W piątek wyszliśmy wcześniej z pracy i testując nowe połączenie - estoński Lux Express - pojechaliśmy do Krakowa. Autobus niczego sobie, cena rewelacyjna (10 zeta od osoby), tyle że korki przy wyjeździe z Warszawy spowodowały, że spóźniliśmy się do KRK 50 minut. Trzeba jednak zauważyć, że stali pasażerowie zauważają obniżenie jakości obsługi (pewnie na początku pilnowano się i standardów, a gdy polscy kierowcy zobaczyli, że nikt nie kotroluje...)
Później już szybko Szwagropolem do Zako i o 23:30 wylądowaliśmy w domu.
Następnego dnia rano Anka zameldowała się o 8:15 przy łóżku w pełnym rynsztunku, z tekstem "Jak nie idziesz, to idę sama"
O 9 wyszliśmy z domu. Busik do Kuźnic i robimy trasę częściowo nową dla mnie:
Kalatówki - Hala Kondratowa - Przełęcz pod Kopą Kondracką - Kopa Kondracka - Małołączniak.
Tutaj myślałem, że już koniec mojej męki ale złudne to były nadzieje.
Na górze wiało straszliwie, więc ograniczyłem ilość zdjęć do minimum, żeby mi aparatu nie wyrwało.
Wracając do trasy - zaczęliśmy schodzić do doliny Małej Łąki. Fajna łagodna ścieżka w dół. Niestety po przejściu obleganej przez turystów polanki okazało się, że teraz schodzimy żlebem pionowo aż do... łańcuchów. Łańcuchów, których ponoć nie ma na żadnej mapie. Niby łańcuchy krótkie i nie nad przepaścią ale mnóstwo ludzi, którzy nie byli do tego przygotowani (głównie mentalnie). Schodzili wisząc na łańcuchach lub jeźdżąc tyłkiem po skale, twarzą do przodu.
Korek się zrobił. W oczekiwaniu na naszą kolej straciliśmy kolejne pół godziny, a przy okazji popsułem sobie kolano i musiałem zwolnić przy schodzeniu.
Po dotarciu na Przysłop Miętusi wpadłem na pomysł zaesemesować do TomaszKa. Okazało się, że trwa właśnie zlot Tomaszowej grupy studenckiej i zostaliśmy zaproszeni na wieczorną imprezkę.
Pospiesznie dotarliśmy do domu (busikiem) i o 20 wybraliśmy się na przystanek busików przy Krupówkach (wcześniej potwierdzając u kierowcy, czy jeszcze o tej porze jeżdżą). Okazało się, że jeżdżą... o 19:30 i 22:15.
Pozostała taksówka.
TomaszKowi dziękujemy za zaproszenie, krupnik i przywiezioną przez gości kminkówkę a Beacie za worek smakołyków, które jeszcze jemy
Właśnie zaraz zabieram się do szarlotki
Wracamy oczywiście taksówką, ale żeby było trochę emocji, to Tomasz postraszył nas misiami. Mając już kanadyjskie doświadczenia z niedźwiedziami stawiliśmy czoła głośno rozmawiając po drodze.



























































