Jeśli chodzi o spektakl
“Mistrz i Małgorzata”, moje oczekiwania były spore.
Jest to wszak moja ukochana powieść. Czytana wielokrotnie.
Z każdą lekturą odkrywam w niej nowe tematy, nowe wzruszenia, nowy przyczynek do refleksji.
To powieść-arcydzieło. Powieść doskonała. Wielka. Powieść-prawda o człowieku.
Jestem świadoma, że czegoś tak doskonałego nie da się przenieść na scenę w stopniu zadowalającym największych miłośników. W tym mnie.
I rzeczywiście. Pewnie do kilku rzeczy mogłabym się przyczepić. Marudzić, że czegoś zabrakło.
Ale po co?
Nie zrobię tego, gdyż gdyński spektakl jest naprawdę świetny!
Przeżyłam wielkie emocje i naprawdę dobrze się bawiłam obserwując perypetie moich ulubionych bohaterów.
Co udało się najlepiej, a co mogłoby być lepsze?
Mocne strony spektaklu to przede wszystkim sam pomysł na realizację. Dopełniające akcję filmowe wstawki i zdjęcia okazały się bardzo dobrym pomysłem. Moje wielkie brawa za ten zabieg. Lot Małgorzaty na miotle i Nataszy na wieprzu – świetny! Genialnie skonstruowane sceny: palenie rękopisów przez Mistrza, pokaz czarnej magii w teatrze Variétés, Gribojedow, bal u szatana i scena po balu. Sceny z prokuratorem i Jeszuą. Żywy Banga! Tego się nie spodziewałam. Twórcy spektaklu mnie tutaj zaskoczyli.
Bohaterowie. Koleny mocny punkt (z małym wyjątkiem, o czym za chwilę). Świta Wolanda wspaniała. Mój ulubieniec Korowiow, Azazello, Behemot – świetni. Ale Hella! Hella rozbiła bank. Była naprawdę cudowna. Robert Gonera jako Woland – czapki z głów. Pozostali bohaterowie też nieźli. Berlioz, Bezdomny, prokurator Judei, Jeszua, konferansjer Żorż Bengalski, wujaszek z Kijowa. Cała plejada naprawdę świetnie obsadzonych postaci, tak dobrze mi znanych.
Scenografia wierna oryginałowi. Tak. Tak właśnie miało być. Tak miał wyglądać pałac Heroda, tak mieszkanie numer 50, tak Gribojedow. Może troche rozbudowałabym wątek szpitala dla obłąkanych. Trochę zabrakło mi tego specyficznego klimatu. Zabrakło też świetnych powieściowych scen z teatru Variétés po spektaklu czy scen ze zbiorowym zahipnotyzowaniem. Zwłaszcza ta ostatnia mogłaby być świetna na scenie teatru. Te chóralne śpiewy
Ze słabszych punktów wymieniłabym postaci Mistrza i Małgorzaty. Zwłaszcza z Małgorzatą mi coś nie zaiskrzyło. Nie wiem, czego zabrakło, ale postaci te zarysowane były w sposób raczej mdły i mało charakterystyczny.
I największy minus, o którym muszę wspomnieć. Zabrakło mi przewodniej piosenki, która brzmiałaby mi w uszach jeszcze długo po spektaklu. Taka piosenka jest prawie w każdym spektaklu muzycznym. Pamiętam, jak po “Notre-Dame” Adam chyba przez miesiąc chodząc po domu śpiewał na głos “Po nieba kresy pięły się kateeeeeeeeedryyyyyyyyyyyyyyyyyyy”
Tutaj takiej piosenki nie było. Szkoda.Podsumowując: spektakl bardzo polecam i jestem ciekawa opinii tych, którzy się skuszą i wybiorą do Gdyni. A może już byli?Myślę, że za kilka miesięcy wybiorę się drugi raz.