd. Jeżeli gdzieś na Jezioraku można było poczuć atmosferę „Nowych przygód Pana Samochodzika”, to właśnie tutaj. Tak, to była Kępka. To właśnie tutaj banda Czarnego Franka urządziła swoje tajne obozowisko. Tak, to była Kępka.

Gęsta roślinność skutecznie skrywała wnętrze Kępki przed ciekawskimi spojrzeniami
fot. Czesio

Mała polanka ukryta wśród zieleni Kępki.
fot. Czesio
To właśnie tutaj banda Czarnego Franka urządziła swoje tajne obozowisko. Tak opisywał je Nienacki:
„Widziałem stąd drugi brzeg z ciemną ścianą lasu i oddaloną o sto metrów od lądu malutką, podobną do zielonej kępy wysepkę. Otaczała ją zwarta ściana trzcin, robiła wrażenie bagnistej, dostępnej tylko ptactwu wodnemu.
Lecz nagle w zieleni drzew na wysepce mignęło coś jasnego. Raz, drugi, trzeci...
Tak, to sześciu gołych chłopaków ostrożnie wychodziło z wody i znikało w trzcinach. A więc to właśnie ta malutka wysepka była ich tajnym obozowiskiem? Dostawali się do niej za pomocą wiązek trzciny. Wspaniałe znaleźli miejsce. Nikomu, kto przepływał obok, nawet chyba na myśl by nie przyszło, że w zielonej gęstwinie drzew i krzaków kryje się banda młodych opryszków.”
To właśnie tutaj później dotarł harcerz Baśka, który wytropił kryjówkę bandy Czarnego Franka. Jak pamiętamy, jego misja zakończyła się średnim sukcesem, ponieważ został schwytany i związany. Na ratunek ruszył Pan Tomasz, ale i on wpadł w tarapaty po niespodziewanym pojawieniu się Kapitana Nemo.
Muszę przyznać, że po zejściu na ląd szybko zrozumieliśmy, dlaczego Nienacki umieścił akcję właśnie w tym miejscu. Kępka okazała się wyspą wręcz idealną. Niewielka, porośnięta drzewami, pozbawiona pomostów i wszelkiej infrastruktury turystycznej. Innymi słowy – dokładnie taka, jakiej można oczekiwać od tajnej kryjówki. Nie było tu tłumów, hałasu ani przypadkowych turystów. Tylko jezioro, drzewa i cisza przerywana śpiewem ptaków.
Szczególnie spodobała nam się zachodnia część wyspy. Znaleźliśmy tam świetne miejsce do kąpieli, pozbawione trzcin i zachęcające do wejścia do wody.

Nie samymi tajemnicami żyje człowiek – czasem trzeba też wskoczyć do jeziora.
fot. Czesio

Zachodni brzeg Kępki okazał się idealnym miejscem na kąpiel.
fot. Czesio
Dość szybko doszliśmy do zgodnego wniosku, że gdybyśmy wcześniej wiedzieli o istnieniu takiej miejscówki, jeden z noclegów zorganizowalibyśmy właśnie tutaj.
Nawet TomaszK przyznał, że gdyby tylko dysponował namiotem, bez większych oporów zostałby na wyspie na noc. A to już była rekomendacja najwyższej próby. Kępka natychmiast trafiła więc na listę miejsc, do których warto kiedyś wrócić.
Na środku wyspy odkryliśmy niewielką polanę z pozostałościami po ognisku. Ślady obecności poprzednich biwakowiczów były całkiem świeże, bo wśród trawy można było dostrzec nawet skórki po owocach. Widząc to miejsce od razu uruchomiła mi się wyobraźnia. Bez większego trudu zobaczyłem oczami duszy Mysikrólika stojącego przy wielkiej patelni i przygotowującego poranną zlotową jajecznicę dla całej załogi.

W samym sercu wyspy znaleźliśmy ślady dawnych ognisk
fot. Czesio
Do wieczora pozostawało jeszcze sporo czasu, więc nikt nie zamierzał się spieszyć. Część ekipy korzystała z kąpieli w Jezioraku, inni ruszyli na rekonesans wyspy w poszukiwaniu śladów działalności bandy Czarnego Franka, a jeszcze inni zajęli się przygotowywaniem posiłku na pokładach jachtów.

Kępka, Jeziorak i obiad, którego nie powstydziłaby się niejedna restauracja
fot. Czesio
Skoro znaleźliśmy się w jednym z najważniejszych miejsc opisanych w „Nowych przygodach Pana Samochodzika”, należało przywrócić do życia przynajmniej kilka książkowych scen. Na pierwszy ogień poszła słynna scena z przesmyku, podczas której Wacek Krawacik złowił na spinning Fałszywego Ornitologa.
„Marta zarzuciwszy wędkę na ramię odeszła brzegiem w stronę pana Kazia, który jak się okazało - bez żadnych okrzyków radości wyciągał z wody jednego leszcza po drugim. I były to niemałe sztuki.
Brodacz wylazł z jeziora, ociekając wodą. Z groźną miną podszedł do Czarnego Franka.
- To chyba pan nie umiał utrzymać języka za zębami?
- Czego pan chce ode mnie? Pan nie powiedział, że to tajemnica.
Brodacz aż poczerwieniał z gniewu, ale Krawacik położył mu rękę na ramieniu.
- Daj spokój. Ostatecznie, to rzeczywiście żadna tajemnica. Co to? Nie wolno nam korzystać z mapy łowisk?
(...) Brodacz burknął do Krawacika.
- Oni się czegoś domyślają, rozumiesz? Może coś widzieli?
- Ciszej - syknął Krawacik. - I nie wpadaj w panikę.
Aby sprawić wrażenie, że nic go ta sprawa nie obchodzi, znowu rzucił na jezioro swoją wielką błyszczkę. Zaterkotał kołowrotek i spinning raptem aż wygiął się.
- Jest! - wrzasnął Krawacik i zaciął kotwiczkę.
- To chyba tylko zaczep - rzekł Brodacz.
- Jest! Jest! Jest! - wrzeszczał Wacek Krawacik.
Kołowrotek zaczął gwałtownie trzeszczeć, co znaczyło, że „coś” chwycone przez kotwiczkę ucieka na głębię.
Krzyk Wacka Krawacika usłyszał chyba każdy w promieniu pół kilometra. Porzucili swoje wędki: pan Anatol, Marta i Czarny Franek. Usiadły na kocu małżonki rycerzy spinningu.
Nawet panna Edyta, dotąd obojętna na wszystko, co się działo wokół niej, podbiegła do burty i wychyliła się przez nią, spoglądając na wodę. Tylko pan Kazio z największym spokojem pakował do siatki kolejnego leszcza.
Krawacik popuścił trochę żyłki na kołowrotku. Ale po chwili spróbował ściągnąć rybę. Musiała to być jakaś ogromna sztuka, bo na środku przesmyku zakotłowało się, jakby za chwilę wynurzyć się miał z wody stukilogramowy sum.
A potem! - widzieliśmy to na własne oczy - wychyliła się z wody ludzka ręka, której palce chwyciły żyłkę i przerwały ją... Przez krótki moment pod powierzchnią wody mignął kształt ludzki. Jeszcze raz wzburzyło się jezioro, lecz zaraz wyrównała się jego powierzchnia. Można było pomyśleć, że ulegliśmy grze wyobraźni...
- Co to było? Widzieliście? - pytał Krawacik.
Nie potrafię opisać wyrazu bezbrzeżnego zdumienia, jakie malowało się na jego twarzy, gdy tak stał na brzegu ze spinningiem w ręku, a żyłka zwisała luźno i opadała na wodę.
- Złapałeś płetwonurka - odezwał się Brodacz.
- No tak. Ale kto to był? Co on tu robił? - bełkotał Wacek.
- Zwijamy manatki - powiedział Brodacz. Chwycił żyłkę, naciągnął trochę i kazał Wackowi nakręcić ją na kołowrotek.
A ja pomyślałem:
„To chyba Ornitolog wypuścił się w przesmyk ze swoim aparatem tlenowym”.”
Role zostały rozdane równie szybko jak karty przy ognisku. Glaca został Fałszywym Ornitologiem, Ater ponownie wcielił się w Tomasza, Jaga glacówna zagrała Martę, Zdenek Blacha został Czarnym Frankiem, Wiewiórka Brodaczem, Zaliczka panną Edytą, a TomaszL otrzymał rolę Wacka Krawacika. Gdy obsada była już gotowa, można było rozpocząć zdjęcia.
Glaca bez większych protestów zanurkował w wodzie, wędka poszła w ruch, a chwilę później wydarzenia zaczęły toczyć się niemal dokładnie tak, jak opisał je Nienacki. Nie jestem wprawdzie pewien, czy którykolwiek z obecnych zasługiwał na nominację do Oscara, ale śmiechu przy nagrywaniu było co niemiara.

Marta zarzuciwszy wędkę na ramię odeszła brzegiem w stronę pana Kazia
fot. Kadr z filmu zlotowego

To chyba pan nie umiał utrzymać języka za zębami?
fot. Kadr z filmu zlotowego

Daj spokój. Ostatecznie, to rzeczywiście żadna tajemnica. Co to? Nie wolno nam korzystać z mapy łowisk?
fot. Kadr z filmu zlotowego

Krawacik znowu rzucił na jezioro swoją wielką błyszczkę
fot. Kadr z filmu zlotowego

A potem! - widzieliśmy to na własne oczy - wychyliła się z wody ludzka ręka, której palce chwyciły żyłkę i przerwały ją...
fot. Kadr z filmu zlotowego

Co to było? Widzieliście?
fot. Kadr z filmu zlotowego

Złapałeś płetwonurka. No tak. Ale kto to był? Co on tu robił?
fot. Kadr z filmu zlotowego

To chyba Ornitolog wypuścił się w przesmyk ze swoim aparatem tlenowym
fot. Kadr z filmu zlotowego
Ledwie zakończyliśmy jedną scenę, a już wyspa podsunęła nam pomysł na następną. TomaszL podczas spaceru odkrył w jednym z drzew sporą dziuplę. Dla zwykłego turysty byłby to zapewne tylko ciekawy szczegół przyrodniczy. Dla grupy fanów Pana Samochodzika oznaczało to natomiast gotową scenografię. Natychmiast przypomnieliśmy sobie fragment książki, w którym Tomasz i Czarny Franek po sprytnym podstępie podczas pościgu za Wackiem Krawacikiem pędzą na Bukowiec, by zdobyć torbę z mapą łowisk.
„Nie spiesząc się, aby nie zwracać niczyjej uwagi, pomaszerowaliśmy do suchego drzewa. Między korzeniami dostrzegłem dwie dziury, pozostałość po lisiej jamie. Czarny Franek przyklęknął i wsunął głęboko rękę w pierwszą, a potem w drugą dziurę.
- Nic tu nie ma... - powiedział rozczarowany. - Tylko ten papier.
I podał mi dużą, trochę pomiętą kartkę wyrwaną z notatnika. Na kartce nagryzmolone było kolorowym długopisem:
Roman, zabrałem tę torbę. Gdy wyrwiesz się glinom, to szukaj mnie na Płaskim.
Lisia Skórka
- Ładna historia! - mruknąłem. - Schowaj tę kartkę do nory, bo Wacek Krawacik pomyśli, że ukradliśmy torbę. I dajemy drapaka, zanim oni przyjadą.
(...)
Już siedziałem za kierownicą wehikułu, gdy nagle przyszło mi na myśl coś ważnego. Wyjąłem z marynarki swój długopis i powróciłem na pagórek z suchym drzewem. Po chwili znowu siedziałem za kierownicą.
- Co pan tam robił? - zaciekawiła się Bronka.
- Z listu wykreśliłem dwa słowa: „na Płaskim”. Trzeba Krawacikowi i Romanowi trochę utrudnić poszukiwania, bo przez to ja będę miał większą szansę.”

Czarny Franek przyklęknął i wsunął głęboko rękę w pierwszą, a potem w drugą dziurę
fot. Kadr z filmu zlotowego

Nic tu nie ma... Tylko ten papier.
fot. Kadr z filmu zlotowego

Roman, zabrałem tę torbę. Gdy wyrwiesz się glinom, to szukaj mnie na Płaskim.
fot. Kadr z filmu zlotowego

Z listu wykreśliłem dwa słowa: „na Płaskim”. Trzeba Krawacikowi i Romanowi trochę utrudnić poszukiwania, bo przez to ja będę miał większą szansę
fot. Kadr z filmu zlotowego
Na deser zostawiliśmy scenę, bez której nasz zlotowy teatrzyk nie miałby prawa się zakończyć. W końcu nie po to przemierzaliśmy Jeziorak śladami bohaterów Nienackiego, nie po to szukaliśmy miejsca zatonięcia ciężarówki ze skarbami, nie po to tropiliśmy kryjówkę bandy Czarnego Franka i odwiedzaliśmy Kępkę, żeby na koniec nie rozwikłać jednej z największych tajemnic „Nowych przygód Pana Samochodzika”.
Kim u licha był Kapitan Nemo?
„- To jest gdzieś tutaj - powiedziałem, rozglądając się po jeziorze. (…)
Woda niosła plusk wioseł i ściszone głosy:
- O tam... Bardziej na lewo... Kije z wody wystają... Tam dopływajcie, chłopaki... (…)
W tym momencie z pobliskich trzcin rozległ się ryk ślizgacza. Aż skurczyliśmy się, tak nas to zaskoczyło. W jednej chwili ślizgacz znalazł się przy blaszanej łódce. Czarno ubrana postać chwyciła żelazny łańcuch, który zwisał z łódki. Jednocześnie Nemo dodał gazu. Łódką szarpnęło. Chłopcy, którzy w niej siedzieli, zaczęli wyskakiwać jak jabłka z koszyka, którym ktoś mocno potrząsnął.
- Nemo!... Nemo! - rozległy się przerażone wrzaski.
Nie znalazł się ani jeden odważniak, który by pozostał w holowanej przez ślizgacz łódce. Wszyscy salwowali się ucieczką wpław w stronę drugiego bliższego brzegu.
Ale tym razem Nemo popełnił błąd. Zamiast holować łódkę na głębię, zrobił rundę na jeziorze, chcąc pewnie jeszcze bardziej przepłoszyć uciekających chłopaków. Ale zbyt się przy tym zbliżył do zarośli. Ślizgacz wpadł w trzciny, które wkręciły się w śrubę.
Motor parsknął raz i drugi, zawył... i umilkł.
Na jeziorze nastała cisza, jedynie fale wywołane przez ślizgacz marszczyły powierzchnię wody ze strugą księżycowego światła, która lekko drgając, przypominała jasną smugę w sierści jakiegoś wielkiego, czarnego potwora.
- Chłopaki... Wracamy! - usłyszałem rozkazujące wołanie Lisiej Skórki. - On uwiązł! Nie ucieknie nam. Teraz go dostaniemy.
Posłusznie zawrócili, kierując się do uwięzionego w trzcinach ślizgacza. Zrozumieli, że Nemo przestał być groźny, że nie poradzi sobie z czterema przeciwnikami.
- Biegnę po wehikuł! - krzyknąłem do Franka.
Lecz Czarny Franek jakby mnie nie słyszał. Bez słowa zrzucił z siebie ubranie i skoczył do wody. Przez sekundę przemknęła mi myśl, że może śpieszy na pomoc swoim dawnym kompanom. Nie było jednak czasu na wątpliwości. Co tchu popędziłem po wehikuł.
A gdy zjechałem nim nad jezioro, oczom moim ukazał się taki widok.
W strudze księżycowego światła widziałem wyraźnie głowy chłopaków z bandy, którzy byli już bardzo blisko ślizgacza. O trzy metry od Nemo znajdował się również Czarny Franek, płynący szybko kraulem. A Kapitan Nemo choć zapewne dobrze zdawał sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa i mógł ratować się ucieczką wpław do brzegu przecież nie uciekał. Stał wyprostowany na ślizgaczu, w potokach księżycowego światła, jakby oczekując, aż chłopaki z bandy podpłyną jeszcze bliżej. A potem zrzucił płaszcz z kapturem i chwycił w ręce spinning.
Kapitan Nemo bez czarnego płaszcza i kaptura. Kapitan Nemo z odkrytą twarzą! Na ślizgaczu stała drobna, szczupła dziewczyna z długim warkoczem.
Marta.
Na krótki moment chłopaki z bandy znieruchomieli, przestał także płynąć Czarny Franek. Jakby ich sparaliżowała świadomość, kim jest Nemo.
- Tak, to ja jestem Kapitanem Nemo! - zawołała Marta. - To przede mną tyle razy uciekaliście w największym strachu. To ja was tyle razy pokonałam. I teraz też się was nie boję. Zbliżcie się tylko, a mój spinning pójdzie w ruch.
Pomyślałem: „Nemo jak zwykle kocha efekty”. Ale tym razem „go” rozumiałem.
Kiedy zobaczył, że będzie musiał ulec przeważającej sile, wolał sam pokazać, kim jest, niż pozwolić, aby z niego zdzierano płaszcz i kaptur. To byłoby zbyt upokarzające.”
Obsada była już sprawdzona, więc obyło się bez castingu. Kapitanem Nemo ponownie została Jaga glacówna, która najwyraźniej na czas zlotu zrosła się z tą rolą. W członków bandy Czarnego Franka wcieliła się nasza zlotowa młodzież tj. Zaliczka, Ola i Antek. Tomaszem tradycyjnie został Ater, natomiast Czarnym Frankiem mianowano Zdenka Blachę.
Trzeba przyznać, że Jaga podeszła do zadania z pełnym profesjonalizmem. Jej interpretacja Kapitana Nemo była tak przekonująca, że po raz pierwszy rozważam rezygnację z podkładania kwestii z audiobooka.

To jest gdzieś tutaj
fot. Kadr z filmu zlotowego

Kapitan Nemo stał wyprostowany na ślizgaczu, w potokach księżycowego światła
fot. Kadr z filmu zlotowego

Tak, to ja jestem Kapitanem Nemo!
fot. Kadr z filmu zlotowego

Zbliżcie się tylko, a mój spinning pójdzie w ruch
fot. Kadr z filmu zlotowego
Niestety nawet najlepszy spektakl musi kiedyś dobiec końca. Czas na Kępce płynął wyjątkowo szybko. Jeszcze przed chwilą dopiero przybijaliśmy do brzegu, a już trzeba było wracać na pokłady. Powoli odwiązaliśmy cumy i obraliśmy kurs na Siemiany.
W drodze powrotnej co jakiś czas spoglądałem na prawy brzeg jeziora, wypatrując miejsca jednego z obozowisk Pana Tomasza. Trudno było oczywiście wskazać je z całkowitą pewnością, ale mijane zatoczki i porośnięte lasem fragmenty brzegu skutecznie pobudzały wyobraźnię.
"Po kilkunastu minutach podróży ujrzałem przy wschodnim brzegu niewielką, malowniczą zatoczkę niezbyt zarośniętą szuwarami. Brzeg był tu suchy, trawiasty, rosło na nim z rzadka kilka starych dębów przypominających baobaby. Miejsce to wydawało mi się wymarzone na dłuższy biwak, tym bardziej że było stąd świetnie widać zachodni brzeg z dwoma półwyspami, gdzie winien był, według moich obliczeń, zjawić się Człowiek z Blizną."

Niewielka zatoczka przy wschodnim brzegu Jezioraka – domniemane miejsce jednego z obozowisk Pana Tomasza.
fot. Czesio
Żagle tego popołudnia pełniły głównie funkcję dekoracyjną. Wiatru było mniej więcej tyle, ile sami byliśmy w stanie wyprodukować podczas rozmów. Przez dłuższą chwilę dryfowaliśmy po jeziorze z nadzieją na jakiś podmuch, ale natura najwyraźniej postanowiła zrobić sobie dzień wolny.
W końcu skapitulowaliśmy. Silniki zostały uruchomione i spokojnym tempem ruszyliśmy w stronę naszej bazy. Wieczorem czekał nas bowiem kolejny obowiązkowy punkt programu – ognisko na terenie Restauracji u Dzidka.
Do jego rozpoczęcia pozostało jeszcze trochę czasu. Jedni wybrali się na lody, inni na kawę, a część uczestników postanowiła wykorzystać okazję do krótkiej drzemki. Trzy dni rejsu, nawet przy bezwietrznej pogodzie, potrafią człowieka zmęczyć.
Gdy nadszedł odpowiedni moment, do akcji wkroczył nasz etatowy ogniomistrz Mysikrólik. Ognisko rozgorzało szybko i sprawnie, choć obserwując jego przygotowania zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie miał podobnych rozterek jak Pan Tomasz w jednej ze scen „Nowych przygód Pana Samochodzika”.
„Nad brzegiem jeziora było już rojno i gwarno. Na malutkim pagórku zrobiono honorową trybunę dla zaproszonych gości, harcerze zasiedli po turecku, ogromnym półksiężycem obejmując plac. Rozległ się głos trąbki. Druh Gąsiorowski wygłosił krótkie przemówienie do zebranych, potem sołtysa z Siemian i mnie zaproszono do uroczystego podpalenia ogniska. Jak wiadomo, wolno do tego celu użyć tylko jednej zapałki. Bałem się trochę, czy zdołam wzniecić ogień. Tell jednak przyszedł mi z pomocą, dyskretnie wskazując miejsce, gdzie znajdował się najsuchszy chrust. Płomień natychmiast buchnął mocno, co brać harcerska powitała radosnym okrzykiem:
- Brawo, brawo, brawissimo!”

Jak nakazuje harcerska tradycja – jedna zapałka i płomień gotowy
fot. Czesio
Ognisko zapłonęło szybko i wkrótce wokół niego zaczęło gromadzić się coraz więcej osób. Na stołach pojawiały się kolejne przysmaki, a na kijkach zawisły kiełbaski, które po chwili zaczęły apetycznie skwierczeć nad płomieniami.

Blask ogniska od lat towarzyszy zlotowym spotkaniom
fot. Czesio

Ognisko, które zgromadziło wokół siebie wszystkich uczestników spotkania
fot. Czesio
To jeden z tych zlotowych punktów programu, bez których trudno mi wyobrazić sobie nasze spotkania. Wraz z pierwszymi kęsami i kolejnymi kubkami napojów popłynęły rozmowy. Wspominaliśmy wydarzenia z ostatnich dni, śmialiśmy się z naszych przygód na Jezioraku, wracaliśmy pamięcią do wcześniejszych zlotów i spływów. Jak zwykle pojawiły się też pierwsze, jeszcze bardzo ostrożne, rozważania o miejscu następnego spotkania.
Bo taka już jest natura zlotowicza. Zanim skończy się jeden zlot, zaczyna planować następny.
Ogień trzaskał wesoło, rozmowy nie cichły, a czas płynął zdecydowanie szybciej, niż powinien. Chyba każdy z nas miał świadomość, że to już ostatni wspólny wieczór tego rejsu. Ostatnia okazja, by posiedzieć razem przy ogniu, pośmiać się z tych samych żartów i opowiedzieć po raz kolejny historie, które wszyscy znali niemal na pamięć.

Noc powoli przejmowała władzę nad jeziorem, lecz ognisko wciąż płonęło
fot. Czesio
W końcu jednak nawet najdłuższy wieczór musi kiedyś dobiec końca. Powoli uczestnicy zaczęli rozchodzić się do swoich pokoi, kamperów i łajb. Ognisko przygasało, rozmowy cichły, a nad Jeziorakiem zapadała noc.
Przed nami była jeszcze jedna noc na wodzie. Ostatnia noc na Pinezce. Jutro mieliśmy zrzucić cumy po raz ostatni i obrać kurs nie ku kolejnej przygodzie, lecz ku domom.
Przed nami ostatni dzień żeglugi po Jezioraku. Dla większości załóg oznaczało to po prostu kolejny rejs. Dla miłośników przygód Pana Samochodzika był to jednak dzień szczególny. W planie znajdował się bowiem punkt obowiązkowy naszej wyprawy nad Jeziorak – przesmyk prowadzący na Jezioro Płaskie.
To właśnie tam, według książkowej legendy, spoczęła ciężarówka ze skarbami wywiezionymi z Muzeum w E. Trudno więc było nie traktować tego miejsca z należnym szacunkiem.
Prognozy na ten dzień były wyjątkowo łaskawe. Meteorolodzy nie straszyli ani deszczem, ani burzami. Nie było więc potrzeby spieszyć się z wypłynięciem. Załogi powoli budziły się do życia, z pokładów dochodziły odgłosy przygotowywanych śniadań, a poranne rozmowy mieszały się z brzękiem kubków i naczyń.

Jajecznica, pomidory, ogórki i cała reszta. Morale załogi zostało należycie zabezpieczone.
fot. Czesio
Dopiero około godziny jedenastej padła długo wyczekiwana komenda:
– Zrzucać cumy!
Kolejne jachty opuszczały przystań i kierowały się ku północnym wodom Jezioraka. Niestety, natura postanowiła tym razem oszczędzić nam nie tylko deszczu, ale również wiatru. A żeglarz bez wiatru jest trochę jak rowerzysta bez roweru. Teoretycznie może się przemieszczać, ale nie do końca o to chodzi.
Ogromne połacie żagli bezradnie zwisały, czekając na choćby najmniejszy podmuch. Ten jednak nie zamierzał współpracować. Wszystkie załogi musiały więc wspomagać się silnikami.
Nie narzekaliśmy jednak zbytnio. Wrzuciliśmy wolne obroty i spokojnie sunęliśmy po gładkiej tafli jeziora, korzystając z pięknej pogody i delektując się chwilą.
W końcu przed nami zaczęły pojawiać się znajome z książek okolice. Po lewej stronie wyłoniła się polana z rozbitymi namiotami. Przy brzegu kołysało się kilka zacumowanych żaglówek.

Domniemany Przylądek Sandacza – jedno z miejsc, gdzie rzeczywistość miesza się z literaturą
fot. Czesio

W pobliżu Przesmyku na Jezioro Płaskie wyłoniła się polana usiana namiotami
fot. Czesio

Polana usiana namiotami i kilka żaglówek przy brzegu. Jedno z tych miejsc, w których czas zdaje się płynąć własnym rytmem.
fot. Czesio
Przypomniał mi się w tym momencie nasz zlot na Śniardwach sprzed kilku lat. Płynęliśmy wtedy na wyspę Fort Lyck i właśnie podczas tego rejsu zaczął padać deszcz. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że bardzo podobnie opisał tę podróż Nienacki. W jego książce również padało, gdy Tomasz i Monika płynęli wehikułem na spotkanie z Winnetou. Pamiętam, że wtedy miałem wrażenie, jakbyśmy na chwilę znaleźli się na kartach powieści.
Teraz było podobnie. Patrząc na spokojną wodę, przesmyk i otaczające go brzegi miałem wrażenie, że wystarczy przymknąć oczy, a za chwilę zza zakrętu wyłoni się wehikuł Pana Samochodzika. Natura przygotowała dla nas scenerię niemal żywcem wyjętą z kart książki:
„Zbliżał się wieczór - ciepły, bezwietrzny. Jezioro - zazwyczaj tak ruchliwe, jak gdyby żywe - teraz wydawało się martwe. Nawet najdrobniejsza fala nie wybiegała na brzegi. Woda zastygła jak ogromna kałuża gorącego ołowiu, w której promienie skłaniającego się ku zachodowi słońca pozostawiały ślad podobny do stygnącego żaru.
Lecz do nocy było jeszcze daleko. Dlatego postanowiłem choć na chwilę wypłynąć na Jezioro Płaskie i zorientować się, jak ono wygląda. Nie byłem na nim nigdy, znałem je tylko z dokładnej mapy.
Dlaczego nazwano je Płaskim? Czy bywają jeziora niepłaskie, pagórkowate lub pochyłe? Czemu w ogóle potraktowano je jako coś odrębnego, choć łączył je z Jeziorakiem przesmyk szeroki na sto metrów?
Wpływając z Jezioraka na Płaskie, ktoś nie obeznany z mapą, w ogóle by nie zauważył, że znalazł się na innym jeziorze. Ot, Jeziorak raptem zwężył się na krótkim odcinku, podobnie jak tylekroć w pobliżu Iławy, a potem znowu rozlewała się ogromna toń, pełna wysp i wysepek. To chyba na którejś z nich znajduje się obozowisko bandy Romana...
- Niech pan uważa, tam są sieci - zwrócił się do mnie Czarny Franek, gdy usiłowałem płynąć wzdłuż wschodniego brzegu. - Porwie je pan albo śrubę straci.
To nie były sieci, tylko ogromny żak. Wbite w płytkie dno gałęzie zaznaczyły jego końce, na wodzie leżało kilkanaście pływaków utrzymujących żak na określonej głębokości.”

Przed nami Przesmyk i Jezioro Płaskie – miejsce, gdzie według książki spoczęła ciężarówka ze skarbami
fot. Czesio
Chwilę później dotarliśmy do miejsca, które od początku było celem naszej wyprawy.
Przesmyk prowadzący na Jezioro Płaskie. Podpłynęliśmy niemal pod sam jego początek. Kuszące było, by popłynąć dalej i wpłynąć na wody Jeziora Płaskiego, ale rozsądek zwyciężył. W przesmyku rozstawione były sieci rybackie, a my nie chcieliśmy ryzykować ani ich uszkodzenia, ani konieczności tłumaczenia się rybakom z naszej samochodzikowej ciekawości.

Przesmyk na Jezioro Płaskie – miejsce zatopionej ciężarówki i serce wydarzeń opisanych w »Nowych przygodach Pana Samochodzika
fot. Czesio
Przez chwilę dryfowaliśmy więc w pobliżu miejsca, które tyle razy odwiedzałem wcześniej jedynie wyobraźnią.
Oczywiście nie mogło zabraknąć obowiązkowej sesji fotograficznej. W końcu nie codziennie człowiek dociera do miejsca, które znał wcześniej tylko z kart książki.
Patrząc na przesmyk, bez trudu można było uwierzyć, że właśnie tędy próbowała przedostać się ciężarówka wypełniona skarbami z Muzeum w E. Wystarczyło odrobinę uruchomić wyobraźnię, by zamiast spokojnej tafli wody zobaczyć skute lodem jezioro i ciężki pojazd ostrożnie sunący ku Jezioru Płaskiemu.
„(...) pan Tomasz bezbłędnie określił drogę, którą uciekali hitlerowcy z ciężarówką. Między Dobrzykami a Jerzwałdem skręcili w lewo na polną drogę. Usiłowali przedostać się przez jezioro w najwęższym miejscu, a więc przez ten przesmyk. I tutaj pod ciężarówką załamał się lód.
(...)
Wacek i Brodacz urządzili się znakomicie. Zakotwiczyli jacht nad ciężarówką. O świcie zaopatrzony w akwalung Brodacz zanurzał się pod wodę, a Krawacik spuszczał z burty koszyczek na linie. Robili to wszystko od strony jeziora, tak że nikt z naszego brzegu nie mógł zauważyć ich manipulacji. Zresztą, trzeba im przyznać, wykazali ogromną ostrożność. Wydobywali skarby wczesnym rankiem, i to nie dłużej niż pół godziny dziennie, kiedy pan Anatol i Kazio jeszcze smacznie spali w swoich namiotach.”
Ciężarówki wprawdzie nie wypatrzyliśmy, podobnie jak żadnych skrzyń ze skarbami. Najwyraźniej ktoś nas ubiegł. Być może Brodacz z Wackiem Krawacikiem? A może TomaszK, który dzień wcześniej przekazał mapę łowisk jako nagrodę konkursową?

Pinezka w pełnej krasie – z żaglami postawionymi na motyla
fot. Czesio
Z okolic przesmyku obraliśmy kurs na północ, trzymając się prawego brzegu półwyspu Bukowiec. Płynąc wzdłuż brzegu, co jakiś czas spoglądaliśmy na drugą stronę, wypatrując domniemanego miejsca, w którym według książki na mieliźnie utknął biały jacht Wacka Krawacika. Trudno dziś wskazać jego dokładną lokalizację, ale porośnięte trzcinami płycizny pozwalały uruchomić wyobraźnię. Łatwo było wyobrazić sobie przechyloną na burtę jednostkę sprawiającą wrażenie opuszczonej przez załogę – dokładnie taką, jaką opisał ją Nienacki.
„Właśnie poczułem głód i rozglądałem się po brzegu za miejscem dobrym dla ugotowania obiadu, gdy na porośniętej rzadką trzciną płyciźnie zobaczyłem znajomy biały jacht Wacka Krawacika. Wyglądał żałośnie - przechylony na bok i jak gdyby opuszczony przez swoją załogę.
Było obowiązkiem turysty dopłynąć do jachtu i zapytać, czy nie trzeba w czymś pomóc. Z kabiny wynurzyła się młoda kobieta o utlenionych na biało włosach.
- Dzień dobry pani - przywitałem ją, dobijając wehikułem do burty jachtu. - Zauważyłem, że państwo osiedli na mieliźnie i przybyłem zapytać, czy moja osoba może okazać się pomocna?
Młoda pani uśmiechnęła się do mnie przyjemnie i przecząco pokręciła białą głową.
- Mój narzeczony i jego przyjaciel popłynęli wpław do brzegu, a potem lądem mieli pójść do wsi Pomielin po pomoc, żeby nam jacht ściągnięto na głębszą wodę.”

Domniemane miejsce, w którym według książki na mieliźnie utknął biały jacht Wacka Krawacika. Patrząc na porośnięte trzciną płycizny, łatwo było uruchomić wyobraźnię
fot. Czesio
Naszym kolejnym celem był Czaplak – kolejne miejsce dobrze znane wszystkim miłośnikom „Nowych przygód Pana Samochodzika”.

Czaplak – miejsce, gdzie Tomasz podsłuchiwał rozmowę Czarnego Franka, Brodacza i Wacka Krawacika
fot. Czesio
Nie dopłynęliśmy wprawdzie do samej wyspy, ale już sama świadomość, że znajduje się tuż obok, działała na wyobraźnię. W końcu to właśnie tam rozegrała się jedna z ważniejszych scen książki. To na Czaplaku Tomasz ukryty wśród trzcin podsłuchiwał rozmowę Czarnego Franka, Brodacza i Wacka Krawacika. To tam pojawił się trop prowadzący do tajemnicy skradzionej mapy łowisk i zatopionych skarbów.
„Tym razem skierowałem się do Czaplaka, gdzie na płyciźnie okalającej wyspę stał biały jacht Wacka Krawacika. Płynąłem wolno, z lornetką przy oczach, dlatego widziałem dokładnie nie tylko jacht, ale i postacie na pokładzie. Najpierw rozpoznałem białą panią, a potem Wacka Krawacika i Brodacza. Obydwaj właśnie zeskakiwali z jachtu do wody i brnęli po płyciźnie w stronę lądu.
„Czego oni tam szukają?” - pomyślałem.
I wtedy zobaczyłem, że ktoś nadchodzi z głębi wyspy. Maszerował przez pustynne wrzosowisko, widziałem go coraz wyraźniej. Był to... Czarny Franek. Szedł prosto w stronę jachtu.
(...)
- Cześć! Czołem! - usłyszałem głos Czarnego Franka. - Panowie mają do mnie jakiś interes? Taką wiadomość przekazał mi jeden z moich kumpli...
(...)
Teraz odezwał się Brodacz:
- Szkoda czasu na bawienie się w ceregiele. Od razu powiem panu, w czym rzecz. (...) Skradziono nam torbę. Nie chcemy wnikać, kto to zrobił, nie zamierzamy meldować o tym milicji...
- O, przepraszam bardzo. Kradzieże mnie nie interesują - burknął Czarny Franek. I zapewne oburzony zerwał się ze swego miejsca, bo Brodacz szybko powiedział: - Niechże pan siada i posłucha do końca. Nikt pana nie oskarża o kradzież. Chodzi o to, aby pan wiedział, że skradziono nam torbę, w której była bardzo cenna dla nas rzecz. Nie zależy nam na jej pozostałej zawartości, a były tam przedmioty wartościowe, jak na przykład wspaniały nóż fiński, kompas, sto metrów żyłki na szpuli, komplet francuskich błystek, zapasowy bęben do spinningu typu Rex, a także komplet kolorowych długopisów. Potrafimy przeboleć tę stratę, chodzi nam tylko o jedną rzecz: o mapę Jezioraka z zaznaczonymi na niej miejscami łowisk różnych ryb. Pan zdaje sobie sprawę, że dla kogoś, kto nie pasjonuje się wędkarstwem, taka mapa to jest nic, ot, bezwartościowy papier! Ale dla nas, a szczególnie dla mojego przyjaciela, który w tym roku chce zdobyć złoty medal, utrata mapy stała się szkodą niepowetowaną.
- Rozumiem. Ale co ja mam z tym wspólnego?
- Ukradł tę torbę któryś z chłopaków kręcących się nad jeziorem. Pan nimi rządzi i panu łatwiej niż nam dowiedzieć się, kto to zrobił. Nie chcemy, aby ten osobnik poniósł karę. Pragniemy odzyskać mapę łowisk i gotowi jesteśmy ją od pana odkupić. - Dam sto złotych wtrącił Wacek Krawacik.
Czarny Franek tylko parsknął śmiechem.
- Co pan, mości książę? Za sto złotych mogę panu buty wyczyścić, a nie odszukać mapę łowisk. Jak pan zacznie rozmowę od tysiąca złotych, to być może się zastanowię, czy nie warto zbadać, gdzie aktualnie znajduje się ta mapa.
- Tysiąc?! Pan oszalał - warknął Krawacik.
- W takim razie, panowie, zostańcie w spokoju, a ja pójdę swoją drogą - powiedział Czarny Franek i chyba znowu podniósł się ze swego miejsca.
Brodacz zaczął łagodzić spór:
- Spokojnie, panowie. Tylko bez nerwów. Co do ceny możemy się dogadać. Lecz najpierw chcemy wiedzieć: potrafi pan dostarczyć nam mapę?
Zapadło milczenie. Czarny Franek zastanawiał się chwilę, aż wreszcie rzekł:
- Zobaczymy. Popytam tego i owego. Może ktoś coś wie o waszej mapie. Odpowiedzi udzielę jutro o tej samej porze i w tym samym miejscu. Tylko uprzedzam, jeśli z tą sprawą będzie miała coś wspólnego milicja, mapy na oczy nie zobaczycie. A teraz panowie pozwolą, że ich pożegnam.”
To również w okolicach Czaplaka chłopcy z bandy Czarnego Franka postanowili zrobić psikusa panu Anatolowi i panu Kaziowi, ukrywając ich łódkę w trzcinach. Sytuację uratował tajemniczy Kapitan Nemo, który niczym jeziorakowy Sherlock Holmes wskazał spinningiem miejsce ukrycia zguby. Gdy banda próbowała schwytać Kapitana Nemo na wodzie, ten odwdzięczył się pięknym za nadobne i zabrał z brzegu ich ubrania oraz noże. W efekcie młodzi prześladowcy musieli kontynuować swoją wyprawę odziani jedynie w kąpielówki. Był to niewątpliwie jeden z mniej chwalebnych epizodów w historii ich działalności przestępczej.
Nie wiedzieli również, że przez cały czas obserwuje ich Pan Samochodzik. Dzięki temu Tomasz odkrył miejsce ich nowej kryjówki – niewielką wysepkę położoną na północ od Czaplaka, noszącą nazwę Kępka. I właśnie tam postanowiliśmy skierować nasze jachty.

Kurs na Kępkę. Zlotowa flotylla na szlaku śladami Pana Samochodzika.
fot. Czesio

Kępka – niewielka wyspa o wielkim znaczeniu dla miłośników „Nowych przygód Pana Samochodzika”
fot. TomaszK
Od strony wschodniej dostrzegliśmy w trzcinach dogodne miejsce do przybicia. Miecze poszły w górę, silniki pracowały na minimalnych obrotach, a nasze jednostki ostrożnie zaczęły wciskać się pomiędzy trzciny. Chwilę później cztery jachty stały już obok siebie przy brzegu, a piąty zacumował nieco dalej.

Kępka przyjęła nas bez mariny i pomostów, za to z solidnymi drzewami
fot. Czesio
Wysiedliśmy na ląd. Jeżeli gdzieś na Jezioraku można było poczuć atmosferę „Nowych przygód Pana Samochodzika”, to właśnie tutaj. Tak, to była Kępka. To właśnie tutaj banda Czarnego Franka urządziła swoje tajne obozowisko. Tak, to była Kępka.

Gęsta roślinność skutecznie skrywała wnętrze Kępki przed ciekawskimi spojrzeniami
fot. Czesio

Mała polanka ukryta wśród zieleni Kępki.
fot. Czesio
To właśnie tutaj banda Czarnego Franka urządziła swoje tajne obozowisko. Tak opisywał je Nienacki:
„Widziałem stąd drugi brzeg z ciemną ścianą lasu i oddaloną o sto metrów od lądu malutką, podobną do zielonej kępy wysepkę. Otaczała ją zwarta ściana trzcin, robiła wrażenie bagnistej, dostępnej tylko ptactwu wodnemu.
Lecz nagle w zieleni drzew na wysepce mignęło coś jasnego. Raz, drugi, trzeci...
Tak, to sześciu gołych chłopaków ostrożnie wychodziło z wody i znikało w trzcinach. A więc to właśnie ta malutka wysepka była ich tajnym obozowiskiem? Dostawali się do niej za pomocą wiązek trzciny. Wspaniałe znaleźli miejsce. Nikomu, kto przepływał obok, nawet chyba na myśl by nie przyszło, że w zielonej gęstwinie drzew i krzaków kryje się banda młodych opryszków.”
To właśnie tutaj później dotarł harcerz Baśka, który wytropił kryjówkę bandy Czarnego Franka. Jak pamiętamy, jego misja zakończyła się średnim sukcesem, ponieważ został schwytany i związany. Na ratunek ruszył Pan Tomasz, ale i on wpadł w tarapaty po niespodziewanym pojawieniu się Kapitana Nemo.
Muszę przyznać, że po zejściu na ląd szybko zrozumieliśmy, dlaczego Nienacki umieścił akcję właśnie w tym miejscu. Kępka okazała się wyspą wręcz idealną. Niewielka, porośnięta drzewami, pozbawiona pomostów i wszelkiej infrastruktury turystycznej. Innymi słowy – dokładnie taka, jakiej można oczekiwać od tajnej kryjówki. Nie było tu tłumów, hałasu ani przypadkowych turystów. Tylko jezioro, drzewa i cisza przerywana śpiewem ptaków.
Szczególnie spodobała nam się zachodnia część wyspy. Znaleźliśmy tam świetne miejsce do kąpieli, pozbawione trzcin i zachęcające do wejścia do wody.

Nie samymi tajemnicami żyje człowiek – czasem trzeba też wskoczyć do jeziora.
fot. Czesio

Zachodni brzeg Kępki okazał się idealnym miejscem na kąpiel.
fot. Czesio
Dość szybko doszliśmy do zgodnego wniosku, że gdybyśmy wcześniej wiedzieli o istnieniu takiej miejscówki, jeden z noclegów zorganizowalibyśmy właśnie tutaj.
Nawet TomaszK przyznał, że gdyby tylko dysponował namiotem, bez większych oporów zostałby na wyspie na noc. A to już była rekomendacja najwyższej próby. Kępka natychmiast trafiła więc na listę miejsc, do których warto kiedyś wrócić.
Na środku wyspy odkryliśmy niewielką polanę z pozostałościami po ognisku. Ślady obecności poprzednich biwakowiczów były całkiem świeże, bo wśród trawy można było dostrzec nawet skórki po owocach. Widząc to miejsce od razu uruchomiła mi się wyobraźnia. Bez większego trudu zobaczyłem oczami duszy Mysikrólika stojącego przy wielkiej patelni i przygotowującego poranną zlotową jajecznicę dla całej załogi.

W samym sercu wyspy znaleźliśmy ślady dawnych ognisk
fot. Czesio
Do wieczora pozostawało jeszcze sporo czasu, więc nikt nie zamierzał się spieszyć. Część ekipy korzystała z kąpieli w Jezioraku, inni ruszyli na rekonesans wyspy w poszukiwaniu śladów działalności bandy Czarnego Franka, a jeszcze inni zajęli się przygotowywaniem posiłku na pokładach jachtów.

Kępka, Jeziorak i obiad, którego nie powstydziłaby się niejedna restauracja
fot. Czesio
Skoro znaleźliśmy się w jednym z najważniejszych miejsc opisanych w „Nowych przygodach Pana Samochodzika”, należało przywrócić do życia przynajmniej kilka książkowych scen. Na pierwszy ogień poszła słynna scena z przesmyku, podczas której Wacek Krawacik złowił na spinning Fałszywego Ornitologa.
„Marta zarzuciwszy wędkę na ramię odeszła brzegiem w stronę pana Kazia, który jak się okazało - bez żadnych okrzyków radości wyciągał z wody jednego leszcza po drugim. I były to niemałe sztuki.
Brodacz wylazł z jeziora, ociekając wodą. Z groźną miną podszedł do Czarnego Franka.
- To chyba pan nie umiał utrzymać języka za zębami?
- Czego pan chce ode mnie? Pan nie powiedział, że to tajemnica.
Brodacz aż poczerwieniał z gniewu, ale Krawacik położył mu rękę na ramieniu.
- Daj spokój. Ostatecznie, to rzeczywiście żadna tajemnica. Co to? Nie wolno nam korzystać z mapy łowisk?
(...) Brodacz burknął do Krawacika.
- Oni się czegoś domyślają, rozumiesz? Może coś widzieli?
- Ciszej - syknął Krawacik. - I nie wpadaj w panikę.
Aby sprawić wrażenie, że nic go ta sprawa nie obchodzi, znowu rzucił na jezioro swoją wielką błyszczkę. Zaterkotał kołowrotek i spinning raptem aż wygiął się.
- Jest! - wrzasnął Krawacik i zaciął kotwiczkę.
- To chyba tylko zaczep - rzekł Brodacz.
- Jest! Jest! Jest! - wrzeszczał Wacek Krawacik.
Kołowrotek zaczął gwałtownie trzeszczeć, co znaczyło, że „coś” chwycone przez kotwiczkę ucieka na głębię.
Krzyk Wacka Krawacika usłyszał chyba każdy w promieniu pół kilometra. Porzucili swoje wędki: pan Anatol, Marta i Czarny Franek. Usiadły na kocu małżonki rycerzy spinningu.
Nawet panna Edyta, dotąd obojętna na wszystko, co się działo wokół niej, podbiegła do burty i wychyliła się przez nią, spoglądając na wodę. Tylko pan Kazio z największym spokojem pakował do siatki kolejnego leszcza.
Krawacik popuścił trochę żyłki na kołowrotku. Ale po chwili spróbował ściągnąć rybę. Musiała to być jakaś ogromna sztuka, bo na środku przesmyku zakotłowało się, jakby za chwilę wynurzyć się miał z wody stukilogramowy sum.
A potem! - widzieliśmy to na własne oczy - wychyliła się z wody ludzka ręka, której palce chwyciły żyłkę i przerwały ją... Przez krótki moment pod powierzchnią wody mignął kształt ludzki. Jeszcze raz wzburzyło się jezioro, lecz zaraz wyrównała się jego powierzchnia. Można było pomyśleć, że ulegliśmy grze wyobraźni...
- Co to było? Widzieliście? - pytał Krawacik.
Nie potrafię opisać wyrazu bezbrzeżnego zdumienia, jakie malowało się na jego twarzy, gdy tak stał na brzegu ze spinningiem w ręku, a żyłka zwisała luźno i opadała na wodę.
- Złapałeś płetwonurka - odezwał się Brodacz.
- No tak. Ale kto to był? Co on tu robił? - bełkotał Wacek.
- Zwijamy manatki - powiedział Brodacz. Chwycił żyłkę, naciągnął trochę i kazał Wackowi nakręcić ją na kołowrotek.
A ja pomyślałem:
„To chyba Ornitolog wypuścił się w przesmyk ze swoim aparatem tlenowym”.”
Role zostały rozdane równie szybko jak karty przy ognisku. Glaca został Fałszywym Ornitologiem, Ater ponownie wcielił się w Tomasza, Jaga glacówna zagrała Martę, Zdenek Blacha został Czarnym Frankiem, Wiewiórka Brodaczem, Zaliczka panną Edytą, a TomaszL otrzymał rolę Wacka Krawacika. Gdy obsada była już gotowa, można było rozpocząć zdjęcia.
Glaca bez większych protestów zanurkował w wodzie, wędka poszła w ruch, a chwilę później wydarzenia zaczęły toczyć się niemal dokładnie tak, jak opisał je Nienacki. Nie jestem wprawdzie pewien, czy którykolwiek z obecnych zasługiwał na nominację do Oscara, ale śmiechu przy nagrywaniu było co niemiara.

Marta zarzuciwszy wędkę na ramię odeszła brzegiem w stronę pana Kazia
fot. Kadr z filmu zlotowego

To chyba pan nie umiał utrzymać języka za zębami?
fot. Kadr z filmu zlotowego

Daj spokój. Ostatecznie, to rzeczywiście żadna tajemnica. Co to? Nie wolno nam korzystać z mapy łowisk?
fot. Kadr z filmu zlotowego

Krawacik znowu rzucił na jezioro swoją wielką błyszczkę
fot. Kadr z filmu zlotowego

A potem! - widzieliśmy to na własne oczy - wychyliła się z wody ludzka ręka, której palce chwyciły żyłkę i przerwały ją...
fot. Kadr z filmu zlotowego

Co to było? Widzieliście?
fot. Kadr z filmu zlotowego

Złapałeś płetwonurka. No tak. Ale kto to był? Co on tu robił?
fot. Kadr z filmu zlotowego

To chyba Ornitolog wypuścił się w przesmyk ze swoim aparatem tlenowym
fot. Kadr z filmu zlotowego
Ledwie zakończyliśmy jedną scenę, a już wyspa podsunęła nam pomysł na następną. TomaszL podczas spaceru odkrył w jednym z drzew sporą dziuplę. Dla zwykłego turysty byłby to zapewne tylko ciekawy szczegół przyrodniczy. Dla grupy fanów Pana Samochodzika oznaczało to natomiast gotową scenografię. Natychmiast przypomnieliśmy sobie fragment książki, w którym Tomasz i Czarny Franek po sprytnym podstępie podczas pościgu za Wackiem Krawacikiem pędzą na Bukowiec, by zdobyć torbę z mapą łowisk.
„Nie spiesząc się, aby nie zwracać niczyjej uwagi, pomaszerowaliśmy do suchego drzewa. Między korzeniami dostrzegłem dwie dziury, pozostałość po lisiej jamie. Czarny Franek przyklęknął i wsunął głęboko rękę w pierwszą, a potem w drugą dziurę.
- Nic tu nie ma... - powiedział rozczarowany. - Tylko ten papier.
I podał mi dużą, trochę pomiętą kartkę wyrwaną z notatnika. Na kartce nagryzmolone było kolorowym długopisem:
Roman, zabrałem tę torbę. Gdy wyrwiesz się glinom, to szukaj mnie na Płaskim.
Lisia Skórka
- Ładna historia! - mruknąłem. - Schowaj tę kartkę do nory, bo Wacek Krawacik pomyśli, że ukradliśmy torbę. I dajemy drapaka, zanim oni przyjadą.
(...)
Już siedziałem za kierownicą wehikułu, gdy nagle przyszło mi na myśl coś ważnego. Wyjąłem z marynarki swój długopis i powróciłem na pagórek z suchym drzewem. Po chwili znowu siedziałem za kierownicą.
- Co pan tam robił? - zaciekawiła się Bronka.
- Z listu wykreśliłem dwa słowa: „na Płaskim”. Trzeba Krawacikowi i Romanowi trochę utrudnić poszukiwania, bo przez to ja będę miał większą szansę.”

Czarny Franek przyklęknął i wsunął głęboko rękę w pierwszą, a potem w drugą dziurę
fot. Kadr z filmu zlotowego

Nic tu nie ma... Tylko ten papier.
fot. Kadr z filmu zlotowego

Roman, zabrałem tę torbę. Gdy wyrwiesz się glinom, to szukaj mnie na Płaskim.
fot. Kadr z filmu zlotowego

Z listu wykreśliłem dwa słowa: „na Płaskim”. Trzeba Krawacikowi i Romanowi trochę utrudnić poszukiwania, bo przez to ja będę miał większą szansę
fot. Kadr z filmu zlotowego
Na deser zostawiliśmy scenę, bez której nasz zlotowy teatrzyk nie miałby prawa się zakończyć. W końcu nie po to przemierzaliśmy Jeziorak śladami bohaterów Nienackiego, nie po to szukaliśmy miejsca zatonięcia ciężarówki ze skarbami, nie po to tropiliśmy kryjówkę bandy Czarnego Franka i odwiedzaliśmy Kępkę, żeby na koniec nie rozwikłać jednej z największych tajemnic „Nowych przygód Pana Samochodzika”.
Kim u licha był Kapitan Nemo?
„- To jest gdzieś tutaj - powiedziałem, rozglądając się po jeziorze. (…)
Woda niosła plusk wioseł i ściszone głosy:
- O tam... Bardziej na lewo... Kije z wody wystają... Tam dopływajcie, chłopaki... (…)
W tym momencie z pobliskich trzcin rozległ się ryk ślizgacza. Aż skurczyliśmy się, tak nas to zaskoczyło. W jednej chwili ślizgacz znalazł się przy blaszanej łódce. Czarno ubrana postać chwyciła żelazny łańcuch, który zwisał z łódki. Jednocześnie Nemo dodał gazu. Łódką szarpnęło. Chłopcy, którzy w niej siedzieli, zaczęli wyskakiwać jak jabłka z koszyka, którym ktoś mocno potrząsnął.
- Nemo!... Nemo! - rozległy się przerażone wrzaski.
Nie znalazł się ani jeden odważniak, który by pozostał w holowanej przez ślizgacz łódce. Wszyscy salwowali się ucieczką wpław w stronę drugiego bliższego brzegu.
Ale tym razem Nemo popełnił błąd. Zamiast holować łódkę na głębię, zrobił rundę na jeziorze, chcąc pewnie jeszcze bardziej przepłoszyć uciekających chłopaków. Ale zbyt się przy tym zbliżył do zarośli. Ślizgacz wpadł w trzciny, które wkręciły się w śrubę.
Motor parsknął raz i drugi, zawył... i umilkł.
Na jeziorze nastała cisza, jedynie fale wywołane przez ślizgacz marszczyły powierzchnię wody ze strugą księżycowego światła, która lekko drgając, przypominała jasną smugę w sierści jakiegoś wielkiego, czarnego potwora.
- Chłopaki... Wracamy! - usłyszałem rozkazujące wołanie Lisiej Skórki. - On uwiązł! Nie ucieknie nam. Teraz go dostaniemy.
Posłusznie zawrócili, kierując się do uwięzionego w trzcinach ślizgacza. Zrozumieli, że Nemo przestał być groźny, że nie poradzi sobie z czterema przeciwnikami.
- Biegnę po wehikuł! - krzyknąłem do Franka.
Lecz Czarny Franek jakby mnie nie słyszał. Bez słowa zrzucił z siebie ubranie i skoczył do wody. Przez sekundę przemknęła mi myśl, że może śpieszy na pomoc swoim dawnym kompanom. Nie było jednak czasu na wątpliwości. Co tchu popędziłem po wehikuł.
A gdy zjechałem nim nad jezioro, oczom moim ukazał się taki widok.
W strudze księżycowego światła widziałem wyraźnie głowy chłopaków z bandy, którzy byli już bardzo blisko ślizgacza. O trzy metry od Nemo znajdował się również Czarny Franek, płynący szybko kraulem. A Kapitan Nemo choć zapewne dobrze zdawał sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa i mógł ratować się ucieczką wpław do brzegu przecież nie uciekał. Stał wyprostowany na ślizgaczu, w potokach księżycowego światła, jakby oczekując, aż chłopaki z bandy podpłyną jeszcze bliżej. A potem zrzucił płaszcz z kapturem i chwycił w ręce spinning.
Kapitan Nemo bez czarnego płaszcza i kaptura. Kapitan Nemo z odkrytą twarzą! Na ślizgaczu stała drobna, szczupła dziewczyna z długim warkoczem.
Marta.
Na krótki moment chłopaki z bandy znieruchomieli, przestał także płynąć Czarny Franek. Jakby ich sparaliżowała świadomość, kim jest Nemo.
- Tak, to ja jestem Kapitanem Nemo! - zawołała Marta. - To przede mną tyle razy uciekaliście w największym strachu. To ja was tyle razy pokonałam. I teraz też się was nie boję. Zbliżcie się tylko, a mój spinning pójdzie w ruch.
Pomyślałem: „Nemo jak zwykle kocha efekty”. Ale tym razem „go” rozumiałem.
Kiedy zobaczył, że będzie musiał ulec przeważającej sile, wolał sam pokazać, kim jest, niż pozwolić, aby z niego zdzierano płaszcz i kaptur. To byłoby zbyt upokarzające.”
Obsada była już sprawdzona, więc obyło się bez castingu. Kapitanem Nemo ponownie została Jaga glacówna, która najwyraźniej na czas zlotu zrosła się z tą rolą. W członków bandy Czarnego Franka wcieliła się nasza zlotowa młodzież tj. Zaliczka, Ola i Antek. Tomaszem tradycyjnie został Ater, natomiast Czarnym Frankiem mianowano Zdenka Blachę.
Trzeba przyznać, że Jaga podeszła do zadania z pełnym profesjonalizmem. Jej interpretacja Kapitana Nemo była tak przekonująca, że po raz pierwszy rozważam rezygnację z podkładania kwestii z audiobooka.

To jest gdzieś tutaj
fot. Kadr z filmu zlotowego

Kapitan Nemo stał wyprostowany na ślizgaczu, w potokach księżycowego światła
fot. Kadr z filmu zlotowego

Tak, to ja jestem Kapitanem Nemo!
fot. Kadr z filmu zlotowego

Zbliżcie się tylko, a mój spinning pójdzie w ruch
fot. Kadr z filmu zlotowego
Niestety nawet najlepszy spektakl musi kiedyś dobiec końca. Czas na Kępce płynął wyjątkowo szybko. Jeszcze przed chwilą dopiero przybijaliśmy do brzegu, a już trzeba było wracać na pokłady. Powoli odwiązaliśmy cumy i obraliśmy kurs na Siemiany.
W drodze powrotnej co jakiś czas spoglądałem na prawy brzeg jeziora, wypatrując miejsca jednego z obozowisk Pana Tomasza. Trudno było oczywiście wskazać je z całkowitą pewnością, ale mijane zatoczki i porośnięte lasem fragmenty brzegu skutecznie pobudzały wyobraźnię.
"Po kilkunastu minutach podróży ujrzałem przy wschodnim brzegu niewielką, malowniczą zatoczkę niezbyt zarośniętą szuwarami. Brzeg był tu suchy, trawiasty, rosło na nim z rzadka kilka starych dębów przypominających baobaby. Miejsce to wydawało mi się wymarzone na dłuższy biwak, tym bardziej że było stąd świetnie widać zachodni brzeg z dwoma półwyspami, gdzie winien był, według moich obliczeń, zjawić się Człowiek z Blizną."

Niewielka zatoczka przy wschodnim brzegu Jezioraka – domniemane miejsce jednego z obozowisk Pana Tomasza.
fot. Czesio
Żagle tego popołudnia pełniły głównie funkcję dekoracyjną. Wiatru było mniej więcej tyle, ile sami byliśmy w stanie wyprodukować podczas rozmów. Przez dłuższą chwilę dryfowaliśmy po jeziorze z nadzieją na jakiś podmuch, ale natura najwyraźniej postanowiła zrobić sobie dzień wolny.
W końcu skapitulowaliśmy. Silniki zostały uruchomione i spokojnym tempem ruszyliśmy w stronę naszej bazy. Wieczorem czekał nas bowiem kolejny obowiązkowy punkt programu – ognisko na terenie Restauracji u Dzidka.
Do jego rozpoczęcia pozostało jeszcze trochę czasu. Jedni wybrali się na lody, inni na kawę, a część uczestników postanowiła wykorzystać okazję do krótkiej drzemki. Trzy dni rejsu, nawet przy bezwietrznej pogodzie, potrafią człowieka zmęczyć.
Gdy nadszedł odpowiedni moment, do akcji wkroczył nasz etatowy ogniomistrz Mysikrólik. Ognisko rozgorzało szybko i sprawnie, choć obserwując jego przygotowania zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie miał podobnych rozterek jak Pan Tomasz w jednej ze scen „Nowych przygód Pana Samochodzika”.
„Nad brzegiem jeziora było już rojno i gwarno. Na malutkim pagórku zrobiono honorową trybunę dla zaproszonych gości, harcerze zasiedli po turecku, ogromnym półksiężycem obejmując plac. Rozległ się głos trąbki. Druh Gąsiorowski wygłosił krótkie przemówienie do zebranych, potem sołtysa z Siemian i mnie zaproszono do uroczystego podpalenia ogniska. Jak wiadomo, wolno do tego celu użyć tylko jednej zapałki. Bałem się trochę, czy zdołam wzniecić ogień. Tell jednak przyszedł mi z pomocą, dyskretnie wskazując miejsce, gdzie znajdował się najsuchszy chrust. Płomień natychmiast buchnął mocno, co brać harcerska powitała radosnym okrzykiem:
- Brawo, brawo, brawissimo!”

Jak nakazuje harcerska tradycja – jedna zapałka i płomień gotowy
fot. Czesio
Ognisko zapłonęło szybko i wkrótce wokół niego zaczęło gromadzić się coraz więcej osób. Na stołach pojawiały się kolejne przysmaki, a na kijkach zawisły kiełbaski, które po chwili zaczęły apetycznie skwierczeć nad płomieniami.

Blask ogniska od lat towarzyszy zlotowym spotkaniom
fot. Czesio

Ognisko, które zgromadziło wokół siebie wszystkich uczestników spotkania
fot. Czesio
To jeden z tych zlotowych punktów programu, bez których trudno mi wyobrazić sobie nasze spotkania. Wraz z pierwszymi kęsami i kolejnymi kubkami napojów popłynęły rozmowy. Wspominaliśmy wydarzenia z ostatnich dni, śmialiśmy się z naszych przygód na Jezioraku, wracaliśmy pamięcią do wcześniejszych zlotów i spływów. Jak zwykle pojawiły się też pierwsze, jeszcze bardzo ostrożne, rozważania o miejscu następnego spotkania.
Bo taka już jest natura zlotowicza. Zanim skończy się jeden zlot, zaczyna planować następny.
Ogień trzaskał wesoło, rozmowy nie cichły, a czas płynął zdecydowanie szybciej, niż powinien. Chyba każdy z nas miał świadomość, że to już ostatni wspólny wieczór tego rejsu. Ostatnia okazja, by posiedzieć razem przy ogniu, pośmiać się z tych samych żartów i opowiedzieć po raz kolejny historie, które wszyscy znali niemal na pamięć.

Noc powoli przejmowała władzę nad jeziorem, lecz ognisko wciąż płonęło
fot. Czesio
W końcu jednak nawet najdłuższy wieczór musi kiedyś dobiec końca. Powoli uczestnicy zaczęli rozchodzić się do swoich pokoi, kamperów i łajb. Ognisko przygasało, rozmowy cichły, a nad Jeziorakiem zapadała noc.
Przed nami była jeszcze jedna noc na wodzie. Ostatnia noc na Pinezce. Jutro mieliśmy zrzucić cumy po raz ostatni i obrać kurs nie ku kolejnej przygodzie, lecz ku domom.
- Yvonne
- Moderator

- Posty: 13384
- Rejestracja: 09 lip 2013, 16:01
- Miejscowość: Bydgoszcz
- Płeć: Kobieta
- Podziękował;: 14 razy
- Otrzymał podziękowań: 303 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Ale cudne fotosy ze scenek!
Te scenki kręcone podczas zlotów najciekawiej się ogląda
Te scenki kręcone podczas zlotów najciekawiej się ogląda
-
glaca
- Lubi przygody

- Posty: 21
- Rejestracja: 24 gru 2025, 10:59
- Miejscowość: Sercu Bliski Beskid Niski :)
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 6 razy
- Otrzymał podziękowań: 20 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Hanka ja myślę, że Czesiowi sie bardzo podobalo że go krótko trzymałaś na tej łódceHanka pisze: ↑02 lip 2026, 19:59 Ha, ha, ha Czesio, na tym rejsie jest bardzo przestrzegany ceremoniał żeglarski. Nie wypływamy ani nie wplywamy do mariny w strojach kąpielowych ani toples, po zacumowaniu jachtu w marinie pijemy alkohol "za cudowne ocalenie" i śniadania jemy wspólnie jak obudzi się kapitan
coś mi się wydaje Czesio że chętnie byś jeszcze kiedyś ze mną popłynął w rejs
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16882
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 666 razy
- Otrzymał podziękowań: 328 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
A skąd! Traumę mam do dziś. Nawet we własnej kuchni nie odważę się sięgnąć po kanapkę, dopóki nie upewnię się, że Hanka nie znajduje się w promieniu stu metrów.
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16882
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 666 razy
- Otrzymał podziękowań: 328 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
7 czerwca 2026r. (niedziela)
„To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść...” – śpiewał przed laty Kuba Sienkiewicz i właśnie te słowa przyszły mi do głowy w niedzielny poranek, gdy spacerowałem po pomoście naszej mariny. Większość żeglarzy była jeszcze utulona w objęciach Morfeusza. Tafla Jezioraka pozostawała niemal idealnie gładka, a lustro wody ciągnęło się daleko w obie strony. Panowała cisza, jakiej trudno doświadczyć w ciągu dnia. Tylko od czasu do czasu dało się usłyszeć plusk ryby lub cichy stuk cum o burty jachtów. Jezioro wyglądało tak, jakby również nie chciało jeszcze pogodzić się z faktem, że nasz zlot dobiega końca.

Marina, która przez kilka dni była naszym domem
fot. Czesio

Ostatni poranek nad Jeziorakiem
fot. Czesio

Jeziorak w niedzielny poranek
fot. Czesio

Jezioro wyglądało tak, jakby również nie chciało jeszcze pogodzić się z końcem zlotu
fot. Czesio

Jedna z tych chwil, gdy jezioro wyglądało jak nieruchomy obraz
fot. Czesio
Ale z tą piosenką też nie do końca było tak, że „nie ma już nic”. Został jeszcze jeden, bardzo ważny punkt programu. Klar na jachtach i zdanie ich armatorowi. A że od stanu łajb zależał zwrot wpłaconej wcześniej kaucji, nikt nie zamierzał podchodzić do tego zadania lekceważąco.
Oczywiście zanim rozpoczęliśmy wielkie sprzątanie, należało zadbać o podstawowe potrzeby załóg. Na śniadanie ponownie królowała zlotowa klasyka gatunku – jajecznica na kiełbasie.

Ostatnie wspólne śniadanie, oczywiście z obowiązkową jajecznicą na kiełbasie
fot. Czesio
Pierwotnie plan zakładał przygotowanie jednej wielkiej porcji na ognisku dla wszystkich uczestników zlotu. Niestety nasze sobotnie ognisko wygasło, nie chcieliśmy rozpalać go ponownie, więc Hanka i Mysikrólik przejęli dowodzenie nad operacją „Jajecznica” i przygotowali odpowiednie ilości na kuchenkach pokładowych. Wkrótce uczestnicy zlotu zaczęli pojawiać się z talerzami, miskami i innymi naczyniami, odbierając porcje dla siebie oraz swoich załóg.
Najedzeni mogliśmy przystąpić do ostatniego zadania naszego rejsu. Rozpoczęło się wielkie pucowanie łajb. W ruch poszły szmatki, szczotki, zmiotki, odkurzacze i wąż z wodą. Jeszcze dzień wcześniej Pinezka była naszym domem, miejscem spotkań, śpiewów i nocnych rozmów. Teraz zamieniała się z powrotem w jacht przygotowywany do przekazania kolejnym załogom.
Trzeba przyznać, że wszyscy wywiązali się z tego zadania wzorowo. Skoro armator bez protestów zwrócił kaucje, najwyraźniej nie znaleziono ani śladów po naszych kulinarnych eksperymentach, ani dowodów na prowadzenie działalności artystycznej w postaci rekonstrukcji scen z Pana Samochodzika.
I wtedy nadszedł ten moment. Moment pożegnań. Chyba każdy, kto choć raz uczestniczył w takim zlocie, wie, że jest to najtrudniejsza część całego wyjazdu. Jeszcze przed chwilą siedzieliśmy razem przy ognisku, pływaliśmy po Jezioraku, śmialiśmy się z mielizn, odgrywaliśmy sceny z książek i snuliśmy plany na przyszłość. A teraz trzeba było spakować ostatnie torby, wsiąść do samochodów i ruszyć w swoje strony Polski.
Na szczęście na naszych zlotach rzadko pada słowo „żegnaj”. Znacznie częściej mówimy:
– Do zobaczenia.
Bo przecież jeziora nie uciekną. Szlaki nie znikną. A przygody mają to do siebie, że prędzej czy później znowu odnajdują tych, którzy lubią ich szukać.

Jeszcze razem, jeszcze nad Jeziorakiem – pamiątkowa grupówka uczestników zlotu
fot. Czesio
Opuściwszy gościnne Siemiany, skierowaliśmy z Kiką nasz wehikuł jeszcze na chwilę na północ Jezioraka, do niewielkiego Jerzwałdu.
To właśnie tam wszystko się zaczęło. To tam mieszkał i tworzył aż do swojej śmierci Zbigniew Nienacki. To tam powstały „Nowe przygody Pana Samochodzika” i „Pan Samochodzik i Złota Rękawica” – dwie książki, których śladami wędrowaliśmy przez ostatnie dni. To tam również, na miejscowym cmentarzu, spoczywa Autor, dzięki któremu tylu z nas poznało smak przygody.
Z Jerzwałdem wiąże się jeszcze jedno wspomnienie. To właśnie przy grobie Zbigniewa Nienackiego spotkaliśmy się po raz pierwszy podczas I Forowego Zlotu w 2012 roku. Wtedy zaczęła się przygoda, która trwa do dziś. Przygoda, dzięki której przez lata przemierzyliśmy setki kilometrów szlaków, odwiedziliśmy dziesiątki niezwykłych miejsc i poznaliśmy ludzi, których dziś śmiało możemy nazwać przyjaciółmi.
Będąc tak blisko, nie mogłem odmówić sobie krótkiej wizyty. Nie chciałem zakłócać niedzielnego spokoju mieszkańcom domu, w którym żył i tworzył Nienacki. Zatrzymałem się tylko na chwilę przy drodze. Spojrzałem na budynek, na jezioro połyskujące w oddali między drzewami, zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy dalej.

Dom Zbigniewa Nienackiego. To właśnie tutaj narodziły się historie, dzięki którym spotkaliśmy się po raz pierwszy w Jerzwałdzie.
fot. Czesio

Spojrzenie na dom, od którego dla wielu z nas zaczęła się fascynacja przygodą.
fot. Czesio
Potem odwiedziliśmy jeszcze cmentarz. Miałem wrażenie, że od naszej pierwszej wizyty niewiele się tam zmieniło. Wciąż ten sam niewielki nagrobek po lewej stronie alei. Wciąż ta sama skromna ławeczka obok, jakby zapraszająca, by na moment usiąść, zatrzymać się i powspominać.

Po latach wróciliśmy w miejsce, od którego wszystko się zaczęło
fot. Czesio

Krótka informacja na tablicy, a za nią całe pokolenia czytelników i ich wspomnień
fot. Czesio

Cmentarz w Jerzwałdzie – miejsce szczególne dla miłośników Pana Samochodzika
fot. Czesio

Grób Zbigniewa Nienackiego na cmentarzu w Jerzwałdzie
fot. Czesio

Niewielki nagrobek, a wokół niego kilkanaście lat wspólnych wspomnień
fot. Czesio
Panie Zbigniewie, pamiętamy! Dziękujemy za wszystkie opowieści zapisane na kartach Pańskich książek. To dzięki nim spotkaliśmy się kiedyś w Jerzwałdzie jako grupa ludzi znających się wyłącznie z internetowego forum. Nikt z nas nie przypuszczał wtedy, że po tylu latach nadal będziemy wspólnie wyruszać na kolejne szlaki i przeżywać następne przygody. Bo przygody mają to do siebie, że prędzej czy później znowu odnajdują tych, którzy lubią ich szukać.
„To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść...” – śpiewał przed laty Kuba Sienkiewicz i właśnie te słowa przyszły mi do głowy w niedzielny poranek, gdy spacerowałem po pomoście naszej mariny. Większość żeglarzy była jeszcze utulona w objęciach Morfeusza. Tafla Jezioraka pozostawała niemal idealnie gładka, a lustro wody ciągnęło się daleko w obie strony. Panowała cisza, jakiej trudno doświadczyć w ciągu dnia. Tylko od czasu do czasu dało się usłyszeć plusk ryby lub cichy stuk cum o burty jachtów. Jezioro wyglądało tak, jakby również nie chciało jeszcze pogodzić się z faktem, że nasz zlot dobiega końca.

Marina, która przez kilka dni była naszym domem
fot. Czesio

Ostatni poranek nad Jeziorakiem
fot. Czesio

Jeziorak w niedzielny poranek
fot. Czesio

Jezioro wyglądało tak, jakby również nie chciało jeszcze pogodzić się z końcem zlotu
fot. Czesio

Jedna z tych chwil, gdy jezioro wyglądało jak nieruchomy obraz
fot. Czesio
Ale z tą piosenką też nie do końca było tak, że „nie ma już nic”. Został jeszcze jeden, bardzo ważny punkt programu. Klar na jachtach i zdanie ich armatorowi. A że od stanu łajb zależał zwrot wpłaconej wcześniej kaucji, nikt nie zamierzał podchodzić do tego zadania lekceważąco.
Oczywiście zanim rozpoczęliśmy wielkie sprzątanie, należało zadbać o podstawowe potrzeby załóg. Na śniadanie ponownie królowała zlotowa klasyka gatunku – jajecznica na kiełbasie.

Ostatnie wspólne śniadanie, oczywiście z obowiązkową jajecznicą na kiełbasie
fot. Czesio
Pierwotnie plan zakładał przygotowanie jednej wielkiej porcji na ognisku dla wszystkich uczestników zlotu. Niestety nasze sobotnie ognisko wygasło, nie chcieliśmy rozpalać go ponownie, więc Hanka i Mysikrólik przejęli dowodzenie nad operacją „Jajecznica” i przygotowali odpowiednie ilości na kuchenkach pokładowych. Wkrótce uczestnicy zlotu zaczęli pojawiać się z talerzami, miskami i innymi naczyniami, odbierając porcje dla siebie oraz swoich załóg.
Najedzeni mogliśmy przystąpić do ostatniego zadania naszego rejsu. Rozpoczęło się wielkie pucowanie łajb. W ruch poszły szmatki, szczotki, zmiotki, odkurzacze i wąż z wodą. Jeszcze dzień wcześniej Pinezka była naszym domem, miejscem spotkań, śpiewów i nocnych rozmów. Teraz zamieniała się z powrotem w jacht przygotowywany do przekazania kolejnym załogom.
Trzeba przyznać, że wszyscy wywiązali się z tego zadania wzorowo. Skoro armator bez protestów zwrócił kaucje, najwyraźniej nie znaleziono ani śladów po naszych kulinarnych eksperymentach, ani dowodów na prowadzenie działalności artystycznej w postaci rekonstrukcji scen z Pana Samochodzika.
I wtedy nadszedł ten moment. Moment pożegnań. Chyba każdy, kto choć raz uczestniczył w takim zlocie, wie, że jest to najtrudniejsza część całego wyjazdu. Jeszcze przed chwilą siedzieliśmy razem przy ognisku, pływaliśmy po Jezioraku, śmialiśmy się z mielizn, odgrywaliśmy sceny z książek i snuliśmy plany na przyszłość. A teraz trzeba było spakować ostatnie torby, wsiąść do samochodów i ruszyć w swoje strony Polski.
Na szczęście na naszych zlotach rzadko pada słowo „żegnaj”. Znacznie częściej mówimy:
– Do zobaczenia.
Bo przecież jeziora nie uciekną. Szlaki nie znikną. A przygody mają to do siebie, że prędzej czy później znowu odnajdują tych, którzy lubią ich szukać.

Jeszcze razem, jeszcze nad Jeziorakiem – pamiątkowa grupówka uczestników zlotu
fot. Czesio
Opuściwszy gościnne Siemiany, skierowaliśmy z Kiką nasz wehikuł jeszcze na chwilę na północ Jezioraka, do niewielkiego Jerzwałdu.
To właśnie tam wszystko się zaczęło. To tam mieszkał i tworzył aż do swojej śmierci Zbigniew Nienacki. To tam powstały „Nowe przygody Pana Samochodzika” i „Pan Samochodzik i Złota Rękawica” – dwie książki, których śladami wędrowaliśmy przez ostatnie dni. To tam również, na miejscowym cmentarzu, spoczywa Autor, dzięki któremu tylu z nas poznało smak przygody.
Z Jerzwałdem wiąże się jeszcze jedno wspomnienie. To właśnie przy grobie Zbigniewa Nienackiego spotkaliśmy się po raz pierwszy podczas I Forowego Zlotu w 2012 roku. Wtedy zaczęła się przygoda, która trwa do dziś. Przygoda, dzięki której przez lata przemierzyliśmy setki kilometrów szlaków, odwiedziliśmy dziesiątki niezwykłych miejsc i poznaliśmy ludzi, których dziś śmiało możemy nazwać przyjaciółmi.
Będąc tak blisko, nie mogłem odmówić sobie krótkiej wizyty. Nie chciałem zakłócać niedzielnego spokoju mieszkańcom domu, w którym żył i tworzył Nienacki. Zatrzymałem się tylko na chwilę przy drodze. Spojrzałem na budynek, na jezioro połyskujące w oddali między drzewami, zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy dalej.

Dom Zbigniewa Nienackiego. To właśnie tutaj narodziły się historie, dzięki którym spotkaliśmy się po raz pierwszy w Jerzwałdzie.
fot. Czesio

Spojrzenie na dom, od którego dla wielu z nas zaczęła się fascynacja przygodą.
fot. Czesio
Potem odwiedziliśmy jeszcze cmentarz. Miałem wrażenie, że od naszej pierwszej wizyty niewiele się tam zmieniło. Wciąż ten sam niewielki nagrobek po lewej stronie alei. Wciąż ta sama skromna ławeczka obok, jakby zapraszająca, by na moment usiąść, zatrzymać się i powspominać.

Po latach wróciliśmy w miejsce, od którego wszystko się zaczęło
fot. Czesio

Krótka informacja na tablicy, a za nią całe pokolenia czytelników i ich wspomnień
fot. Czesio

Cmentarz w Jerzwałdzie – miejsce szczególne dla miłośników Pana Samochodzika
fot. Czesio

Grób Zbigniewa Nienackiego na cmentarzu w Jerzwałdzie
fot. Czesio

Niewielki nagrobek, a wokół niego kilkanaście lat wspólnych wspomnień
fot. Czesio
Panie Zbigniewie, pamiętamy! Dziękujemy za wszystkie opowieści zapisane na kartach Pańskich książek. To dzięki nim spotkaliśmy się kiedyś w Jerzwałdzie jako grupa ludzi znających się wyłącznie z internetowego forum. Nikt z nas nie przypuszczał wtedy, że po tylu latach nadal będziemy wspólnie wyruszać na kolejne szlaki i przeżywać następne przygody. Bo przygody mają to do siebie, że prędzej czy później znowu odnajdują tych, którzy lubią ich szukać.
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16882
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 666 razy
- Otrzymał podziękowań: 328 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
To by było na tyle, jeśli chodzi o relację z Pinezki. Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was zbytnio i że udało się dotrwać do końca opowieści z łajby dowodzonej przez Hankę.
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9434
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 88 razy
- Otrzymał podziękowań: 684 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Czy nasze relacje mają mieć taką objętość jak Twoja, bo moja jest krótsza. Może tegoroczny album będzie dwutomowy ? W pierwszym tomie relacja z jachtu flagowego, a pozostałe w drugim tomie ?
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16882
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 666 razy
- Otrzymał podziękowań: 328 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
To wszystko dlatego TomaszKu, że nie odkładałem pisania relacji na później tylko prawie cały tekst powstał w tygodniu tuż po powrocie ze zlotu. Wtedy pamiętałem dużo szczegółów i tak jakoś wyszło.
- panna Monika
- Zlotowicz

- Posty: 921
- Rejestracja: 04 sie 2013, 14:53
- Miejscowość: Łódź
- Płeć: Kobieta
- Podziękował;: 105 razy
- Otrzymał podziękowań: 98 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Czesiu, gratulacje. Bardzo fajne te Twoje relacje i bardzo dobrze, że zachowałeś tyle szczegółów. Pięknie wszystko utrwalone. Z przyjemnością czytam.
- Za ten post autor panna Monika otrzymał podziękowanie:
- Czesio1 (05 lip 2026, 21:25)
- Batura12
- Lubi przygody

- Posty: 41
- Rejestracja: 22 cze 2026, 20:12
- Tytuł: Batura12
- Miejscowość: Ostrzeszów
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 11 razy
- Otrzymał podziękowań: 1 raz
- Kontakt:
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Tak z ciekawości: jaka jest ikonka Zlotu nad Jeziorakiem???
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16882
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 666 razy
- Otrzymał podziękowań: 328 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Jeszcze nie ma. Będzie jutro.
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16882
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 666 razy
- Otrzymał podziękowań: 328 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Słowo się rzekło propozycja ikonki u płota. Zerknijcie na moją stopkę, są dwa projekty ikonki. Co o nich sądzicie?
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9434
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 88 razy
- Otrzymał podziękowań: 684 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Obie ładne.
A co z kolejnymi relacjami ?
A co z kolejnymi relacjami ?
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16882
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 666 razy
- Otrzymał podziękowań: 328 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Musimy się zdecydować na jedną.
Mam nadzieję, że się pojawią. Do Twojej muszę zdjęcia wybrać. A jest dużo zdjęć i trudno sęzdecydować.
- irycki
- Zlotowicz

- Posty: 2943
- Rejestracja: 22 cze 2016, 12:05
- Tytuł: Pan Motocyklik
- Miejscowość: Legionowo
- Podziękował;: 218 razy
- Otrzymał podziękowań: 223 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Oj...
Mam napisaną połowę. Może dam radę w weekend.
Mam napisaną połowę. Może dam radę w weekend.
Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
Moje fotoszopki
.
- Barabasz
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 4215
- Rejestracja: 25 sie 2015, 10:43
- Miejscowość: Antoninów
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 239 razy
- Otrzymał podziękowań: 274 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Jak dla mnie to ta druga, jest bardziej wyrazista.
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16882
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 666 razy
- Otrzymał podziękowań: 328 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Czyli jednak ta z czerwienią. A jak to widzą pozostali?
- Mysikrólik
- Zlotowicz

- Posty: 5526
- Rejestracja: 16 lip 2013, 14:37
- Tytuł: harcerz
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 58 razy
- Otrzymał podziękowań: 194 razy
- Yvonne
- Moderator

- Posty: 13384
- Rejestracja: 09 lip 2013, 16:01
- Miejscowość: Bydgoszcz
- Płeć: Kobieta
- Podziękował;: 14 razy
- Otrzymał podziękowań: 303 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Mnie bardziej podoba się bez czerwieni, ale widzę, że jestem w mniejszości 









































