Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9468
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 92 razy
- Otrzymał podziękowań: 712 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
O czym wy dyskutujecie ? Przecież tego czerwonego prawie nie widać, ikonki są prawie identyczne.
Kiedy będzie następna relacja ?
Kiedy będzie następna relacja ?
- johny
- Moderator

- Posty: 12157
- Rejestracja: 09 lip 2013, 14:30
- Miejscowość: Łódź
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 424 razy
- Otrzymał podziękowań: 330 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Dokładnie! Przecież to się w pale nie mieści. Byłem tylko pół dnia czy mam szansę na ikonkę? Bez znaczenia którą. A tak na marginesie to z mojej stopki wszystkie zniknęły. Czy juz na nie nie zasluguję?c
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16901
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 677 razy
- Otrzymał podziękowań: 332 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Oczywiście że masz szansę. Byłeś na części zlotu więc ikonka Ci się należy.
Hmmm, nie mam pojęcia z jakiego powodu Twoje ikonki zniknęły. Ale to nie problem, przywrócę je tylko muszę sprawdzić na których zlotach byłeś.
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16901
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 677 razy
- Otrzymał podziękowań: 332 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Przywróciłem Ci część ikonek, resztę jak sprawdzę na których zlotach byłeś. Chyba, że pamiętasz?
- johny
- Moderator

- Posty: 12157
- Rejestracja: 09 lip 2013, 14:30
- Miejscowość: Łódź
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 424 razy
- Otrzymał podziękowań: 330 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Dziękuję! Jeszcze Loara i Posejnele. 
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16901
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 677 razy
- Otrzymał podziękowań: 332 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Zrobione.
Jeszcze jakbyś usunął ten polityczny wpis w podpisie to już by wyglądało całkiem pięknie.
- johny
- Moderator

- Posty: 12157
- Rejestracja: 09 lip 2013, 14:30
- Miejscowość: Łódź
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 424 razy
- Otrzymał podziękowań: 330 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Dzięki!
To żadna polityka, ale twoja prośba jest dla mnie rozkazem.
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16901
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 677 razy
- Otrzymał podziękowań: 332 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Dzięki
Od razu ładniej wygląda Twoja stopka.
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9468
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 92 razy
- Otrzymał podziękowań: 712 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
2. TomaszK
Optimus
Ze wszystkich uczestników zlotu, miałem chyba najdłuższy staż w nieżeglowaniu. Wstyd brać się za żeglarstwo dopiero kiedy dorobiło się wnuków, ale z drugiej strony nigdy nie jest za późno na nowe doświadczenia. Wobec mojej słabej kondycji i niskiej sprawności fizycznej, miałem przed zlotem poważną tremę. Początkowo zamierzałem zapisać się, a nawet wpłacić podwójną zaliczkę (żeby nikt nie zarzucił mi blokowania miejsca), ale zrezygnować przed samym zlotem, bo czułem, że nie dam rady. Ale kiedy już kupiłem kapok w swoim rozmiarze, kamizelkę Anatola i składniki sosu do spaghetti, nabrałem odwagi i przestałem myśleć o rezygnacji.Zostałem przydzielony do zespołu Mysikrólika, w którym był jeszcze Barabasz i czwórka młodzieży – Kika (Maja), Celina, Antek (Szymon) i Zdenek Blaha (Filip).

Część załogi Pinezki w towarzystwie TomaszKa
fot. TomaszK

Jeszcze przed rejsem na pomoście: Zaliczka, Ater, Konfiturek, Hanka i Czesio
fot. TomaszK

Chwila rozmowy na pokładzie. Od lewej: TomaszL, glaca, pani glacowa, oldmalarz i Ola.
fot. TomaszK

Chwila przerwy i pamiątkowe zdjęcie. Ater, oldmalarz, Ola i Czesio.
fot. TomaszK

Kapitan Hanka gotowa do rejsu, łajba jeszcze przy kei
fot. TomaszK

Młodzież przejęła pomost. Od lewej: Zaliczka, Antek, Kika, Cecylia i Zdenek Blaha
fot. TomaszK

Dziobowa strefa dobrego nastroju należała do młodzieży
fot. TomaszK

Jeszcze przy kei, zanim rozpoczęła się jeziorakowa przygoda. Od lewej: Konfiturek, TomaszL, Ater, Matylda, PiTT, Hanka i Mysikrólik
fot. TomaszK
Jacht dostaliśmy dość mały i nieco mniej komfortowy niż np. flagowy jacht zespołu organizatorów, ale jak zapewnił nas Grzegorz, bosman mariny, był za to najszybszy. W trzecim dniu okazało się, że miał rację.
Kiedy wieczorami bywałem w gościnie na łódce Hanki i Czesia, żałowałem, że nie śpię na jachcie – dużo miejsc, przytulne chociaż ciasne koje, nastrój jak w namiocie, na dodatek kuchenka, lodówka – istny raj (u nas było to samo tylko trochę mniejsze). Ale kiedy wyobraziłem sobie, że budzę się w nocy z potrzebą pójścia do toalety i najpierw będę musiał zejść z chyboczącego się jachtu, przejść cały pomost do brudnych toalet na brzegu, a potem z powrotem – to jednak nie żałuję, że wybrałem spanie w hotelu. Życia towarzyskiego zresztą nie zabrakło. Pierwszego dnia była wieczorna biesiada wszystkich zlotowiczów, potem co wieczór spotykaliśmy się w jachtach (niestety osobno z uwagi na pojemność), był też konkurs i ognisko.

Zanim Jeziorak stał się sceną naszych przygód, spotkaliśmy się przy wspólnym stole
fot. TomaszK

Wieczorna biesiada zlotowiczów pod wiatą przy restauracji „U Dzidka”
fot. TomaszK

Wieczór integracyjny pod wiatą przy restauracji „U Dzidka”
fot. TomaszK

Wieczorem Pinezka znów tętniła życiem. W odwiedziny wpadli PiTTowie, Barabasz i Ater
fot. TomaszK

Wieczór w towarzystwie gości z innych samochodzikowych forów
fot. TomaszK

Ognisko już płonęło. Pora przygotować kiełbaski
fot. TomaszK

Irycki i Marysia w ogniskowym nastroju
fot. TomaszK

Kiełbaski nad ogniskiem smakują najlepiej
fot. TomaszK

Wieczór przy ognisku i wspólne pieczenie kiełbasek
fot. TomaszK
Najtrudniejszy był pierwszy dzień, kiedy musieliśmy nauczyć się obsługi jachtu. Jeszcze przed zlotem Mysikrólik rozesłał nam instrukcje dotyczące obsługi żagli, silnika, steru, ale to przecież tylko teoria. Kiedy przeszliśmy do praktyki, ja dostałem rolę silnikowego. Miałem opuszczać silnik do wody, uruchomić go i sterować nim do czasu rozłożenia żagli. Opanowałem to nawet dość dobrze, ale kiedy przez chwilę trzeba było płynąć na silniku i żaglach jednocześnie, okazało się, że zajmuję za dużo miejsca w tamtym kącie, uniemożliwiając pracę sternika. Wtedy przekazywałem silnik Barabaszowi.

TomaszK gotowy do wyruszenia na jeziorakową przygodę
fot. TomaszK
Pierwszego dnia popłynęliśmy na Gierczaki. Mysikrólik początkowo wydawał komendy takie jak w żeglarstwie: „uwolnić Lazy Jacka”, „ciągnąć fał”, „foka staw”, „lewy foka szot wybierz”, ale kiedy zobaczył, że nic nam to nie mówi, przeszedł na komendy łopatologiczne: „Barabasz idzie na przód i pilnuje żeby żagiel się nie blokował, a Tomaszek, ciągnie tę biało-czerwoną linkę z aż do oporu”, „Antek, odwiń z knagi ten cienki sznurek i puść go luźno”, „Barabasz ty ciągniesz tą niebieska linkę po prawej, a wtedy Tomaszek puszcza luźno tę niebieską po lewej”.

„Lewy foka szot wybierz!” – TomaszK nie zwlekał z wykonaniem polecenia
fot. TomaszK
Z czasem opanowaliśmy niektóre komendy i trzeciego dnia sami wykonywaliśmy zwrot przez sztag na komendę kapitana. Ponadto opanowaliśmy wciąganie grota, zwijanie foka, wyrzucanie odbijaczy za burtę… i chyba tyle. Pozostałe czynności związane z żeglowaniem wykonywaliśmy wykonując proste, przystępne komendy kapitana. Bardzo ważne były kolory linek.

Pinezka na wodach Jezioraka
fot. TomaszK
Sterowania jachtem nie opanowałem do końca, a tak naprawdę w ogóle go nie opanowałem. Jeszcze kierowanie przy pomocy silnika przed rozłożeniem żagli jakoś mi szło, ale ster mnie przeraził. Mysikrólik oddał mi ster tylko jeden raz – tuż przed lądowaniem na wyspie Czarnego Franka, kiedy sam musiał zająć się cumowaniem w miejscu, gdzie nie było pomostu, a Barabasz miał stopniowo wyciągać miecz w miarę zbliżania się do brzegu. Zestresowało mnie to, bo niewielkie ruchy sterem powodowały gwałtowny skręt jachtu, co gorsza w niewłaściwą stronę. Dostrzegli to z sąsiedniego jachtu, bo ktoś krzyczał do mnie „ster od siebie”, „prostuj”, „ster do siebie”. W końcu z ulgą oddałem sterowanie Barabaszowi.

Chwila wytchnienia na Optimusie, nawet kapitan postanowił oddać ster
fot. TomaszK
Sterowania żaglami nie rozumiem do dziś. W którą stronę zmieni się kierunek jachtu po zwrocie przez sztag, a w którą po zwrocie przez rufę? Albo gdy mijaliśmy się z innym jachtem, Mysikrólik mówił „on ma pierwszeństwo, bo jest na zawietrznej”. Skąd on wiedział, że jest na zawietrznej, skoro obydwa nasze jachty wyglądały tak samo? Skąd wiedział, kiedy wykonać zwrot przy halsowaniu (to słowo akurat rozumiałem), albo w którym kierunku wieje wiatr. Do want były przymocowane wstążki, tzw. icki, które niby wskazywały kierunek, ale sam Mysikrólik mówił, że to jest złudne, bo mogą się odchylać od naszego pędu.
Najgorsze było wypływanie z mariny albo cumowanie. Trzeba było wykonywać jednocześnie tak dużo czynności, że przenosząc się z miejsca na miejsce i ciągnąc lub luzując kolejne linki, czekałem, kiedy to się skończy. Natomiast płynięcie przed siebie z wiatrem i przechylaniem łodzi na boki, podobało mi się najbardziej. Wtedy czuło się pęd naszego jachtu, wiatr we włosach i buzowanie adrenaliny. Młodzież wygrzewała się wówczas na dziobie, co wyglądało bardzo samochodzikowo.

Na dziobie rozgościła się młodzież – widok jak z samochodzikowej wyprawy
fot. TomaszK
Drugim oprócz mnie dorosłym żeglarzem na naszym jachcie (poza kapitanem), był Barabasz. Pocieszało mnie, że na żeglowaniu zna się podobnie do mnie i tak jak ja i opiera się głównie na kolorach linek. Za to dużo lepiej orientował się na mapie i aplikacji pokazującej naszą pozycję. Kiedy błądziliśmy między licznymi na Jezioraku wyspami, wyznaczał kierunek i trasę omijającą podwodne przeszkody. Chwilami, kiedy na pokładzie za dużo się działo, zastępował go w tym jego syn, Antek.
Natomiast Mysikrólik był chyba najlepszym kapitanem, jaki mógł nam się trafić. Nie znałem go z tej strony, ale okazało się, że na żeglowaniu zna się doskonale. To, że wiedział, kiedy zwijać i rozwijać poszczególne żagle, wykonywać zwrot przez sztag albo przez rufę, to drobiazg. Pierwszy raz zaimponował mi, kiedy wracając z Gierczaka, nagle powiedział „stoimy na mieczu”. Nie wiem skąd to wiedział, ja nie zauważyłem, że przestaliśmy płynąć, ani nie usłyszałem żadnego szurania po dnie. Okazało się, że rzeczywiście stoimy, ale Mysikrólik zarządził kilka manewrów żaglami i zeszliśmy z mielizny. Potem wytłumaczył nam, że jacht zaczął skręcać niezgodnie z ruchami steru. Z kolei trzeciego dnia, pomimo że wypłynęliśmy chyba jako trzeci w kolejności, w pewnym momencie okazało się, że płyniemy jako pierwsi, co potwierdziło, że nasz jacht był najszybszy.

Wreszcie cała flotylla była już razem – cztery łajby za nami i nasz Optimus jako piąta
fot. TomaszK
A wiatr był tego dnia bardzo słaby. Kiedy minęliśmy Czaplaka z innych jachtów (ale i z naszego kokpitu) zaczęły się odzywać głosy, że warto byłoby gdzieś przybić, bo pora była już obiadowa, a toalety na naszych jachtach pełniły rolę magazynów. Wszystkie załogi rozglądały się za jakimkolwiek pomostem, do którego moglibyśmy przycumować, ale nigdzie na horyzoncie nic nie takiego nie było widać. Wtedy Mysikrólik wypatrzył na Wyspie Czarnego Franka krótką przerwę w trzcinach i w imieniu wszystkich podjął ryzykowna decyzję „cumujemy”. Cumowanie było wyjątkowo trudne, bo musieliśmy płynąć tyłem na silniku, podnosić miecz i ster, uważać, żeby maszt nie zahaczył o gałęzie drzew, a potem wskoczyć do wody i przywiązać cumę do drzewa. Mysikrólik dał radę, przycumowaliśmy jako pierwsi, a potem pozostali dołączyli do nas.

Przed dobiciem do Kępki emocje udzieliły się przede wszystkim młodszej części załogi.
fot. TomaszK
Niestety obaj moi współżeglarze byli ojcami dzieci stanowiących pozostałą część załogi i chwilami próbowali je wychowywać. Co jakiś czas było słychać ich podniesione głosy – „załóż kapok!”, „odłóż telefon!”, „posprzątajcie ten bałagan!”, „słyszysz co do ciebie mówię? Na marinie usłyszałem uwagę, że u nas jest terror. Dla mnie to była pewna nowość, bo moje dzieci wszelkie polecenia wykonują natychmiast i bez protestów, ale mają już po 40 lat, a z kolei wnukom wolno u nas wszystko i nie dostają żadnych poleceń. Młodzież jachtowa zresztą nie narzekała, moim zdaniem byli bardzo zdyscyplinowani.
Przyjemne były obiady gotowane na małej kuchence gazowej wewnątrz jachtu. Umówiliśmy się, że codziennie inny z dorosłych przygotuje obiad (przywieziony z domu), ale dziwnym trafem wszyscy trzej zdecydowaliśmy się na spaghetti. Kika i Celina gotowały makaron i podgrzewały zawartość słoików. Pierwszego dnia były to pulpeciki w sosie pomidorowym, dzieło Asi Barabaszowej, w drugim dniu sos przygotowany przez szefa kuchni, zaprzyjaźnionej z Mysikrólikiem restauracji, w trzecim mój sos, taki jak był pod namiotami na wyspie Czarci Ostrów. Za to na śniadanie była codziennie moja ulubiona jajecznica, chociaż przyznam, że w kolejnych dniach chodziłem na śniadania do innych jachtów, też zresztą na jajecznicę.

Spaghetti na pokładzie smakowało wyjątkowo
fot. TomaszK
A gdzie żeglowaliśmy? Pierwszego dnia na Gierczaka, gdzie nakręciliśmy kilka scenek filmowych. Drugiego dnia nigdzie nie cumowaliśmy, ale opłynęliśmy Bukowiec i na moją prośbę podpłynęliśmy pod groblę, którą można dostać się na wyspę i okazało się, że przechodzi przez nią jezdnia. Byłem zaskoczony tym, że zarówno grobla jak i sama wyspa są porośnięte drzewami, bo czytając książkę wyobrażałem sobie, że wyspa jest łysa. Za to na brzegu dookoła całej wyspy stały domki letniskowe, każdy inny, najwyraźniej prywatna własność wielbicieli Jezioraka.
Najlepiej wspominam trzeci dzień, kiedy najpierw popłynęliśmy wszyscy na przesmyk, w którym zatopiona była ciężarówka ze skarbem. Tam Mysikrólik zeskoczył z łodzi, zanurkował i po chwili wynurzył się z bursztynowym naszyjnikiem w ręce.

W oddali przesmyk prowadzący na Jezioro Płaskie – miejsce głównych jeziorakowych tajemnic
fot. TomaszK

To właśnie tutaj, według książki, spoczywa zatopiona ciężarówka
fot. TomaszK

Krótki skok do wody i... po chwili Mysikrólik wrócił z bursztynowym naszyjnikiem
fot. TomaszK

Jedno nurkowanie wystarczyło, by Mysikrólik wydobył z Jezioraka bursztynowy naszyjnik
fot. TomaszK
Potem popłynęliśmy w kierunku innej wyspy, Czaplaka i okazało się, że w tej zatoce Jezioraka jest tylko nasze pięć jachtów. Z dziwnych powodów inni żeglarze omijali ten kierunek, więc cale jezioro było nasze. Załogi z jachtów glacy, PiTTa i Yvonne wykazały się pełnym luzem, cumowali do siebie, straszyli abordażem, łączyli się w pociąg, jednym słowem byli niepoważni.

Dwie załogi na wspólnym kursie przez Jeziorak
fot. TomaszK

Na środku Jezioraka trwało małe spotkanie flotylli
fot. TomaszK

Agrafka, Red Dragon i Phobos na wspólnym szlaku przez Jeziorak
fot. TomaszK
Z kolei statek flagowy z Hanką, Czesiem i panną Moniką, zostawał w tyle, tłumaczyli się awarią techniczną.

Pinezka na horyzoncie
fot. TomaszK

Gitarzysta na dziobie Phobosa i Jeziorak w tle
fot. TomaszK
Kiedy w oddali ukazała się wysepka, na której Czarny Franek więził Baśke i Tomasza, postanowiliśmy tam przybić.

Przed nami Kępka – kolejny punkt na mapie samochodzikowych tajemnic
fot. TomaszK
To cumowanie było dużo trudniejsze niż te w marinie, ale warto było, bo wysepka okazała się bardzo romantyczna – mała, bezludna, z własną plażą, z której oczywiście wszyscy ochoczo skorzystali.

Cumowanie na Kępce – bez pomostu, za to w samym sercu jeziorakowych tajemnic
fot. TomaszK

Na wysepce, która według książki była obozowiskiem bandy Czarnego Franka
fot. TomaszK
Ja początkowo nie zamierzałem schodzić na ląd, bo przy mojej sprawności fizycznej, w drodze powrotnej nie wdrapałbym się przez dziób. Na szczęście PiTT przycumował tyłem i przechodząc przez jachty połączone burtami, mogłem wyjść na brzeg. Lądowanie na wyspie było dla mnie najprzyjemniejszym momentem zlotu, takim jakby jego podsumowaniem.

TomaszK na tle naszej małej flotylli zacumowanej przy Kępce
fot. TomaszK

Chwila ochłody w wodach Jezioraka
fot. TomaszK

Jeziorak zapraszał do wody, a zlotowicze chętnie skorzystali z zaproszenia
fot. TomaszK

Trudno odmówić sobie kąpieli w tak pięknych okolicznościach
fot. TomaszK

Pinezka jako ostatnia odbiła od brzegu Kępki
fot. TomaszK
W drodze powrotnej dopadła nas cisza morska, ale to nie było już w stanie popsuć nam nastroju. Ten zlot był niezwykły, inny niż wszystkie.
- Barabasz
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 4232
- Rejestracja: 25 sie 2015, 10:43
- Miejscowość: Antoninów
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 250 razy
- Otrzymał podziękowań: 280 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Taka pamiątka ze zlotu, dzięki Witras:
-
Babie__Lato
- Zlotowicz

- Posty: 12
- Rejestracja: 28 cze 2026, 10:20
- Podziękował;: 10 razy
- Otrzymał podziękowań: 20 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Lato powoli się kończy, możemy wspominać jego początki 
W grudniowy wieczór perspektywa wyjazdu na żagle na Jeziorak pachniała obietnicą wakacji.
Ale z kim?? Z forum?
Moja bibliotekarska dusza się zadziwiła.
-Serio? Ludzie, którzy się spotykają, bo czytają te same książki dla nastolatków? Wspaniałe!
Ekipa chwilę nam się formowała. Najstarsza od razu ogłosiła swój zamiar odpoczywania po maturze. W domu. Sama.
Średnia długo wahała się między dwiema konkurencyjnymi imprezami. I już w sumie wyjechała z nami na łódki na Jeziorak, ale na międzylądowaniu w Lublinie plany zmieniły się same - obudziła się z takim bólem gardła, że wolała pozostać pod czułą opieką babci. Przespała następne trzy dni, budząc się tylko na rosołek.
Wątpliwości nie miał glaca, którego ciągnęło na wodę, ani najmłodsza: bo jezioro, bo łódki, bo Pan Samochodzik.
Ja, naczelny introwertyk w rodzinie, musiałam sobie z myślą o wyjeździe posiedzieć. Dobry mąż, zna mnie, dał mi pół roku.
Środa
- Marcin, a co, jeśli będą nas wkurzać?
- To się odłączymy i będziemy pływać sami.
Ten chytry plan został zagrożony telefonem od Czesia:
- Na jednej łódce mamy niepełny skład, może dołączycie?
Zarezerwowana własna łajba - nie wiemy jak z rezygnacją, nowi ludzie… Z nutą niepewności zajechaliśmy na punkt zborny w Iławie, pozostawiając decyzje na po obiedzie.
Iławę znamy tylko przejazdem, z pociągu pociągu Lublin-Gdańsk. Trzeba przyznać, że jezioro w środku miasta działa wyjątkowo korzystnie wizerunkowo.
Dojeżdżamy na obiad w Małym Tartaku, i nagle jednocześnie zjeżdżają się prawie wszyscy. Poczciwe oblicza naszych przyszłych współzałogatów sprawiły, że dalszy namysł był zbędny. Jasne, że dołączamy.
W restauracji z widokiem na wodę Jaga znajduje pierwszego Pana Samochodzika - rower wodny na Małym Jezioraku, dotknięty przez genius loci.
Siemiany - wioseczka z liczbą stałych mieszkańców 225 (dane za 2024), za to z tysiącami turystów i aspiracjami literackimi: Nienacki i Minkowski w Jerzwałdzie, Stachura w Siemianach (podobno z niespełnionymi planami na dłuższy pobyt), współcześnie Nina Drej.
Najważniejsze, że tu jest nasza łódka!
Nasza - tzn. Atera, TomaszaL i Johny'ego z synem, my dołączyliśmy raptem dwie godziny wcześniej.
Marina w Siemianach obejmuje łazienkę jak za bardzo dawnych czasów, kaczki bywające całkiem niedaleko i żaby, całkiem donośne. Ach! I truskawki, tuż przy ścieżce. A może to były poziomki?...
Agrafka nigdzie w środę nie wypływa. Mamy czas na spokojne zapoznawanie z ekipą, na integrację pod wiatą i słuchanie jeziora.
Czwartek
Jezioro z rana szumi deszczem. Spokojny spacer po Siemianach - w końcu dzieci muszą wiedzieć, gdzie są dobre lody. W międzyczasie pakuje się Johnny - wraca z synem wcześniej, niż planowali.
Puszki Johny'ego będziemy jeszcze wydobywać z różnych zakamarków, w dwóch partiach przekażemy je pannie Monice, by bezpiecznie dojechały do Łodzi.
Żeglarską część zlotu rozpoczynamy koło południa, komandorska decyzja brzmi: Płyniemy na Gierczaki!
Na Gierczakach spotkała nas niespodzianka: dwaj panowie i dwie panie na krzesłach turystycznych, przy ognisku. Nie mieli pojęcia, że ich obecność pomogła nam przenieść się w czasie, oczami wyobraźni już widzieliśmy Pana Anatola i Pana Kazia z małżonkami. W nagrodę za nieznane im zaslugi mieli możliwość obserwowania kręcenia filmu z buhajem.
Obiad na Gierczakach oznaczał makaron z sosem pomidorowym.
Po powrocie do Siemian ruszyliśmy z Aterem na festyn do Jerzwałdu. Zaczęliśmy pielgrzymkowo, od domu Nienackiego, przez grób Nienackiego i cmentarz, by dojść wreszcie na festyn. Były koncerty, stoisko z ceramika, jakieś jedzienie, ale przede wszystkim drzewo. Drzewo w rogu boiska upodobały sobie Jaga i Ela i spędziły na nim dużo czasu.
Piątek
Poranek rozpoczął się piękną pogodą. Decyzja na dziś: płyniemy na Bukowiec.
Dopłynęliśmy do Chmielówki zobaczyliśmy, nie zacumowaliśmy, bo amatorów Bukowca było dużo więcej.
Zachęcił nas natomiast inny pomost, puściutki, być może dzięki dużym napisom: Nie cumować oraz Teren monitorowany. Tam poćwiczyliśmy sobie podchodzenie i odchodzenie na żaglach.
Wracaliśmy szybkim tempem, bo burza grzmiała nam już w uszach.
Zdążyliśmy przed deszczem.
A wieczorem czekały na nas jeszcze dwie atrakcje: Vitras przywiózł przenośny piec do wypalania szkła, czym zdobył sobie wyłączną uwagę najmłodszych, oraz konkurs wiedzy zlotowej. Czapki z głów! Jako nowi uczestnicy byliśmy pod wrażeniem zarówno szczegółowości pytań, jak i wiedzy forumowiczów.
Sobota
Coraz piękniejszy ten czerwiec, dziś w prognozach ani chmur, ani deszczu. Jak się wkrótce miało okazać, także ani wiatru.
Ale zanim do tego doszło, pożeglowaliśmy na przesmyk na Jezioro Płaskie. Szukać skarbu, oczywiście.
Potem Kępka, gdzie ukrywała się banda Czarnego Franka. Cudne miejsce, bardzo klimatyczne. Sami byśmy się tam poukrywali
Kepka, otoczona trzcinami, z jednej strony miała ukryte kąpielisko. Tam nakręcony został finałowy fragment filmu, w którym Kapitan Nemo zrzuca kaptur.
Wspomagamy żagle silnikiem.
Wracamy.
Nie doczekaliśmy innych atrakcji, zabraliśmy się z powrotem do domu, czas przeznaczony na Jeziorak nam się skończył.
Pamiętając, że niedosyt jest lepszy, by wzmaga apetyt, cieszymy się tym zlotem. Dobrze było Was poznać.
Mamy nadzieję, że do zobaczenia!
W grudniowy wieczór perspektywa wyjazdu na żagle na Jeziorak pachniała obietnicą wakacji.
Ale z kim?? Z forum?
Moja bibliotekarska dusza się zadziwiła.
-Serio? Ludzie, którzy się spotykają, bo czytają te same książki dla nastolatków? Wspaniałe!
Ekipa chwilę nam się formowała. Najstarsza od razu ogłosiła swój zamiar odpoczywania po maturze. W domu. Sama.
Średnia długo wahała się między dwiema konkurencyjnymi imprezami. I już w sumie wyjechała z nami na łódki na Jeziorak, ale na międzylądowaniu w Lublinie plany zmieniły się same - obudziła się z takim bólem gardła, że wolała pozostać pod czułą opieką babci. Przespała następne trzy dni, budząc się tylko na rosołek.
Wątpliwości nie miał glaca, którego ciągnęło na wodę, ani najmłodsza: bo jezioro, bo łódki, bo Pan Samochodzik.
Ja, naczelny introwertyk w rodzinie, musiałam sobie z myślą o wyjeździe posiedzieć. Dobry mąż, zna mnie, dał mi pół roku.
Środa
- Marcin, a co, jeśli będą nas wkurzać?
- To się odłączymy i będziemy pływać sami.
Ten chytry plan został zagrożony telefonem od Czesia:
- Na jednej łódce mamy niepełny skład, może dołączycie?
Zarezerwowana własna łajba - nie wiemy jak z rezygnacją, nowi ludzie… Z nutą niepewności zajechaliśmy na punkt zborny w Iławie, pozostawiając decyzje na po obiedzie.
Iławę znamy tylko przejazdem, z pociągu pociągu Lublin-Gdańsk. Trzeba przyznać, że jezioro w środku miasta działa wyjątkowo korzystnie wizerunkowo.
Dojeżdżamy na obiad w Małym Tartaku, i nagle jednocześnie zjeżdżają się prawie wszyscy. Poczciwe oblicza naszych przyszłych współzałogatów sprawiły, że dalszy namysł był zbędny. Jasne, że dołączamy.
W restauracji z widokiem na wodę Jaga znajduje pierwszego Pana Samochodzika - rower wodny na Małym Jezioraku, dotknięty przez genius loci.
Siemiany - wioseczka z liczbą stałych mieszkańców 225 (dane za 2024), za to z tysiącami turystów i aspiracjami literackimi: Nienacki i Minkowski w Jerzwałdzie, Stachura w Siemianach (podobno z niespełnionymi planami na dłuższy pobyt), współcześnie Nina Drej.
Najważniejsze, że tu jest nasza łódka!
Nasza - tzn. Atera, TomaszaL i Johny'ego z synem, my dołączyliśmy raptem dwie godziny wcześniej.
Marina w Siemianach obejmuje łazienkę jak za bardzo dawnych czasów, kaczki bywające całkiem niedaleko i żaby, całkiem donośne. Ach! I truskawki, tuż przy ścieżce. A może to były poziomki?...
Agrafka nigdzie w środę nie wypływa. Mamy czas na spokojne zapoznawanie z ekipą, na integrację pod wiatą i słuchanie jeziora.
Czwartek
Jezioro z rana szumi deszczem. Spokojny spacer po Siemianach - w końcu dzieci muszą wiedzieć, gdzie są dobre lody. W międzyczasie pakuje się Johnny - wraca z synem wcześniej, niż planowali.
Puszki Johny'ego będziemy jeszcze wydobywać z różnych zakamarków, w dwóch partiach przekażemy je pannie Monice, by bezpiecznie dojechały do Łodzi.
Żeglarską część zlotu rozpoczynamy koło południa, komandorska decyzja brzmi: Płyniemy na Gierczaki!
Na Gierczakach spotkała nas niespodzianka: dwaj panowie i dwie panie na krzesłach turystycznych, przy ognisku. Nie mieli pojęcia, że ich obecność pomogła nam przenieść się w czasie, oczami wyobraźni już widzieliśmy Pana Anatola i Pana Kazia z małżonkami. W nagrodę za nieznane im zaslugi mieli możliwość obserwowania kręcenia filmu z buhajem.
Obiad na Gierczakach oznaczał makaron z sosem pomidorowym.
Po powrocie do Siemian ruszyliśmy z Aterem na festyn do Jerzwałdu. Zaczęliśmy pielgrzymkowo, od domu Nienackiego, przez grób Nienackiego i cmentarz, by dojść wreszcie na festyn. Były koncerty, stoisko z ceramika, jakieś jedzienie, ale przede wszystkim drzewo. Drzewo w rogu boiska upodobały sobie Jaga i Ela i spędziły na nim dużo czasu.
Piątek
Poranek rozpoczął się piękną pogodą. Decyzja na dziś: płyniemy na Bukowiec.
Dopłynęliśmy do Chmielówki zobaczyliśmy, nie zacumowaliśmy, bo amatorów Bukowca było dużo więcej.
Zachęcił nas natomiast inny pomost, puściutki, być może dzięki dużym napisom: Nie cumować oraz Teren monitorowany. Tam poćwiczyliśmy sobie podchodzenie i odchodzenie na żaglach.
Wracaliśmy szybkim tempem, bo burza grzmiała nam już w uszach.
Zdążyliśmy przed deszczem.
A wieczorem czekały na nas jeszcze dwie atrakcje: Vitras przywiózł przenośny piec do wypalania szkła, czym zdobył sobie wyłączną uwagę najmłodszych, oraz konkurs wiedzy zlotowej. Czapki z głów! Jako nowi uczestnicy byliśmy pod wrażeniem zarówno szczegółowości pytań, jak i wiedzy forumowiczów.
Sobota
Coraz piękniejszy ten czerwiec, dziś w prognozach ani chmur, ani deszczu. Jak się wkrótce miało okazać, także ani wiatru.
Ale zanim do tego doszło, pożeglowaliśmy na przesmyk na Jezioro Płaskie. Szukać skarbu, oczywiście.
Potem Kępka, gdzie ukrywała się banda Czarnego Franka. Cudne miejsce, bardzo klimatyczne. Sami byśmy się tam poukrywali
Kepka, otoczona trzcinami, z jednej strony miała ukryte kąpielisko. Tam nakręcony został finałowy fragment filmu, w którym Kapitan Nemo zrzuca kaptur.
Wspomagamy żagle silnikiem.
Wracamy.
Nie doczekaliśmy innych atrakcji, zabraliśmy się z powrotem do domu, czas przeznaczony na Jeziorak nam się skończył.
Pamiętając, że niedosyt jest lepszy, by wzmaga apetyt, cieszymy się tym zlotem. Dobrze było Was poznać.
Mamy nadzieję, że do zobaczenia!
- Yvonne
- Moderator

- Posty: 13411
- Rejestracja: 09 lip 2013, 16:01
- Miejscowość: Bydgoszcz
- Płeć: Kobieta
- Podziękował;: 14 razy
- Otrzymał podziękowań: 314 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Babie Lato - cudowne są te wspomnienia zapamiętane Twoim okiem i spisane Twoim piórem.
Wielkie brawa.
Wspaniale się to czyta.
Czekam na książkę Twojego autorstwa i mówię jak najbardziej serio.
Piszesz o wiele lepiej niż większość obecnie tworzących polskich pisarek



Już mi się nawet rysuje klimat Twojej książki pachnący ziołami...
Wielkie brawa.
Wspaniale się to czyta.
Czekam na książkę Twojego autorstwa i mówię jak najbardziej serio.
Piszesz o wiele lepiej niż większość obecnie tworzących polskich pisarek
Już mi się nawet rysuje klimat Twojej książki pachnący ziołami...
- Za ten post autor Yvonne otrzymał podziękowanie:
- Babie__Lato (02 wrz 2026, 18:24)
- TomaszL
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 2302
- Rejestracja: 14 lip 2016, 10:19
- Miejscowość: wielkopolskie
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 853 razy
- Otrzymał podziękowań: 290 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
O - to jest relacja z naszej łódki (Agrafka)
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16901
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 677 razy
- Otrzymał podziękowań: 332 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Czyli brakuje nam do kompletu jeszcze relacji z dwóch łajb. Irycki i Karen obiecali, że napiszą do końca tego miesiąca, więc pewnie lada chwila otrzymam privy z tekstem (wszak koniec miesiąca za niecałe trzy godziny). I wtedy możemy się przykładać do tworzenia foto-albumu. Są chętni?
- Barabasz
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 4232
- Rejestracja: 25 sie 2015, 10:43
- Miejscowość: Antoninów
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 250 razy
- Otrzymał podziękowań: 280 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Tak ja poproszę album.
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9468
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 92 razy
- Otrzymał podziękowań: 712 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Ja też poproszę.
A nie było nas więcej ? Nie wiem czy opłaci się drukować album dla czterech osób.
A nie było nas więcej ? Nie wiem czy opłaci się drukować album dla czterech osób.
- Mysikrólik
- Zlotowicz

- Posty: 5537
- Rejestracja: 16 lip 2013, 14:37
- Tytuł: harcerz
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 59 razy
- Otrzymał podziękowań: 195 razy
- panna Monika
- Zlotowicz

- Posty: 925
- Rejestracja: 04 sie 2013, 14:53
- Miejscowość: Łódź
- Płeć: Kobieta
- Podziękował;: 108 razy
- Otrzymał podziękowań: 98 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Dla mnie album koniecznie.
- irycki
- Zlotowicz

- Posty: 2952
- Rejestracja: 22 cze 2016, 12:05
- Tytuł: Pan Motocyklik
- Miejscowość: Legionowo
- Podziękował;: 231 razy
- Otrzymał podziękowań: 223 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Ja też poproszę album.

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
Moje fotoszopki
.
- TomaszL
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 2302
- Rejestracja: 14 lip 2016, 10:19
- Miejscowość: wielkopolskie
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 853 razy
- Otrzymał podziękowań: 290 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
Ja też poproszę album.
-
Konfiturek
- Zlotowicz

- Posty: 587
- Rejestracja: 10 lip 2013, 20:25
- Tytuł: Degustator porzeczek
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 28 razy
- Otrzymał podziękowań: 76 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
+1 do Szczecina proszę.
-
Babie__Lato
- Zlotowicz

- Posty: 12
- Rejestracja: 28 cze 2026, 10:20
- Podziękował;: 10 razy
- Otrzymał podziękowań: 20 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
3. Babie__Lato
Agrafka
Lato powoli się kończy, możemy wspominać jego początki.
W grudniowy wieczór perspektywa wyjazdu na żagle na Jeziorak pachniała obietnicą wakacji. Ale z kim?? Z forum? Moja bibliotekarska dusza się zadziwiła.
–Serio? Ludzie, którzy się spotykają, bo czytają te same książki dla nastolatków? Wspaniałe!
Ekipa chwilę nam się formowała. Najstarsza od razu ogłosiła swój zamiar odpoczywania po maturze. W domu. Sama.
Średnia długo wahała się między dwiema konkurencyjnymi imprezami. I już w sumie wyjechała z nami na łódki na Jeziorak, ale na międzylądowaniu w Lublinie plany zmieniły się same – obudziła się z takim bólem gardła, że wolała pozostać pod czułą opieką babci. Przespała następne trzy dni, budząc się tylko na rosołek.
Wątpliwości nie miał glaca, którego ciągnęło na wodę, ani najmłodsza: bo jezioro, bo łódki, bo Pan Samochodzik.
Ja, naczelny introwertyk w rodzinie, musiałam sobie z myślą o wyjeździe posiedzieć. Dobry mąż, zna mnie, dał mi pół roku.
Środa
– Glaca, a co, jeśli będą nas wkurzać?
– To się odłączymy i będziemy pływać sami.
Ten chytry plan został zagrożony telefonem od Czesia:
– Na jednej łódce mamy niepełny skład, może dołączycie?
Zarezerwowana własna łajba – nie wiemy jak z rezygnacją, nowi ludzie… Z nutą niepewności zajechaliśmy na punkt zborny w Iławie, pozostawiając decyzje na po obiedzie.
Iławę znamy tylko przejazdem, z pociągu pociągu Lublin–Gdańsk. Trzeba przyznać, że jezioro w środku miasta działa wyjątkowo korzystnie wizerunkowo.
Dojeżdżamy na obiad w Małym Tartaku, i nagle jednocześnie zjeżdżają się prawie wszyscy. Poczciwe oblicza naszych przyszłych współzałogatów sprawiły, że dalszy namysł był zbędny. Jasne, że dołączamy.
W restauracji z widokiem na wodę Jaga znajduje pierwszego Pana Samochodzika – rower wodny na Małym Jezioraku, dotknięty przez genius loci.

Pierwsze spotkanie w Iławie – czas uzupełnić siły przed wyprawą na Jeziorak
fot. Czesio1

Zanim wyruszyliśmy do Siemian – pierwszy zlotowy obiad w Iławie
fot. Czesio1
Siemiany – wioseczka z liczbą stałych mieszkańców 225 (dane za 2024), za to z tysiącami turystów i aspiracjami literackimi: Nienacki i Minkowski w Jerzwałdzie, Stachura w Siemianach (podobno z niespełnionymi planami na dłuższy pobyt), współcześnie Nina Drej.
Najważniejsze, że tu jest nasza łódka!
Nasza – tzn. Atera, TomaszaL i johny'ego z synem, my dołączyliśmy raptem dwie godziny wcześniej.

Część załogi „Agrafki” korzysta z chwili relaksu na łajbie
fot. Czesio1

Oldmalarz z Olą z wizytą na „Agrafce”
fot. TomaszK
Marina w Siemianach obejmuje łazienkę jak za bardzo dawnych czasów, kaczki bywające całkiem niedaleko i żaby, całkiem donośne. Ach! I truskawki, tuż przy ścieżce. A może to były poziomki?...
Agrafka nigdzie w środę nie wypływa. Mamy czas na spokojne zapoznawanie z ekipą, na integrację pod wiatą i słuchanie jeziora.
Czwartek
Jezioro z rana szumi deszczem. Spokojny spacer po Siemianach – w końcu dzieci muszą wiedzieć, gdzie są dobre lody. W międzyczasie pakuje się johny – wraca z synem wcześniej niż planowali.
Puszki johny'ego będziemy jeszcze wydobywać z różnych zakamarków, w dwóch partiach przekażemy je pannie Monice, by bezpiecznie dojechały do Łodzi.
Żeglarską część zlotu rozpoczynamy koło południa, komandorska decyzja brzmi: Płyniemy na Gierczaki!
Na Gierczakach spotkała nas niespodzianka: dwaj panowie i dwie panie na krzesłach turystycznych, przy ognisku. Nie mieli pojęcia, że ich obecność pomogła nam przenieść się w czasie, oczami wyobraźni już widzieliśmy Pana Anatola i Pana Kazia z małżonkami. W nagrodę za nieznane im zaslugi mieli możliwość obserwowania kręcenia filmu z buhajem.

Na Gierczakach czas się zatrzymał, pan Anatol i pan Kazio z małżonkami odpoczywali przy ognisku
fot. Czesio1
Obiad na Gierczakach oznaczał makaron z sosem pomidorowym.
Po powrocie do Siemian ruszyliśmy z Aterem na festyn do Jerzwałdu. Zaczęliśmy pielgrzymkowo, od domu Nienackiego, przez grób Nienackiego i cmentarz, by dojść wreszcie na festyn. Były koncerty, stoisko z ceramika, jakieś jedzienie, ale przede wszystkim drzewo. Drzewo w rogu boiska upodobały sobie Jaga i Ela i spędziły na nim dużo czasu.

Jerzwałd, grób Zbigniewa Nienackiego – autora, dzięki któremu tu wracamy
fot. Konfiturek

Koncert w Jerzwałdzie podczas cyklicznej imprezy „Raz w roku w Jerzwałdzie”
fot. Konfiturek

Młodzież zlotowa na imprezie „Raz w roku w Jerzwałdzie”
fot. Konfiturek

Muzyczny wieczór w Jerzwałdzie – „Raz w roku w Jerzwałdzie”
fot. Konfiturek
Piątek
Poranek rozpoczął się piękną pogodą. Decyzja na dziś: płyniemy na Bukowiec.
Dopłynęliśmy do Chmielówki zobaczyliśmy, nie zacumowaliśmy, bo amatorów Bukowca było dużo więcej.
Zachęcił nas natomiast inny pomost, puściutki, być może dzięki dużym napisom: Nie cumować oraz Teren monitorowany. Tam poćwiczyliśmy sobie podchodzenie i odchodzenie na żaglach.
Wracaliśmy szybkim tempem, bo burza grzmiała nam już w uszach.
Zdążyliśmy przed deszczem.
A wieczorem czekały na nas jeszcze dwie atrakcje: Vitras przywiózł przenośny piec do wypalania szkła, czym zdobył sobie wyłączną uwagę najmłodszych, oraz konkurs wiedzy zlotowej. Czapki z głów! Jako nowi uczestnicy byliśmy pod wrażeniem zarówno szczegółowości pytań, jak i wiedzy forowiczów.

Witraż zaczyna się od małych koralików i odrobiny wyobraźni
fot. Konfiturek

Krok po kroku powstają kolorowe wzory, które później zamienią się w szklane dzieła
fot. Konfiturek

Małe rączki, wielkie pomysły – trwa tworzenie przyszłych witraży
fot. Konfiturek

Z pozoru tylko drobne koraliki, a za chwilę powstaną z nich piękne witraże
fot. Konfiturek

Kolorowe koraliki, dużo cierpliwości i jeszcze więcej pomysłów
fot. Konfiturek

Młodzi artyści przy pracy – z drobnych koralików powstają przyszłe witraże
fot. Konfiturek

Precyzja przede wszystkim – każdy koralik musi znaleźć swoje miejsce
fot. Konfiturek

Najpierw układanie, potem ogień zrobi swoje
fot. Konfiturek
Sobota
Coraz piękniejszy ten czerwiec, dziś w prognozach ani chmur, ani deszczu. Jak się wkrótce miało okazać, także ani wiatru.
Ale zanim do tego doszło, pożeglowaliśmy na przesmyk na Jezioro Płaskie. Szukać skarbu, oczywiście.

„Agrafka” pod żaglami na Jezioraku
fot. Konfiturek

„Agrafka” pod żaglami na Jezioraku
fot. Konfiturek

„Agrafka” pod żaglami na Jezioraku
fot. Konfiturek

„Agrafka” i „Red Dragon” – dwie łajby, jeden katamaran
fot. Konfiturek

Glaca na pokładzie
fot. Konfiturek

„Pinezka” widziana z pokładu „Agrafki”
fot. Konfiturek
Potem Kępka, gdzie ukrywała się banda Czarnego Franka. Cudne miejsce, bardzo klimatyczne. Sami byśmy się tam poukrywali
Kepka, otoczona trzcinami, z jednej strony miała ukryte kąpielisko. Tam nakręcony został finałowy fragment filmu, w którym Kapitan Nemo zrzuca kaptur.
Wspomagamy żagle silnikiem.
Wracamy.
Nie doczekaliśmy innych atrakcji, zabraliśmy się z powrotem do domu, czas przeznaczony na Jeziorak nam się skończył.
Pamiętając, że niedosyt jest lepszy, by wzmaga apetyt, cieszymy się tym zlotem. Dobrze było Was poznać.
Mamy nadzieję, że do zobaczenia!
- irycki
- Zlotowicz

- Posty: 2952
- Rejestracja: 22 cze 2016, 12:05
- Tytuł: Pan Motocyklik
- Miejscowość: Legionowo
- Podziękował;: 231 razy
- Otrzymał podziękowań: 223 razy
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
4. irycki
Rejs
To był zlot inny niż wszystkie. Oczywiście o każdym zlocie można powiedzieć, że jest inny od poprzednich i będzie to prawda. Ale ten zlot był inny w szczególny sposób. Do tej pory na zlotach wszystko przeżywaliśmy wspólnie. Na małe grupki dzieliliśmy się jedynie na czas przejazdów, które miały marginalne znaczenie. Mieliśmy więc z grubsza te same wspomnienia.Teraz „przejazdy” stanowiły sedno zlotu i powód, dla którego pojawiliśmy się nad Jeziorakiem. Więc i nasze wspomnienia są różne. Pięć łódek płynie z punktu A do punktu B, ale na każdej ten rejs może wyglądać inaczej. I wyglądał inaczej.
Dodatkowo na każdej łódce byli ludzie o różnym doświadczeniu – od starych wyjadaczy do żółtodziobów. Każdy więc odbierał ten rejs w inny sposób i po swojemu. Dla każdego co innego było ważne.
Dlatego ten zlot to było mnóstwo zlotów, które czasami łączyły się, czasami rozdzielały, jak splątane spaghetti w garnku.
Moja relacja będzie więc z gruntu subiektywna.
Prolog, czyli dzień zerowy – środa
Stukają klawisze. Na ekranie powstają kolejne linijki kodu. Ale wzrok uporczywie ucieka w róg ekranu – tam gdzie wyświetla się godzina. Już w poprzednim tygodniu uprzedziłem zespół, że w środę kończę wcześniej. Motocykl, wytoczony rano z garażu, czeka na podjeździe. Marysia wróciła godzinę temu z pracy i właśnie pakuje nasze sakwy. A ja próbuję jeszcze pracować, choć myśli już mkną nad Jeziorak.
Wreszcie czas. Wyłączam laptopa. Praca zdalna ma tę zaletę, że w ciągu 5 minut przechodzę z trybu praca w tryb wyjazd na zlot. Błyskawiczna przebiórka w strój motocyklowy, szybkie pożegnania z rodziną i psem i parę minut po trzeciej wyjeżdżamy przez bramę.
Podróż mija spokojnie. Po drodze postój na coś w rodzaju obiadu, a drugi w Miłomłynie. Widzę, że mam nieodebrane połączenie od Czesia. Oddzwaniam, Czesio chce wiedzieć o której dotrzemy. Podaję czas, choć trochę nie doszacowałem ostatniego odcinka. Droga na Jerzwałd i potem z Jerzwałdu do Siemian od zawsze była w strasznym stanie, ale z roku na rok jest gorzej. Momentami w trosce o motor jadę z prędkością rowerzysty. Przede mną jakieś auto z gdańskimi rejestracjami posuwa się z podobną prędkością. Tylko samochody na lokalnych blachach walą ile fabryka dała. Ich kierowcy mają zapewne w okolicznych warsztatach zniżkę dla stałych klientów na remont zawieszenia.
Wreszcie Siemiany. Zajeżdżam na plac w pensjonacie „U Dzidka”. Marysia idzie do recepcji, a ja wtaczam moto za żywopłot. Marysia wraca. W recepcji nic nie wiedzą, każą pytać „tego pana”. Dzwonię więc do „tego pana”, czyli Czesia. Zjawia się po chwili i prowadzi nas do pokoju nr 6. W pokoju jest łóżko, a w łazience prysznic z ciepłą wodą. Czyli dokładnie to czego nam trzeba. Jest też telewizor, ale nawet nie wiem czy działa. Taki sprzęt jest nam dotkliwie niepotrzebny.
Przebieramy się i idziemy na przystań. Większość załóg już jest, następują powitania i „misiaczki”. Nasz „Rejs” dostojnie kołysze się przy kei. Na razie nie ma reszty załogi, więc nie wchodzimy na pokład. Nie czekamy długo, wkrótce pojawia się Yvonne z Adamem, Elą i Dominikiem. Kapitan Adam odbiera jacht i obejmuje dowodzenie. Ponieważ oni śpią na pokładzie i muszą się rozpakować, schodzimy na ląd, żeby nie robić zamieszania. Wieczór upływa na wałęsaniu się po Siemianach, zakupach i pogaduszkach ze zlotowiczami.
Dzień pierwszy - czwartek
Ranek powitał nas deszczem. Jednak prognozy przewidywały, że w okolicach 10–tej się rozjaśni. Ponieważ tego dnia wypadało święto Bożego Ciała, część zlotowiczów udała się do kościoła. My poszliśmy na spacer, żeby dać nogom trochę ruchu przed kilkugodzinnym siedzeniem na czterech literach.

Jeziorak budził się do życia, przy kei kołysały się żaglówki
fot. Marysia
Przed południem, zgodnie z rozkładem, chmury poszły precz. Załogi zaczęły meldować się na pokładach. Kapitanowie udali się na jacht dowodzenia, gdzie nasz komodor zlotowy, czyli Hanka, przeprowadziła odprawę. Cel na dziś – Gierczaki! Potem Adam powiedział parę słów na temat zachowania się na jachcie i objaśnił co jest czym. I wreszcie nadeszła chwila, na którą wszyscy od roku, odkąd padł pomysł zorganizowania Zlotu Pod Żaglami, niecierpliwie czekali. Odpływamy!

Załoga „Rejsu” już na wodzie – Adam, Yvonne i irycki za sterem
fot. Marysia
Od kei odchodzimy na silniku, dopiero po wyjściu z portu ustawiamy się pod wiatr i stawiamy żagle. Manewr przebiegł bez zakłóceń i chwilę później motorek milknie. I tu pojawia się pierwszy problem – Adamowi nie udaje się go podnieść. Coś się zacina i nie idzie. Jak się potem okazuje, nie tylko my tak mamy – chyba również u Hanki nie udało się podnieść silnika. Płyniemy więc z zanurzonym silnikiem. Nasza łódź nie jest bardzo szybka, dodatkowo ten zanurzony silnik… ech.

„Rejs” pod żaglami
fot. Marysia
Dla mnie ten zlot to był powrót do przeszłości. Pływałem trochę w młodości, ale od czasu, kiedy ostatni raz trzymałem szoty i ster, minęło małe 35 lat! Zastanawiałem się, czy w ogóle coś jeszcze pamiętam. Pamięć pamięcią, ale pod kątem technologii zmieniło się mnóstwo. Po pierwsze – wielkość łódek. Ja pływałem na Omegach i Orionach. To, na czym siedziałem teraz, wydawało się mieć rozmiary transatlantyka! W Omedze spokojnie można było, siedząc na burcie, zanurzyć rękę w wodzie! Teraz wolna burta miała chyba z metr. A żagle? Sam grot miał większą powierzchnię niż grot plus fok na Orionie. Wybranie foka przy ostrym kursie to było wyzwanie. A przecież wcale mocno nie wiało.
Po drugie, osprzęt. Za moich czasów na maszt szły dwa sznurki – fały od grota i foka. Foka wciągało się tak jak grota. A tu rolfok, topenanta, lazy jack, obciągacz bomu… Rolfoki widywałem na jeziorach i z grubsza wiedziałem, jak działają, o topenancie uczyłem się na kursie ale na żywo nigdy nie spotkałem, ale lazy jack był dla mnie totalnym zaskoczeniem. Choć nie ukrywam, super patent. Ale ilość sznurków do ogarnięcia lekko mnie na początku oszołomiła.
Ponieważ nieopatrznie się przyznałem do mojego pływania w młodości, Adam dał mi sterować. Wiatr był słaby, więc się odważyłem. No i tu wyszło, jak to jest z tą pamięcią. Niby wszystko pamiętałem i robiłem (wydawało mi się) jak trzeba, nawet zwroty mi jakoś wychodziły, tylko… po trzecim halsie (płynęliśmy pod wiatr) wyszło na to, że w ogóle nie nabieram wysokości, tylko bujam się od jednego brzegu do drugiego. Po prostu „mój” bajdewind okazał się być półwiatrem… Dopiero Adam litościwie skorygował moje nieudolne próby i wreszcie zaczęliśmy płynąć tam, gdzie powinniśmy.

Irycki za sterem – czyli powrót do żeglowania po latach
fot. Marysia
Dla jasności zaznaczę, że Adam proponował sterowanie także pozostałym członkom załogi, ale nikt nie chciał. Dziwni jacyś…
Dzięki mojemu pływaniu w miejscu, do celu dotarliśmy jako ostania łódka. Po opłynięciu Gierczaków Adam przejął ster, zrzuciliśmy żagle i na silniku podeszliśmy do pomostu. Gdy zszedłem na ląd, doszła do mnie smutna wiadomość, że johny musiał opuścić zlot. Nie zauważyłem wcześniej jego nieobecności, bo miał płynąć inną łódką.

Zlotowa flotylla przy Gierczakach
fot. Marysia

Po walce z bajdewindem przyszedł czas na chwilę odpoczynku pod drzewem
fot. Marysia
Na Gierczakach odegraliśmy scenkę z „Nowych Przygód”, gdy buhaj molestował Anatola i Kazia. Zagrałem główną rolę, czyli buhaja! Potem załogi zaczęły przyrządzać posiłki. My poszliśmy po linii najmniejszego oporu i podgrzaliśmy gorące kubki.

Żółte kosaćce pilnowały brzegu Jezioraka
fot. Marysia

Gierczak Mały – jeziorakowe zakamarki
fot. Marysia

Trzciny, woda i bezkres Jezioraka
fot. Marysia
W międzyczasie Adamowi udało się na spokojnie ogarnąć kwestię podnoszenia silnika, więc w drodze powrotnej nie wlekliśmy go za sobą. Wiaterek lekko się wzmógł i parę razy mieliśmy naprawdę fajne przechyły. Płynęło mi się coraz lepiej. Ale dobre nie może trwać za długo. Pod Siemianami Adam kazał mi trzymać kurs pod wiatr a sam zajął się uruchamianiem motorka. Zajęło mu to chwilę, a kurs na wiatr prowadził wzdłuż brzegu wysepki. Wydawało mi się, że odległość jest bezpieczna, ale… cholibka, te łodzie mają naprawdę spore zanurzenie! Mówiąc krótko, weszliśmy na mieliznę. Rzuciłem się, żeby podnieść miecz… rany ile to bydlę ważyło. Pościerałem sobie skórę na dłoniach, ale po podniesieniu miecza udało się zejść z mielizny. Już bez przygód Adam dobił do kei w Siemianach.
Po zejściu na ląd poszliśmy z Marysią na żarełko do „Szopy”.
Wieczorem część ekipy pojechała do Jerzwałdu na festiwal. Początkowo też planowaliśmy, ale cały dzień na wodzie sprawił, że czuliśmy się nieco senni i zapadliśmy na klasycznego „niechcemisia”.
Na zakończenie relacji z pierwszego dnia rejsu chciałem skomplementować naszego kapitana Adama. W każdej sytuacji emanował absolutnym spokojem i człowiek czuł się w 100% bezpiecznie. To w dużej mierze Adamowi zawdzięczamy, że nasze pływanie było takie fajne i udane.
Dzień drugi - piątek
Tego dnia wypłynęliśmy wcześniej, bo po południu planowane były burze. Nie chcieliśmy sprawdzać, jak wiernie Nienacki odmalował walkę z żywiołem na jachcie, więc postanowiliśmy do tego czasu wrócić do naszej mariny. Spoiler alert – burzy nie było, choć deszcz i owszem.
Plan na dzisiaj to Chmielówka, gdzie mieliśmy zjeść obiad.
Kiedy odbiliśmy od kei i wyszliśmy na otwartą przestrzeń, Adam znowu dał mi posterować, z czego skwapliwie skorzystałem. No bo skoro nie było innych chętnych...

Irycki ponownie za sterem „Rejsu”, bajdewind tym razem pod kontrolą.
fot. Marysia
Rejs w tamtą stronę przebiegł bez większych przygód. Po drodze przy jednej z wysepek minęliśmy płynącą bardzo powoli Pinezkę. To znaczy wydawało nam się, że płyną bardzo powoli, ale pewnie stali już na mieliźnie. Nie zgłaszali problemów, więc popłynęliśmy dalej. Dopiero potem dowiedzieliśmy się o heroicznej walce Hanki z Dereniowym Niszczycielem.

Pinezka podejrzanie zwolniła, powód mieliśmy poznać dopiero później…
fot. Marysia

Red Dragon – łajba przed nami
fot. Marysia
Dopiero prawie u celu przyszło nam robić manewr „człowiek za burtą”. Jak do tego doszło? Otóż Dominik bardzo chciał sobie popływać. A że chwilowo wiatr zdechł i prawie staliśmy, to wskoczył z łódki do wody i płynął za nami. I wtedy wiatr wrócił. Nie jakiś bardzo silny, ale wystarczający, żeby łódka nabrała prędkości nieosiągalnej dla „pieszego”, i błyskawicznie zaczęła się oddalać. Nie pozostawało nam nic innego jak podjąć rozbitka. Odeszliśmy jeszcze kawałek, żeby mieć miejsce na manewry, zrobiliśmy zwrot i podeszliśmy do Dominika, przepływając obok niego. Adam wychylił się z rufy, podał Dominikowi rękę i wciągnął go do kokpitu. Nie był to może podręcznikowy przykład manewru, i egzaminu raczej byśmy tym nie zaliczyli, ale był skuteczny i o to chodziło.

„Człowiek za burtą” – wersja rekreacyjna
fot. Marysia
Tymczasem jedna z załóg, nie pamiętam już która, podeszła do jedynego wolnego miejsca przy pomoście w Chmielówce i za chwilę gromkim głosem dali nam do zrozumienia, że więcej miejsc nie ma i nie będzie. Plany spożycia obiadu wzięły więc w łeb. Ciągle też wisiało nad nami widmo popołudniowych burz, więc zapadła decyzja o powrocie. Skierowaliśmy się na północ.

Yvonne i Marysia – chwila odpoczynku na burcie „Rejsu”
fot. Marysia
W międzyczasie wiatr się wzmagał i zaczęły chodzić nieprzyjemne szkwały. Byliśmy między wysepkami i dodatkowo wiatr odbijał się od lądu i mocno kręcił. W pewnym momencie srogo dmuchnęło z innego kierunku, co spowodowało, że nagle mieliśmy bardzo przebrane żagle. Wrzasnąłem „fok luz” a sam zluzowałem grota… a właściwie chciałem to zrobić. Ale na łódkach, na których kiedyś pływałem, nie było blokady talii – wystarczyło poluzować chwyt. Tu trzeba najpierw szarpnąć, o czym zwykle pamiętałem, ale w sytuacji nagłej oczywiście wyleciało mi to z głowy. W sekundę łódka bardzo mocno się przechyliła, z kabiny doleciał łomot garów spadających z kuchenki, wyostrzyłem, przypomniałem sobie o tej cholernej blokadzie, szarpnąłem, zluzowałem, łódka się wyprostowała. W tyle głowy kołatały mi przeczytane na forum słowa „te łódki bardzo trudno wywrócić”. Może i trudno, ale dla chcącego nic trudnego, prawda? Mam wrażenie, że nasze Panie nieco zbladły.
– Mogłeś trochę wcześniej zluzować grota – powiedział spokojnie Adam i to był jedyny komentarz do mojej próby obejrzenia jeziora od spodu.
Stwierdziłem, że warunki zaczynają przerastać moje mizerne umiejętności i poprosiłem Adama, żeby przejął ster. Już bez przygód dotarliśmy pod Siemiany. Adam zaczął czynić przygotowania do odpalenia motorka. Szliśmy pomiędzy dwiema wysepkami, starając się trzymać różny odstęp od jednej i drugiej.
– O, trawa rośnie – powiedziała nagle jedna z Pań.
– Faktycznie, trawa rośnie – przytaknęła druga.
Wzrok miałem wbity w mijaną wysepkę, na której faktycznie było dużo trawy, przelotnie tylko się zastanowiłem, dlaczego jest to coś, o czym warto wspominać.
Chwilę później łódka stanęła.
– Mielizna – stwierdził Adam.
– Przecież ostrzegałyśmy, że trawa rośnie – powiedziały Panie.
Faktycznie, wokół łódki wystawały z wody jakieś zielonkawe badyle. Nie zauważyliśmy ich wcześniej, bo były przed dziobem.
– Mogłyście tylko dodać, że ta trawa rośnie w wodzie na naszym kursie – mruknął Adam walcząc z silnikiem.
Podniosłem miecz i zjechaliśmy z trawy. Adam odpalił silnik i już bez przygód dobił do naszego pomostu. Ponieważ tego dnia nie jedliśmy na łódce, poszliśmy całą załogą do baru „Szopa”.

Nad Jeziorakiem zbierały się chmury
fot. Marysia
Wieczorem zebraliśmy się w marinie. Najpierw Witras zademonstrował wypalanie szkła. Młodzież obserwowała to z wypiekami na twarzy, i to nie od gorąca bijącego z pieca.
A potem odbył się konkurs, na który dołączyli goście przebywający aktualnie w Jerzwałdzie. Do naszej ekipy konkursowej dołączyła Berta. Konkurs przeprowadził TomaszK, a jako rachmistrzyni pomagała mu Marysia.
Po zakończeniu konkursu Hanka i Czesio, jako organizatorzy zlotu, zostali w imieniu całej ekipy obdarowani drobnymi upominkami w podziękowaniu za trud włożony w organizację tego niesamowitego przedsięwzięcia.

Hanka i Czesio z drobnymi upominkami od całej ekipy
fot. Konfiturek
Dzień trzeci - sobota
To był taki dzień, jakich żeglarze nie lubią. Niby ładnie, ciepło i przyjemnie, tylko, kurczaczki, nie było tego jednego niezbędnego elementu, który wprawia łajbę w ruch. Wiatru! Niby są silniki, ale powiedzmy szczerze, gdyby chodziło o pływanie na silniku, to bylibyśmy motorowodniakami, a nie żeglarzami. Choć, uprzedzając fakty, silniki tego dnia miały swoje przysłowiowe pięć minut (które trwało oczywiście znacznie dłużej).

Irycki z Marysią przed kolejnym dniem rejsu
fot. Marysia
Cel na dziś – przesmyk z zatopioną ciężarówką i wysepka bandy Czarnego Franka.
Z samego rana coś tam jeszcze z łaski powiewało. Zaraz po odpłynięciu okazało się że mamy najwolniejszą łódkę, co wcześniej na silniejszych wiatrach nie było aż takie widoczne. W dodatku od kei odeszliśmy jako ostatni. Reszta ekipy zebrała się dużo szybciej. W efekcie, kiedy zbliżyliśmy się do przesmyku, było już po wszystkim. Z opowieści tylko wiem, że Mysikrólik zanurkował do ciężarówki i wyłowił bursztynowy naszyjnik.

„Optimus” na horyzoncie
fot. Marysia

TomaszK z Barabaszem na łajbie
fot. Marysia
Już razem popłynęliśmy w stronę wysepki Czarnego Franka. Wiatr siadał coraz bardziej i zrobiły się z tego zawody, kto szybciej stoi. Dość wspomnieć, że trzeba było ręcznie bądź za pomocą bosaków wypychać żagle, żeby łapały wiatr, bo opadały pod własnym ciężarem. Skoro samo żeglowanie nie było specjalnym wyzwaniem, zaczęły się rozmaite zadania poboczne, typu abordaże i przechodzenie z łódki na łódkę.

Cztery łajby blisko siebie – wszystkie w poszukiwaniu choćby podmuchu wiatru
fot. Marysia

Cisza na Jezioraku – łajby zbliżają się do siebie
fot. Konfiturek

Dwie łajby, jedna załoga
fot. Konfiturek

Żagle są, łajby są… tylko wiatru brak
fot. Marysia
W pewnym momencie Dominik wziął gitarę, usiadł na dziobie i zaczął grać, zresztą fantastycznie. I tak sobie płynęliśmy. Może i mieliśmy najwolniejszą łódkę, ale tylko nasza miała galion, i to w dodatku żywy i muzyczny.

Muzyczny galion „Rejsu” – Dominik na dziobie z gitarą
fot. Konfiturek

Załoga „Rejsu” z perspektywy innej łajby
fot. Konfiturek

Adam – kapitan „Rejsu”, spokojny i opanowany w każdej sytuacji
fot. Marysia
Wreszcie doczłapaliśmy do wysepki i nastąpiło to, w czasach mojej młodości było standardem, czyli przybijanie bezpośrednio do brzegu, bez żadnych wypasionych pomostów (których kiedyś po prostu nie było – chyba że wędkarskie). No ale wtedy łódki były sporo mniejsze. Na tych naszych dzisiejszych transatlantykach było to już wyzwanie. Z jednej strony spore zanurzenie, z drugiej bardzo wysoki maszt, którym dobrze byłoby nie wjechać w gałęzie drzew, zwieszające się nad zatoczką.
Wszystkie łódki, poza hanczyną Pinezką, dobiły do tej samej zatoczki, stając burta w burtę. Doszliśmy dziobami, co wymagało zeskoczenia do wody, żeby podać cumę na ląd. Szybko okazało się, że nie wszyscy dadzą radę zejść w ten sposób, więc zapadła decyzja, że obracamy łódkę PiTTa. PiTT odpłynął i wrócił rufą w stronę lądu, a następnie w kilka osób dociągnęliśmy łódkę najbliżej jak się dało. W ten sposób wszyscy mogli, przechodząc z łajby na łajbę, wygodnie zejść i wejść używając Red Dragona jako klatki schodowej.

Wspólne cumowanie – kilka łajb, jeden brzeg i Red Dragon jako klatka schodowa
fot. Marysia
Na brzegu znaleźliśmy po drugiej stronie wysepki wygodne kąpielisko. Odegraliśmy scenkę, w której tym razem nie grałem. Część ekipy urządziła sobie kąpiel.

Kąpielisko po drugiej stronie wyspy, czas na chwilę ochłody
fot. Marysia
A potem nastąpiła pora obiadowa. Marysia i ja zadowoliliśmy się gorącym kubkiem, Yvonne zrobiła dla rodziny jakieś żarełko, ale bez szaleństw, za to u Hanki był podobno obiad z pięciu dań z przystawkami.

Marysia i jej obiad w wersji żeglarskiej – gorący kubek i kanapka
fot. Marysia
Po obiedzie postanowiliśmy sobie trochę pożeglować naszą łódką, ale szczerze, to było to takie sobie żeglowanie. Niby łódka płynęła, ale wpław chyba byłoby szybciej. Ale na tak słabym wietrze Marysia dała się namówić na sterowanie, czego wcześniej, mimo propozycji Adama, konsekwentnie odmawiała. Jak potem przyznała, spodobało się.

Cztery łajby jeszcze przy wyspie, a „Rejs” już wyruszył w… rejs
fot. Marysia

Wyspa Kępka powoli zostaje w tyle
fot. Marysia
Kiedy reszta ekipy zjadła, zapadła decyzja, że wracamy na silnikach. Żagle poszły precz, rozległ się terkot motorków i nasza flotylla ruszyła ku Siemianom.
I tak sobie płynęliśmy na silniku za jakąś łajbą, kiedy nagle zaczęli z niej machać do nas i coś krzyczeć. Niestety, motor zagłuszał słowa, więc tylko radośnie im odmachaliśmy. Chwilę potem spod jachtu dobiegło głośne „jebuuuuuuut!!!”, oznaczające, że przydzwoniliśmy mieczem w jakieś kamulce. Wtedy zrozumieliśmy o co chodziło z tym machaniem.
Cóż, dzień bez kontaktu z dnem to dzień stracony.
Ponieważ reszta naszej ekipy szła za nami dokładnie naszym kursem, chcieliśmy jakoś ich ostrzec. Machanie, jak wykazało doświadczenie, było mało skuteczne, zwłaszcza że dystans był spory. Mój telefon leżał gdzieś w kabinie, na szczęście Marysia miała swój pod ręką, a w nim kontakt do Hanki. Na drugie szczęście Hanka odebrała. Przekazaliśmy ostrzeżenie i za chwilę zobaczyliśmy, że nasza flotylla zmienia kurs bardziej na pełne jezioro.
To był ostatni dzień pływania. Wieczorem czekało nas jeszcze ognisko. Na ognisku można było upiec kiełbaski.
Dzień czwarty - niedziela
Wszystko ma swój koniec, a kij i kiełbasa nawet dwa. Toteż i nasz zlot dobiegł końca.
Prognozy zapowiadały burze i ulewy na naszej trasie do domu, co na motocyklu nie jest specjalnie przyjemne. Dlatego zależało nam, by wyjechać jak najwcześniej i zdążyć przed załamaniem pogody. Nie do końca się udało, ale to insza inszość.
Yvonne i Adam byli tak mili, że zwolnili nas z obowiązku pomocy przy klarowaniu jachtu. Zaraz więc po ostatnich zbiorówkach pożegnaliśmy się ze wszystkimi, wsiedliśmy na naszego stalowego rumaka i ruszyliśmy na ku domowi.
Na zakończenie relacji chciałem podziękować:
– Organizatorom, czyli Hance i Czesiowi, za doprowadzenie do realizacji tego bardzo nietypowego i wymagającego wielu zabiegów organizacyjnych zlotu;
– Mojej załodze, z którą fantastycznie się razem pływało, a w szczególności Adamowi, który rewelacyjnie nam kapitanował;
– Wszystkim zlotowiczom, za to, że byliście. Jesteście fantastyczni!

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
Moje fotoszopki
.
-
Karen
- Zlotowicz

- Posty: 5
- Rejestracja: 30 cze 2023, 13:36
- Miejscowość: Gdańsk/Tczew
- Płeć: Kobieta
- Podziękował;: 0
- Otrzymał podziękowań: 1 raz
Re: Zew Jezioraka: Tropem Kapitana Nemo 2026 - propozycja planu forowego zlotu żeglarskiego
5. Karen
Red Dragon
Gdy perspektywa zlotu żeglarskiego stała się faktem, a skład poszczególnych załóg został starannie skompletowany przez Hankę, nasza załoga objęła pokład jachtu Red dragon. Trzeba przyznać – łajba miała już swoje lata, ale okazała się całkiem szybka i dzielnie znosiła wszelkie zachcianki wiatru.

Red Dragon gotowy na przygodę w przystani macierzystej
fot. PiTT
Szybko ustaliła się u nas naturalna hierarchia i podział zadań. Dowództwo objął kapitan PiTT, za napęd motorowy odpowiadał Maciej, a przy manewrach linami współpracowałam
z Konfiturkiem, do czego z czasem chętnie dołączyły dziewczynki – Matylda i Łucja. Dopełnieniem tej wesołej brygady był pies Florek – choć gatunkowo do wilka jest mu daleko, na pokładzie zachowywał się jak rasowy „wilk morski”!

Kapitan PiTT z Florkiem obmyślają plan żeglugi
fot. Karen

Łucja i Matylda na dziobie
fot. Konfiturek

Załoga Czerwonego Smoka. Fotograf Konfiturek tradycyjnie po drugiej stronie obiektywu
fot. Konfiturek
Środa – tajemnica dziobowej kabiny i spóźniona załoga
Po odebraniu jachtu nastąpił podział przestrzeni. Dziewczynki natychmiast zaanektowały dziobową kabinę, tworząc tam swoje małe, niedostępne dla dorosłych królestwo. Pozostali załoganci, za wyjątkiem Konfiturka, który zdecydował się nocować na brzegu, zajęli koje na rufie. Kapitanowi przypadła przestrzeń w centrum jachtu, dzielona z najwierniejszym psim towarzyszem.

Łucja i Matylda w swojej bazie
fot. PiTT
Wieczór upłynął na integracji, choć o tym wiem głównie z opowieści i zdjęć, jako że tradycyjnie dojechaliśmy na miejsce ostatni.

Wieczorna integracja zlotowiczów
fot. PiTT
Czwartek – sztuka zaplątania wszystkiego naraz i wycieczka do Jerzwałdu
Pierwsze wyjście z portu w stronę Gierczaków okazało się prawdziwym chrztem bojowym. Nasz misternie ustalony podział obowiązków legł w gruzach, gdy tylko ruszyliśmy z miejsca. Liny bezczelnie plątały się w rękach, na pokładzie zapanował niespodziewany chaos, a z ust Kapitana padały kolejne komendy. W jednej chwili wyszło na jaw, że nikt z nas nie potrafi samodzielnie wykonać swojego zadania. Maciej z pełnym skupieniem usiłował opanować silnik, my z Konfiturkiem toczyliśmy nierówną walkę z cumami, a dziewczynki chroniły burtę odbijaczami. Choć początek przyniósł sporo nerwów, z każdą kolejną milą wychodziliśmy na prostą i zaczynaliśmy działać jak zgrana ekipa.
W znacznie spokojniejszej atmosferze udało nam się dopłynąć na Gierczaki gdzie po sprawnym zacumowaniu przyszedł czas na chwilę relaksu i kąpiel w jeziorze.

Kapitan PiTT za sterem
fot. Konfiturek

Kąpiel w jeziorze
fot. Karen

Na całej wyspie widoczna była obecność bobrów
fot. PiTT
Dopełnieniem dnia była wycieczka na festyn do Jerzwałdu z obowiązkowym przystankiem na zdjęcie pod dawnym domem Nienackiego.

Festyn w Jerzwałdzie
fot. PiTT

Pamiątkowe zdjęcie pod dawnym domem Nienackiego
fot. PiTT
Piątek – przechyły, szklane czary i konkurs
W piątek za cel obraliśmy opłynięcie Bukowca, a na obiad przycumowaliśmy
w Przystani Chmielówka. Choć pozostałym jachtom nie udało się do nas dołączyć z braku miejsc, mieliśmy powód do ogromnej satysfakcji – weszliśmy do mariny w pięknym stylu, wyłącznie na żaglach, bez pomocy silnika!

Chwila odpoczynku w restauracji – na zdjęcie załapał się nawet Konfiturek
fot. PiTT
W nagrodę za pełną przechyłów żeglugę w silnym wietrze zjedliśmy w restauracji
i z nową energią ruszyliśmy z powrotem do Siemian, bo na plecach czuliśmy już oddech nadchodzącej ulewy.

Wracamy - na horyzoncie widać już nadciągający deszcz
fot. PiTT

Pełne skupienie przy tworzeniu szklanych ozdób
fot. Konfiturek
Wieczorem w marinie czekała nas niezwykła atrakcja: warsztaty wypalania szkła zorganizowane przez Vitrasa. Dzieci i dorośli byli równie oczarowani, a pamiątką pozostały liczne szklane ozdoby. Finał wieczoru stanowił tradycyjnie konkurs - pytania okazały się tak podchwytliwe i szczegółowe, że szybko pożałowaliśmy że nie zrobiliśmy powtórki przed przyjazdem na zlot.

Zlotowy konkurs
fot. PiTT
Sobota: Pływający pociąg, bezludna wyspa i cisza morska
W sobotę nasza załoga powiększyła się o Agnieszkę. W nowym składzie ruszyliśmy przez przesmyk na Jezioro Płaskie, a następnie w kierunku Czaplaka. Choć flauta nie dawała nam za wiele pożeglować, wykorzystaliśmy ten czas na integrację z resztą flotylli, chwilami łącząc się nawet burtami. Z pokładu na pokład kursowali zarówno załoganci, jak i towary – doszło między innymi do taktycznego, międzypokładowego zalewania herbaty.

Kącik wypoczynkowo-czytelniczy w czasie ciszy morskiej
fot. Karen
Dzień upłynął pod znakiem beztroskiego odpoczynku w słońcu i podziwiania widoków. Spokojna pogoda miała swoje plusy: każdy z nas miał okazję na chwilę przejąć ster i wcielić się w rolę kapitana.

Motorzysta Maciej w roli sternika
fot. PiTT

Łucja za sterem
fot. Karen

Karen w roli sternika
fot. Konfiturek

Matylda za sterem
fot. Karen

Wachta w pozycji horyzontalnej czyli najbardziej zrelaksowany załogant
fot. Konfiturek
Na postój wybraliśmy małą, bezludną wysepkę. Manewr wyszedł nam wyjątkowo sprawnie, a z pomocą przyjacielskich załóg obróciliśmy jacht rufą do brzegu, zapewniając sobie i sąsiadom wygodne zejście. Na miejscu chętni zażyli kąpieli w jeziorze, a kulinarnym hitem dnia zostało leczo przywiezione przez Konfiturka (specjalność jego mamy!).

Jachty zacumowane przy bezludnej wyspie
fot. PiTT

Kolejny dzień kąpieli w jeziorze – chętnych nie brakowało
fot. PiTT

Nie mogło zabraknąć przerwy na kawę i coś słodkiego
fot. PiTT
Droga powrotna przebiegła równie leniwie, bo wiatr ucichł zupełnie. Nasze ostatnie wejście do portu stanowiło zupełne przeciwieństwo pierwszych manewrów – panowały pełen spokój, wzorowa organizacja i doskonała znajomość swoich obowiązków.

Załoga relaksuje się na pokładzie
fot. PiTT
Dzień zwieńczyło ognisko: pieczenie kiełbasek i pianek, rozmowy do późna
i celebrowanie ostatnich wspólnych chwil.

Ostatnie chwile przy ognisku
fot. PiTT

Maciek, Mysikrólik i Barabasz w skupieniu obserwują ogień – może obmyślają kolejny zlot
fot. Konfiturek
Niedziela: Operacja „Klar”, puste jaskółki i słodki niedosyt
Niedzielny poranek oznaczał już szybkie pakowanie, opróżnianie koj i jaskółek oraz dokładne sprzątanie – w końcu na jachcie musi być klar! Po zdaniu naszego Czerwonego smoka pozostały nam już tylko ciepłe pożegnania. Niedosyt jest najlepszym dowodem na to, że zlot był wyjątkowo udany.

Ostatni widok na naszą marinę przed pożegnaniem
fot. PiTT
Do następnego!







































