Szybko szybko zanim dotrze do nas że to bez sensu...
Nic dodac nic ująć.
3200 km, stare gruzy w drodze do Maroka. Na sylwestra pomysl wygladal zajebiscie, a im bliżej wyjazdu tym wiekszy SKS się uruchamiał. Więc szybkie pakowanie i w drogę.
W złombolu oficjalny udzial bierze szanowne szwagrostwo na Ładzie 2107, a my jedziemy kamperem jako dzieciowóz wsparcia, hotel mobilny i garkuchnia serwująca grochówkę wojskową, chłodzące napoje i kawę na żądanie
Tyle tytułem wstępu. Resztę obiecało dopisać moje dożywocie
Zanim przejdziemy do ciągu dalszego, legenda.
Łada - rocznik 1988, wiezie Romanów z nastolatką i dwójką dzieci.
Kazik - nasz wóz wsparcia, ekipa 4-osobowa, z jedną nastolatką i znaną Wam z Jezioraka Jagą.
Dzień 1 rozpoczął się w Kaziku o 19.30, w Ładzie trochę wcześniej.
Zaplanowaliśmy spotkanie w Chorzowie ok 23, w drodze mieliśmy ogarnąć zakupy i odebranie korka do zbiornika wody (Franek kupił nam w sklepie karawaningowym w Krakowie).
Tosia zasnęła zaraz za Jasłem, nie obudziła się nawet kiedy próbowaliśmy wykupić pół lidla w Tarnowie. W czasie naszych zakupów Romany odbierały numer startowy w Chorzowie.
Przed Krakowem, kiedy już zrobiło się ciemno, zorientowaliśmy się, że brak nam prawego światła z przodu, do ogarnięcia zaraz na stacji w Krakowie. Parę chwil potem Marcin poczuł dziwne wibracje na kierownicy.
-Dziwne, chyba ucieka nam powietrze.
Zjechaliśmy najbliższym zjazdem, na Niepołomice. Obeszliśmy koła, nie było widać nic dziwnego. Marcin otworzył maskę i zaczął gmerać, próbując wyjąć żarówkę.
-Kurna, spadła mi uszczelka...
I w tym momencie huknęło!... a Kazik opadł na lewo, jak Titanic w głąb oceanu. Wszyscy się przestraszyliśmy, Marcin myślał, że coś się stało z silnikiem. Jaga wypadła z auta ze strachem w oczach, mnie ogłuszyło. Tosia wciąż spała. Tylna lewa opona zidentyfikowała się jako surowiec na gumowy ekogroszek i obwieściła to spektakularnie. Trzy minuty po zjechaniu na boczną drogę, a nie w trakcie jazdy - miło z jej strony.
Wieczór się przedłuża, koło zapasowe wyciągnięte z bagażnika, pudło z narzędziami również, Marcin przystępuje do pracy.
Romany w prawilnie oklejonym aucie z Chorzowa polecieli dalej i właśnie jedli kolację w Żorach (bezglutenowy burger w polskim maku: kotlet między sałatą a serem). Tymczasem pod Niepołomicami pierwsza przeszkoda: śruby są mocno zapieczone, ciężko je odkręcić.
-Istnieje jakiś smar, żeby puściły?
-Tak, WD40, został w garażu...
Druga: lewarek jest za niski.
Skoro Niepołomice, to szybki telefon do Jacka: tak, jest w domu, przywiezie WD40 i kostkę drewnianą, żeby podłożyć pod lewarek. W czasie czekania robimy szczegółową inspekcję krzaków w poszukiwaniu odpowiedniego kawałka czegoś twardego. Lewarek może jest za niski na podnoszenie, ale odpowiedni do zrobienia dźwigni do odkręcenia śrub. Puściły te zapiekłe! Marcin z czołówką w jedną, ja i Jaga z hulajnogą w drugą stronę. Mamy sukces: spod siatki na okolicznej budowie wyciągamy płaski prostokątny kawał piaskowca. Wracając, dostrzegamy chłopaków niosących dwie deski. Jacek przywiózł drewnianą kostkę, która okazała się za wysoka. Wszystkie znaleziska się przydały.
Półtorej godziny później ruszamy dalej. Szybki wjazd do Krakowa, podjeżdżamy pod Franka po korek od zbiornika i lecimy.
W Żorach, o 1.30 znajdujemy Romanów pod Castoramą. Śpiących w ładzie. Iga na tylnej kanapie półleżąc, na jej szyi nogi Leny, głowa Leny pod oknem. Z przodu Roman, na nim rozpłaszczona w żabę Gaja. Monika, na fotelu kierowcy, jako jedyna była w stanie wyjść z auta. Budzenie dzieci - Jaga spała tylko godzinę, ale bardzo chciała zostać obudzona. Udało nam się obudzić Tosię.
Ściskanie urodzinowe Igi, prezenty, wymiana wrażeń, rozkładanie wyra i o 2.30 kończymy dzień 1. Dziewięć osób zasypia w szalenie pojemnym kamperze.
Za ten post autor Babie__Lato otrzymał podziękowanie:
Dzień 2
Budzi mnie dźwięk ruszającego auta. 7.30, Żory. Chłopcy zasiedli za kierownicą, reszta śpi. Priorytetem na dziś jest wymiana opon w Kaziku, mają na tyle dużo lat i kilometrów, że nie możemy ryzykować kolejnych eksplozji. Kilka minut później przystanek, głowa Romana w drzwiach:
-Chodźcie na kawę.
Na to hasło matki błyskawicznie znalazły się za drzwiami. Dzieciom wychodzenie zajęło 10 min dłużej.
Żeńska część załogi wreszcie znalazła się w miłym biurze wulkanizacji Rybka, zajęta kawą, poranną toaletą, graniem w piłkę, czytaniem Skarpetek, rozmowami, hulajnogą (to na szczęście już poza biurem) i nie przeszkadzała w modernizacji Kazika. Komplet opon, żarówka na wymianę i mili faceci, z uśmiechem ratujący cudze światy nawet w soboty od 7 rano.
Potem zakupy, sentymentalna wizyta na osiedlu Pawlikowskiego 17, gdzie bywaliśmy między 1980 a 1993 i wreszcie ruszamy.
Nastolaty z Romanami w Ładzie, dzieci z nami w Kaziku.
-Tosia, jak się jedzie?
- Słuchamy Sariusa całą drogę, jest bosko!
Przy odpowiedniej muzyce 38 stopni w blaszanej puszce bez klimatyzacji to jakiś szczegół bez znaczenia.
Jedziemy i jedziemy. Nuda.
Wjeżdżamy na każdą stację, szukając i nie znajdując gazu. Instalacja gazowa Łady ma dwie cechy charakterystyczne: nie ma wskaźnika poziomu gazu oraz nie przełącza się w trakcie jazdy z gazu na benzynę - jak zjadła gaz, to się zatrzymuje i cześć.
50 km przed Pragą, na kolejnej stacji bez lpg, Roman decyduje się przełączyć na benzynę. Jest doświadczonym kierowcą, dlatego robi tuż pod fajnym placem zabaw.
Pół godziny gmerania pod maską później ruszamy dalej.
Nikt nie jest głodny. Wypacamy. Dorzucamy sól lub elektrolity do wody. Niegłodne dzieci to całkiem miła odmiana, nie narzekam.
Ok 18 Ładowa załoga zgłasza pilną potrzebę odpoczynku, dolatujemy na kemping w Pilźnie nad jeziorem. Bolevecký rybník będziemy miło wspominać, jego woda w ulubionej temperaturze zupy ratuje życia. Na obiad nieśmiertelny makaron wzbogacony pulpetami z indyka od babci.
Dzieci w wodzie non stop, małe i duże. Wszystkie pływające. Nastolaty czuwają nad dziećmi blisko, dzięki czemu dorośli mogą czuwać trochę dalej.
- Spokój, słychać ptaki, drozdy i kosy spacerują między namiotami. Prawie jak na Foluszu.
I to jest największy komplement dla tego miejsca.
Książka, czereśnie, pranie, plac zabaw. Dzień 2 kończy się o 22.
Dzień 3
6.30 odjazd. Opuszczamy kemping z najładniejszymi budkami dla ptaków, jakie widziałam. Romany w Ładzie, potomstwo śpi w Kaziku. I zanim się obudzi, zdążymy zrobić 200 km. Zdążymy też się zestresować na granicy z Niemcami: droga zamknięta, objazd przez parking, a na nim kilka patroli policyjnych, obserwujących wjeżdżających do Niemiec. U nas dwie osoby ponad stan, wszystkie dzieci śpią rozłożone na łóżkach. I ten stresik, czy zatrzymają... Nie zatrzymali, nie my jesteśmy celem czujnych oczu.
Śniadanie gdzieś na mopie, szybko szybko, i do Łady pakujemy dwójkę dzieci. Nastolaty i Jaga jadą z nami, a skoro z przodu Marcin i Jaga, to z głośników Pan Samochodzik. I Fantomas tym razem.
Gorąco. Klima w Kaziku nie wyrabia, zamrażarka nie wyrabia, lodówka nie wyrabia, nasze cenne kozie mleko robi się kwaśne za szybko. W Ładzie otwarte okna wrzucają do środka piekielny skwar.
Czytam Krąg kobiet pani Tan i z czułością patrzę na szczęśliwe stopy naszych córek.
Jazda do 16, potem szukamy wody. Zjeżdżamy z autostrady w drodze do Belfort, cieszymy się widokiem ślicznych, zadbanych wiosek z lawendą i różanecznikami w ogrodach. Drogi wąskie, ze śmiesznymi krawężnikami kanciasto wrzynającymi się w jezdnię, muszą być szalenie skuteczne w zmniejszaniu prędkości w terenie zabudowanym.
Zatrzymujemy się blisko jeziora. Dzieci w blokach startowych, ale tu dostęp do wody kiepski. Chwila przerwy pod lipą srebrzystą (nie rośnie u nas, północną granicę zasięgu ma na wysokości Chorwacji), ale pachnie! Wracamy do aut, jeszcze 20 min i trafiamy na duże, tłoczne kąpielisko. Najpierw my wchodzimy z dziećmi, a Romany zostajemy z gratami na plaży, potem my wracamy z plecakami, a Romany idą do wody. Woda przyjemna, ale wspomnienie włamania do kampera 10 lat temu pod Rzymem w podobnym miejscu ciągnie nas do samochodu. Robimy obiad. Załoga nadciąga niebawem.
- To nie fair, wprowadziliście do wody szczęśliwe dzieci, a my musieliśmy je wyciągać!
Po przerwie nastolaty do Łady, a odświeżone i najedzone dzieci grają radośnie w monopoly w Kaziku.
Potem robią bransoletki w kolorach państw, przez które przejeżdżamy.
Nigdzie już nie udaje się mi kupić papierowych map - za późno wpadłam na pomysł, żeby dzieci zaznaczały trasę pisakami na rozkładanej mapę samochodowej.
Pan na stacji w Niemczech nie daje nadziei:
- Nie sądzę, żeby pani gdzieś je dostała.
Pani na stacji we Francji zatroszczyła się:
- Ma pani problem z Google maps?
We Francji powtarza się czeska zabawa z LPG, tylko w bardziej wyrafinowanej formie: tam na stacjach była wyłącznie benzyna i ropa, a tu na każdej stacji dystrybutory LPG są, cennik jest, tylko gazu nie ma (wszędzie złombolowcy, śmiejemy się, że wykupili cały podtlenek biedy).
Zasiedzieliśmy się trochę nad jeziorem i na stacjach i nie zdążyliśmy przed zamknięciem kempingów odpowiednio daleko na trasie.
Na noc zatrzymujemy się więc na mopie. Wchodzę na stację się rozejrzeć, tam wpada na mnie Tosia
- Mama, patrz!!
Pokazuje mi... papierową mapą Europy!
Biorę jeszcze jedną i idę płacić; tłumaczę znudzonej kasjerce, że są najmilszą stacją, jaka odwiedziliśmy przez ostatnie 1500 km i po co nam ta mapa. Trochę się ożywiła, wybiłam ją z stuporu końca zmiany.
Lena stoi obok, z ogromnymi oczami.
- Ciocia, po francusku też mówisz???
Prysznic, rozkładanie trzeciego łóżka, dyskusje, którego małego dziecka dziś kolej spania na alkowie.
Do snu kołysze nas burza. Co za miła odmiana.
Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
Świetny pomysł, wziąć udział jako załoga wsparcia. Osobiście nie podjął bym się udziału w takim rajdzie autem z okresu prlu, ze względu na to że są to auta z ,,charakterem". Jeździłem w młodości i Polonezem i wiem, że potrafi miłości nie odwzajemnić.
Czekam na dalszą relacje, wrzućcie zdjecia lub film.
VdL pisze: ↑30 cze 2026, 23:10
Świetny pomysł, wziąć udział jako załoga wsparcia. Osobiście nie podjął bym się udziału w takim rajdzie autem z okresu prlu, ze względu na to że są to auta z ,,charakterem". Jeździłem w młodości i Polonezem i wiem, że potrafi miłości nie odwzajemnić.
Czekam na dalszą relacje, wrzućcie zdjecia lub film.
Może i tak, ale rzeczywiście z dotychczasowych relacji wynika że Łada zasuwa, a wóz wsparcia już miał przeboje.
Jedzie tam też mój kumpel Czerwonym Rydwanem zwanym Polonezem. Pomachajcie im jak spotkacie.
Za ten post autor Mysikrólik otrzymał podziękowanie:
Dzień 4
Budzik zupełnie nieurlopowo dzwoni o 5. Jeszcze ciemno, deszcz kończy padać. 5.28 nawigacja ustawiona na Gironę i ruszamy. Dzieci śpią, zanim się obudzą, przejedziemy 330 km.
O 9 M mówi stop. Mopy przy autostradzie, obsadzone drzewami wyglądają zbyt kusząco, żeby je ominąć. Najpierw słyszę cykady, nic innego. To dźwięk, który chcę zachować, więc szybko dyktafon. Jeszcze silnik, jeszcze Jaga rozmawia z Marcinem, mimo to nagrywam. Później nagram same cykady, myślę. Takie później nie nadchodzi. Kiedy wychodzimy z auta, zrywa się wiatr. Huczy tak, że cykady słychać znacznie słabiej i nie przestanie aż do odjazdu. Kiedy wychodzimy z auta ze śniadaniem, już krąży... traktorek-kosiarka, a za chwilę zaczyna hałasować pan z kosą spalinową. Jakby koszeniem przy weekendowym śniadaniu chcieli nam ukoić tęsknotę za domem.
Cykady. Widok. Stolik w cieniu drzew. Poczucie szczęścia. Nad nami cedr libański, z szyszkami w kształcie gniazda os. Na pniu sosny obok wylinka cykady. Z drugiej strony szumi szczodrzenica sitowata z pędami giętkimi idealnymi do wyplatania koszyków. Błogostan.
Jedziemy. Dzieci bawią się w dom naszymi tekstami.
- Zaopiekuj się malutką, ja idę pobiegać.
Pierwsze morze powitane obłędną radością. Leucate plage we Francji. Turkus wody, muszelki, ryby między nogami. Potęga wody - chwila nieuwagi i kółko do pływania, mimo pościgu, wyruszyło w stronę Korsyki.
Kanapka i dalej w drogę.
Czujemy zmęczenie. Komuś za gorąco, komuś za głośno, ktoś jest przebodźcowany, ktoś wolałby zostać nad morzem zamiast wsiadać do auta, ktoś nie ma siły, ktoś źle się czuje, ktoś wiezie ze sobą swoje zmartwienia. Upał, pośpiech, wczesne pobudki, dużo godzin w samochodzie nie pomagają.
Kemping w okolicach Tarragony. Mały, zadbany, czysty. Z morzem 100m dalej, z ciepłą wodą pod prysznicem, z wyjściem na plażę przez furtkę i tunel. W środku bezzębna pani mówiąca tylko po hiszpańsku, trzymająca pieczę pod nieobecność właściciela; właściciel, sympatyczny, objawił się sporo później i skasował nas mniej niż 1/3 ceny, jaką chciał poprzedni kemping; złombolowcy w polonezie, toczący nierówną walkę z upałem za pomocą piwa.
Cieszymy się nieograniczonym czasem pod prysznicem, zasypiamy o północy.
Dzień 5
Dzień jak co dzień, w samochodzie.
Kemping był tak miły, że mimo pobudki o 6, udało nam się wyjechać dopiero o 7.
Jedziemy od stacji do stacji, bawiąc się w poszukiwaczy (nafty i) gazu. Przy autostradach gazu nie ma, bywa w miasteczkach. Ładowcy, jak wczoraj skręcili do miasteczka po LPG, tak przyjechali na kemping... półtorej godziny po nas. Dziś zatem jeżdżą na benzynie. Ale spotkaliśmy takich, co w poszukiwaczy bawią się regularnie: załogę pojazdu Taz 1500 (projektant miał fantazję wuja pana Samochodzika, ale wyniki słabsze) z silnikiem z fabryki pralek. Nie spodziewali się, że dojadą do Chorzowa, a poznaliśmy ich przed Almerią. Taz jeździ wyłącznie na gaz, innych paliw nie łyka, ma zasięg na 200 km. Tazowicze jadą autostradą trochę ponad 100 km, potem skręcają w miasteczka szukając gazu, wracają na autostradę na kolejne 100... i tak się bawią całą Hiszpanię.
Poranna kąpiel w drodze, na miejskiej plaży. Zrzucamy z siebie piasek i kamyczki pod natryskiem i jemy śniadanie w cieniu, na murku. Przechodzący obok szczeniak przykleił się do Gai i nie miał najmniejszej ochoty iść dalej, właścicielka zabrała go na rękach. Miał polidaktylię, lewa tylna łapa liczyła aż 7 palców.
Szukamy promu z Almerii do Nadoru, sprawdzamy ceny, widzimy że gdzieniegdzie miejsca już się skończyły.
Dojeżdżamy prawie do Almerii, 3 tys km za nami, a załodze Łady to mało! Narady były intensywne, argumenty zderzały się w powietrzu, emocje iskrzyły, ale wiadomo, że dyskusje są tylko dla sportu, bo głos decydujący ma Kapitan Roman.
Zatem przejeżdżamy spokojnie obok Almerii (licznik wybija już 41 godzin w Kaziku, 43 w Ładzie), zdecydowani na.... Gibraltar.
(Złombolowa nazwa załogi YOLO zobowiązuje. Spontaniczność i elastyczność w planowaniu są kluczowe.)
Robi się późno, czas na nocleg w drodze. Kemping za Almerią, znaleziony na park4night. Dzwonię, żeby zapytać za ile i czy można dziś na jedną noc. Pani mówi tylko po hiszpańsku, wylicza przyzwoite pieniądze i ostrzega, że dziś nie gotuje. Zjeżdżamy z autostrady w ciąg szklarni, ciągnących się kilometrami. Las Vegas (!) wita zapachem kwiatów i zielenią. Jest jak zaczarowany ogród. To mały kemping rodzinny, prowadzony przez starsze małżeństwo już od 50 lat. Przy każdej parceli drzewa, kwiaty, krzewy. Zapach, śpiew ptaków, wszechobecna zieleń. Czyste (!) łazienki z ciepłą wodą i kwiatami w doniczkach. Zaledwie kilku gości, sami Hiszpanie. Tuż obok morze, plaża podzielona na "parcele" stosami głazów i kamieni. Woda czysta, przejrzysta, bez śmieci. I tylko nazwa kempingu wydaje mi się ironiczna, to miejsce jest o stokroć lepsze od mojego wyobrażenia o Las Vegas.
Dziś wieczorem już wiemy: żadnego budzika rano, zostajemy jutro na cały dzień.
Babie__Lato pisze: ↑01 lip 2026, 12:21 Będą i zdjęcia! Jeśli zrobi to glaca, będą szybciej, jeśli ja, trochę później.
Macie mało komentarzy, chociaż na tym forum lubimy podróże i relacje. Ale taki goły, lity tekst nie wciąga i nie zachęca do lektury. Zapomnieliście aparatu ?
glaca pisze: ↑04 lip 2026, 16:43
Moze jestem ślepy, ale nie wymyslilem jak z komorki wstawiac zdjecia do tekstu. Sprobujemy wieczorem z laptopa.
Dokładnie tak samo jak z laptopoa. Tylko musisz kliknąć odpowiedź w poście, nie korzystaj z szybkiej odpowiedzi bo tam nie masz opcji wstawiania zdjęć.